Jak się nie miało w głowie, to trzeba było mieć w ustach... Oczywiście chodziło o charyzmę, a nie jakieś inne, zbereźne rzeczy, które mogły chodzić po głowie niektórym mieszkańcom Nokturnu, ale i nie tylko.
Stanley jako uczeń dosyć średni, musiał sobie wyrobić jakąś umiejętność, która miała mu pomóc przebrnąć przez te wszystkie lata katorgi w szkole i przyszłej pracy. Pech, a może właśnie los chciał, że trafiło się na pewnego rodzaju złoto ustność. Chciało się usłyszeć, że wszystko będzie dobrze? Nic trudniejszego - jedno słowo i Borgin mógł to powiedzieć. Trzeba było się wytłumaczyć z tego, że pies zjadł wypracowanie z zielarstwa? Prościzna. Nic więc dziwnego, że mógł mówić Lorraine to, co chciała usłyszeć.
Z drugiej zaś strony nie było to kłamstwem. Nie mógł wypowiedzieć się za wszystkich Śmierciożerców, ponieważ nie on podejmował tutaj decyzje czy wpływał na agendę, którą mieli głosić. Gdyby tak jednak było, dawno zmieniłby ich barwy na jakieś bardziej przyjemniejsze. Zapewne wprowadziłby również cruciatusowe czwartki dla ich jakże młodego i dynamicznego zespołu. Młodego, bo Śmierciożercy w większości ledwo mieli pierwszy koper pod nosem, a dynamicznego, bo trzeba było szybko spierdalać z akcji, kiedy coś szło nie tak. Ot, taki był żywot poplecznika Lorda Voldemorta.
Kiedy Malfoyówna próbowały swoich sztuczek, nie oporował. Uśmiechał się tylko pod nosem. Znali się od dobrych kilkunastu lat, a Lorraine robiła jakieś podchody. Zupełnie jakby dalej byli w Hogwarcie. Mentalnie może tak, wszak człowiek mój wyjść z Hogwartu, ale Hogwart z człowieka nigdy... czy jakoś tak.
Jako, że miała szczęście bycia blondynką i przyjaciółką Borgina, pokiwał głową na jej przeprosiny. Mogła uznać je za zaakceptowane.
Na pytanie nie odpowiedział. Gdyby jego rozmówczyni była jedną z zaangażowanych w sprawę dam, wiedziałaby, że znak nosiło się na lewej dłoni, a Stanley był praworęczny. Dzięki tym informacjom, mogła się domyślić, że piętno nosił na innej dłoni, niż kończył ludzkie żywoty.
Gorzej jak chodziło jej o piętno jakim było pochodzenie z mieszanki genetycznej Borginów i Mulciberów - wtedy nosił piętno w swoim sercu i nie za wiele mógł z tym faktem uczynić. Po prostu był chodzącym męczennikiem.
- Pewnie tak - zgodził się z nią - Tylko to żaden sentyment, a... - uniósł spojrzenie ku sufitowi - Przenośnia? Tak to chyba nazywacie w klubie książki vel ludzi bardziej oddanym opasłym tomikom... - powrócił swoim zainteresowaniem do Lorraine, obserwując jak Flądra przymila się do jednej z właścicielek. Co za pocieszne stworzenie... skomentował pod nosem, pozwalając sobie na krótki uśmiech.
- Zamykasz oczy i nagle... - zastukał w blat - Idziesz doliną gdzie zło nie jest nowiną. Wartości w ludziach giną mimo dobroci... - wpatrywał się w bliżej nieokreśloną przestrzeń, która dzieliła biurko z drzwiami - Ciężar wrzuca na bary, ciężar elementem kary - dorzucił od siebie jako odpowiedź dotyczącą przemyśleń Lorraine o tym, co ciążyło na jej sumieniu.
Jeden i drugi mogli obiecać jej protekcję, bo zarówno jeden, jak i drugi, nie rzucał słów na wiatr. Jeżeli tak miało być - tak będzie. Cena nie grała roli, a cel uświęcał środki.
Kiedy mówiła taka przejęta, brzmiało to niczym jakieś kazanie. Jakby wszyscy Śmierciożercy zostali złapani, a Lorraine była tą, która miała udzielić im ostatniego namaszczenia przed sądem ostatecznym. Jakby miała ich uświadomić o wszelkim złu, które dokonali w swoim życiu. Jakby miało to cokolwiek zmienić w ich żywotach, które w większości były już spisane na stratę. Na piekielne czeluści - stąd nie było ucieczki. Było tylko potępienie.
- Tak. Sauriel - odparł krótko, zwięźle i na temat - Bardziej Czarny Kot, niż anioł. Wystarczająco dobry, aby spełniał się w swojej roli - przyglądał się jej w skupieniu. A potrzebujesz rozgrzeszenia? Nie wystarczy, aby Twoi najbliżsi Ci wybaczyli? Czy to nie jest najważniejsze w tym wszystkim? Pytał retorycznie, chociaż jego słowa nie odnalazły adresata.
Żałujesz? zapytał jeden głos sumienia. A ty żałujesz? odparł mu drugi. Ja nic nie zrobiłem dało się słyszeć od pierwszego. No właśnie, żałujesz, że nic nie zrobiłeś? wtórował mu następca. Nie odnosiło się to jednak do Stanleya, ponieważ on coś zrobił - złego, dobrego. Nie miało to znaczenia. Ważne, że nie siedział bezczynnie i opowiedział się po jednej ze stron. A jaki to miało mieć wpływ na sam koniec spraw? Tego nie wiedzieli nawet najlepsi wróżbici z Alexandrem Mulciberem na czele.
- Już to robimy - dodał - Cały czas czuwaliśmy nad Maeve. Dalej będziemy to robić. Nic się w tej sprawie nie zmienia - podkreślił, aby Lorraine miała tego świadomość. Mogła na niego liczyć, bo może był Śmierciożercą ale był przede wszystkim przyjacielem, a tych stawiał ponad rozkazy, które mogły paść z góry.
Słysząc jej słowa, uśmiechnął się. Złożył również dłonie w trójkącik. Nie omieszkał odprowadzić ją wzrokiem.
- Jasne - przyłożył palce do skroni, aby lekko nimi zasalutować w kierunku Malfoyówny - Dzięki. Powiedziałbym to samo, ale może lepiej bardziej jak zostanie to w Twojej jurysdykcji - przyznał, odkładając dłonie na blat. Przejechał po powierzchni blatu.
Stanley może i potrzebował nowej tożsamości, fałszywych dokumentów, zapasowej kryjówki, konta w Gringottcie... ale przede wszystkim potrzebował świętego spokoju.
Nie było jednak rzeczy z którą mieliby sobie nie poradzić, ponieważ... friendship is magic.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972