12.02.2025, 21:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2025, 21:56 przez Baldwin Malfoy.)
- Możesz się nawet przeruchać tym ołówkiem. Może wejdzie głębiej niż w aortę.- Wycharczał. Odwrócił głowę na tyle na ile był w stanie by splunąć krwią na kamienną posadzkę.
Pierdolony psiarski pomiot. Moody mogła sobie doprawić całą filozofię bycia potrzaskanym lusterkiem ludzkich pragnień, bezeceństw i pierwotnych odruchów. Mogła piszczeć “panie władzo to nie ja, to oni”. Źli mężczyźni! Takie niedobre koleżanki!
Tylko, że to nie ludzie ją kształtowali. Ona się dostrajała pod nich. Jak magiczna kukiełka, która wzięta w dłonie przybierała odpowiedni kształt. Rezerwowała gesty i uśmiechy niczym spersonalizowane prezenty - odbijała światło miałkich facetów, bo wiedziała czego potrzebowali by być zauważonymi. Udowadniała swoją wartość głupim kobietom, bo te one rozbijały nieistniejący szklany sufit, a ona chciała być częścią ich zmian. Nieważne czy przelewała krew czy udawała starą maleńką czy odkrywała swoje wewnętrzne dziecko czy stawała się na kilka chwil feministką z bożej łaski.
Millie Moody nie była lustrem.
Millie Moody chowała się za tym lustrem, dociskając dłonie do ust i modląc się, by nikt nie spojrzał poza drewnianą ramę.
Czy to dlatego stała się jedyną rzeczą, która mogła powstrzymać go przed roztrzaskaniem lustra na setki kawałeczków? Istotą, którą widział w każdym jednym lustrzanym odbiciu. Byli bliźniętami i choć nie dzielili jednakowego oblicza - ich podobieństwa sięgały głębiej niż rysy twarzy.
Urok zadziałał, a chłopak nie zamierzał się przed nim w żaden sposób bronić. Mogła to dostrzec w jego oczach, które wręcz pojaśniały z ekscytacji nim ostatnie słowa klątwy zostały wypowiedziane.
Bolało, bo gwałt na umyśle zawsze bolał.
A jednak. Wpatrywał się w Calanthe tak jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. Z zachwytem dziecka spoglądał w oczy, które tak umiłował przed lat. Oczy, które skrywały błękit bezkresnego nieba w słoneczny, ciepły dzień. Źrenice, które nie miały prawa poznać smutku tak długo jak był przy niej. Alabastrowa skóra, której nie śmiał skalać nawet pojedynczy pieg czy niedoskonałość dojrzewania. Twarz Baldwina zastygła w wyrazie miłości - czystej i milczącej. Tej cierpliwej, łaskawej, nieszukającej poklasku.
Baldwin spoglądał na swoją siostrę, tak jakby dotarł do jądra ciemności, a to złożyło na jego czole pełen uczucia pocałunek, szepcząc, że teraz już nie musi szukać dalej. Że nareszcie może przestać grać i może odpocząć, bo nie było nic więcej, po co mógłby sięgnąć. Złożyć głowę na jej kolanach bez obaw, że zniknie o wschodzie słońca, tak jak zwykle umykała z jego snów.
- Nie powinno Cię tu być.- Szepnął drżącym głosem. Wyciągnął przed siebie dłoń i jeśli pozwoliła, ułożył dłoń na jej policzku, rozsmarowując popiół, który zdawał się pokrywać każdą powierzchnię w Eurydyce. Z prochu powstałaś, w proch się obrócisz.
Jej miejsce było tam. W bezpiecznych murach domu. W Oxfordzie. Na powierzchni z dala od zła, które trawiło podziemne korytarze. Od szczurów, od świata gdzie słońce nigdy nie docierało. Ale przecież nie musiało. Dla Baldwina to ona była słońcem. Muzą. Kwintesencją poezji i uosobieniem Sztuki. Była triadą - miłością, wiarą i nadzieją.
- Muszę… Muszę Cię mu oddać. Ale tak bardzo nie chcę.- Dodał jeszcze ciszej. Brzęczenie radia zlało się z innymi dźwiękami galerii sztuki. Nie zwracał na nie już uwagi nie potrafiąc nawet stwierdzić co za piosenka aktualnie leci - bo Baldwin nigdy nie patrzył na nic innego, gdy Calanthe była w pobliżu.
Nokturn zabijał wszystko co człowiek zdołał pokochać.
Więc nauczył się kochać to co już nie żyło.
Nauczył się kochać Orfeusza, na którego grobie co rok składał kwiaty, by tego samego wieczoru wznosić z nim toasty w obmierzłej spelunie.
Nauczył się kochać Fridę, wiedząc, że nigdy nie będzie o dzień starsza niż wtedy gdy znalazł ją przy świątecznym drzewku.
Nauczył się kochać Lorraine, która swojej własnej śmierci zdawała się nie dostrzegać, bo serce wili nadal pompowało krew. Ale Lorraine umarła już dawno, umarła jeszcze przed nim- pozostawiając w Katakumbach cząstkę własnej duszy.
Ale Calanthe nadal żyła. Jego Panna nad Pannami. Oblubienica z zamkniętego, różanego ogrodu.
Gdyby tylko pan Ojciec się zlitował nad swym grzesznym synem; gdyby dostrzegł jak czyste i piękne było to uczucie, które łamało młodemu artyście serce przy każdym oddechu. Jedno błogosławieństwo Marcusa Malfoy’a wystarczyłoby, żeby Baldwin porzucił całe dotychczasowe życie i padł do ojcowskich stóp z przeprosinami na ustach. Bo gdy się kochało tylko to co martwe - to możliwość kochania tego co żywe była warta każdej ceny.
Pierdolony psiarski pomiot. Moody mogła sobie doprawić całą filozofię bycia potrzaskanym lusterkiem ludzkich pragnień, bezeceństw i pierwotnych odruchów. Mogła piszczeć “panie władzo to nie ja, to oni”. Źli mężczyźni! Takie niedobre koleżanki!
Tylko, że to nie ludzie ją kształtowali. Ona się dostrajała pod nich. Jak magiczna kukiełka, która wzięta w dłonie przybierała odpowiedni kształt. Rezerwowała gesty i uśmiechy niczym spersonalizowane prezenty - odbijała światło miałkich facetów, bo wiedziała czego potrzebowali by być zauważonymi. Udowadniała swoją wartość głupim kobietom, bo te one rozbijały nieistniejący szklany sufit, a ona chciała być częścią ich zmian. Nieważne czy przelewała krew czy udawała starą maleńką czy odkrywała swoje wewnętrzne dziecko czy stawała się na kilka chwil feministką z bożej łaski.
Millie Moody nie była lustrem.
Millie Moody chowała się za tym lustrem, dociskając dłonie do ust i modląc się, by nikt nie spojrzał poza drewnianą ramę.
Czy to dlatego stała się jedyną rzeczą, która mogła powstrzymać go przed roztrzaskaniem lustra na setki kawałeczków? Istotą, którą widział w każdym jednym lustrzanym odbiciu. Byli bliźniętami i choć nie dzielili jednakowego oblicza - ich podobieństwa sięgały głębiej niż rysy twarzy.
Urok zadziałał, a chłopak nie zamierzał się przed nim w żaden sposób bronić. Mogła to dostrzec w jego oczach, które wręcz pojaśniały z ekscytacji nim ostatnie słowa klątwy zostały wypowiedziane.
Bolało, bo gwałt na umyśle zawsze bolał.
A jednak. Wpatrywał się w Calanthe tak jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. Z zachwytem dziecka spoglądał w oczy, które tak umiłował przed lat. Oczy, które skrywały błękit bezkresnego nieba w słoneczny, ciepły dzień. Źrenice, które nie miały prawa poznać smutku tak długo jak był przy niej. Alabastrowa skóra, której nie śmiał skalać nawet pojedynczy pieg czy niedoskonałość dojrzewania. Twarz Baldwina zastygła w wyrazie miłości - czystej i milczącej. Tej cierpliwej, łaskawej, nieszukającej poklasku.
Baldwin spoglądał na swoją siostrę, tak jakby dotarł do jądra ciemności, a to złożyło na jego czole pełen uczucia pocałunek, szepcząc, że teraz już nie musi szukać dalej. Że nareszcie może przestać grać i może odpocząć, bo nie było nic więcej, po co mógłby sięgnąć. Złożyć głowę na jej kolanach bez obaw, że zniknie o wschodzie słońca, tak jak zwykle umykała z jego snów.
- Nie powinno Cię tu być.- Szepnął drżącym głosem. Wyciągnął przed siebie dłoń i jeśli pozwoliła, ułożył dłoń na jej policzku, rozsmarowując popiół, który zdawał się pokrywać każdą powierzchnię w Eurydyce. Z prochu powstałaś, w proch się obrócisz.
Jej miejsce było tam. W bezpiecznych murach domu. W Oxfordzie. Na powierzchni z dala od zła, które trawiło podziemne korytarze. Od szczurów, od świata gdzie słońce nigdy nie docierało. Ale przecież nie musiało. Dla Baldwina to ona była słońcem. Muzą. Kwintesencją poezji i uosobieniem Sztuki. Była triadą - miłością, wiarą i nadzieją.
- Muszę… Muszę Cię mu oddać. Ale tak bardzo nie chcę.- Dodał jeszcze ciszej. Brzęczenie radia zlało się z innymi dźwiękami galerii sztuki. Nie zwracał na nie już uwagi nie potrafiąc nawet stwierdzić co za piosenka aktualnie leci - bo Baldwin nigdy nie patrzył na nic innego, gdy Calanthe była w pobliżu.
Nokturn zabijał wszystko co człowiek zdołał pokochać.
Więc nauczył się kochać to co już nie żyło.
Nauczył się kochać Orfeusza, na którego grobie co rok składał kwiaty, by tego samego wieczoru wznosić z nim toasty w obmierzłej spelunie.
Nauczył się kochać Fridę, wiedząc, że nigdy nie będzie o dzień starsza niż wtedy gdy znalazł ją przy świątecznym drzewku.
Nauczył się kochać Lorraine, która swojej własnej śmierci zdawała się nie dostrzegać, bo serce wili nadal pompowało krew. Ale Lorraine umarła już dawno, umarła jeszcze przed nim- pozostawiając w Katakumbach cząstkę własnej duszy.
Ale Calanthe nadal żyła. Jego Panna nad Pannami. Oblubienica z zamkniętego, różanego ogrodu.
Gdyby tylko pan Ojciec się zlitował nad swym grzesznym synem; gdyby dostrzegł jak czyste i piękne było to uczucie, które łamało młodemu artyście serce przy każdym oddechu. Jedno błogosławieństwo Marcusa Malfoy’a wystarczyłoby, żeby Baldwin porzucił całe dotychczasowe życie i padł do ojcowskich stóp z przeprosinami na ustach. Bo gdy się kochało tylko to co martwe - to możliwość kochania tego co żywe była warta każdej ceny.