Problemem było zdecydowanie to, że każde z nich upierało się przy swojej wizji. Nie byli skłonni zmierzać ku jakiemukolwiek porozumieniu, nie było tutaj na nie miejsca. Nie dało się tego nie zauważyć. Każde z nich widziało tylko swoje racje. Kiedyś działali inaczej, próbowali jakoś łagodzić sytuacje, znajdować w miarę ugodowe rozwiązania, spuszczać z tonu i szukać sposobu na to, aby się dogadać. Teraz tego nie mieli. Nie potrafili tego robić. Zresztą bardzo trudno byłoby to zrobić w zaistniałej sytuacji.
- Nigdy nie mówiłam, że wiem coś lepiej, nie o to mi chodzi. - Nie chciała wcale udowadniać swojej racji, tylko pokazać mu, że nie musi być, aż tak bardzo uparty. Czy naprawdę nie dostrzegał tego, że jego zachowanie przeczyło słowom, które padały z jego ust? Jej się to wydawało być zupełnie oczywiste. Może nie proste, ale na pewno oczywiste. Nadal uważała, że oszukiwał sam siebie, chciał, nie mógł, trzymał się jakiegoś swojego postanowienia, które nie miało najmniejszego sensu, w imię czego? Czy naprawdę musieli przez to wszystko cierpieć? Czy powinni sobie to robić? Nie, zdecydowanie nie. Nie miała zamiaru dłużej milczeć, chociaż z każdym zdaniem wypowiadanym przez nią, czy niego, wydawało się jej to być coraz gorszym pomysłem. Rzucali w siebie nawzajem bezsensownymi oskarżeniami, zamiast porozmawiać jak ludzie. To zawsze było ich problemem, tyle, że kiedyś dużo prościej przychodziły im negocjacje.
Właśnie dlatego sięgnęła po te argumenty, bo nie miały one żadnego sensu, ona to wiedziała, on to wiedział, to miało mu pokazać, że to wcale nie było nic. To, co tutaj robili, to nigdy nie miało być niczym. Od samego początku miało jakiś cel, było czymś więcej, dlaczego nie chciał tego przyznać? Czy gdyby było inaczej, aż tak bardzo nie uderzyłyby w niego te jej argumenty wyciągnięte chuj wie skąd? No właśnie, to miało mu tylko i wyłącznie pokazać, że się mylił. Nie była to szczególnie wysoka zagrywka, ale już dawno przestali się miarkować, więc to też nie powinno go razić. Chyba wypadało się do tego przyzwyczaić. Kiedy znajdowała się w potrzasku korzystała ze wszystkich metod, jakie się pojawiały, w tym przypadku były więc to słowa, okropnie parszywe, ale co innego mogła zrobić?
- Nie, Ty tylko twierdzisz, że nie ma nas, czyż nie? Czy to nie jest tym samym? - W swój pokrętny sposób właśnie tak to rozumiała. Skoro nie było ich razem, nie było ich tutaj, nie było niczego, to czy nie było to jakąś grą, zabawą? Nie, na pewno nie. Wiedziała, że nie zrobiłby jej tego, dlaczego więc próbował wyprzeć to, że faktycznie jednak coś było. Czy siedziałby tutaj z nią nadal, gdyby to było nic? Naprawdę nie dawała już sobie z tym rady, nie rozumiała zupełnie o co mu chodzi. Tak bardzo usilnie próbował jej to wmawiać, tyle, że wcale nie chciała w to wierzyć.
- To jak zamierzasz to nazwać? To są ci twoi sojusznicy? Tak? - Nie miała zamiaru porzucać tematu, nie póki w końcu nie wyjaśnią sobie tego do końca. Miała w dupie, czy mu się to podobało, czy nie. Oczekiwała od niego jakichś konkretów, mógłby się w końcu określić.
- Jasne, że ja, przecież tak było od początku, nieprawdaż? Od samego początku miałam klapki na oczach. - Może gdyby wcześniej do niej dotarło to, co faktycznie się działo teraz nie tkwiliby w tym dziwnym zawieszeniu. Nie mogła sobie wybaczyć tego, że wtedy nie widziała całego obrazu, że nie miała pojęcia, co się z nim działo, że nie było jej przy nim, gdy jej najbardziej potrzebował. To bolało i pewnie miało boleć jeszcze długo, szczególnie, że akurat ta rana była całkiem świeża. Dołączyła do tych, które już dawno powinny się zabliźnić, tyle, że ciągle je rozdrapywali.
Ugryzła się w język, bo miała chęć powiedzieć mu, że znowu się wycofywał. Spasował, to było najprostszym rozwiązaniem, szkoda, skoro miał tyle do powiedzenia. Nie chciała dalej babrać się w bagnie, chociaż czuła, że szybko z niego nie wypłynął. Znowu to sobie robili, rzucali w siebie słowami ostrzejszymi od jej sztyletów.
- Kiedy zacząłeś bać się sięgać po to na czym ci zależy, co? Kiedy pozwoliłeś sobie to odebrać? - Naprawdę nie umiała zrozumieć tego, że tak łatwo się poddał, pogodził z tym, co się działo, że nie chciał walczyć. Nie miała pojęcia dlaczego tak się stało, kiedyś nie miałby z tym większego problemu. Od samego początku wiedzieli, że mogą pojawić się w ich życiu pewne czynniki, które będą je komplikowały, jakoś się z tym pogodzili, czy naprawdę było aż tak źle, że musiał usilnie trzymać się tej swojej wersji? Nie potrafiła tego zaakceptować, nie umiała pogodzić się z tym, że miał do tego takie podejście.
- Nie wszystko w życiu jest proste, ale to nie jest przesłanka ku temu, żeby rezygnować. - Wydawało jej się to być całkiem oczywiste, trudności się pojawiały, zresztą w ich wcześniejszym, całkiem beztroskim życiu również i jakoś sobie ze wszystkim radzili. Dlaczego sądził, że tym razem nie mogłoby być podobnie? Dlaczego tak usilnie skupiał się na tych swoich mrocznych wizjach, które wcale mogły się nie spełnić.
Skończyła w końcu palić fajkę i wrzuciła niedopałek go kominka, westchnęła ciężko. Nie była zadowolona z tego, jak potoczyła się ta rozmowa, nie spodziewała się, że znowu dojdzie między nimi do takiej dziwnej eskalacji. Schowała twarz w dłoniach, próbowała się skupić chociaż na chwilę, być może nieco spasować i uspokoić, bo zdecydowanie nie chciała zmierzać w tę stronę. - Tak, nic do mnie nie dociera, niech Ci będzie. - Ktoś w końcu musiał za to odpowiadać, czyż nie? Mogła to wziąć na siebie i swoją bezkompromisowość.