07.02.2025, 20:44 ✶
Drugi września był dla niej dość... Dziwnym dniem. Dość powiedzieć, że nie tylko spotkała wampira, ale i stanęła w jego obronie. I to wcale nie dlatego, że sama oberwała główką czosnku prosto w czoło. Warzywo (korzeń? Czym był, do cholery, czosnek, poza tym że dodatkiem do sosu pomidorowego?) plasnęło o skórę, zostawiając dość brzydki, czerwony ślad przez kilka godzin. Na całe szczęście ludzie w Dziurawym Kotle nie wpadli na to, by ten czosnek obrać z łupinki i rozgnieść, bo inaczej Faye nie pozbyłaby się tego zapachu przez kilka następnych dni. A wtedy nie mogłaby iść... Nie, nawet nie na grzyby, ale zdecydowanie po coś do Lasu Wisielców. Po co? Cóż... Najprościej by było powiedzieć, że to będzie jej malutką, słodką tajemnicą.
Faye była osobą dobrą z natury, lecz nie oznaczało to, że można było nią aż tak manipulować. Jej wiarę w to, że każdy człowiek był kiedyś dobry ludzie zrzucali na karb naiwności, lecz ona wiedziała swoje. Gdyby postawić przed nią Voldemorta, to zdecydowanie najpierw zastanowiłaby się nad tym, kto go do cholery tak mocno skrzywdził, że postanowił obrać za cel niewinnych ludzi tylko dlatego, że byli inni? Ona też była inna. Nosiła w sobie szczelnie zamknięte pudełeczko, skrywające bestię. Pozwalała jej wychodzić nie częściej niż raz na miesiąc, podczas pełni, chociaż skłamałaby gdyby powiedziała, że kilkukrotnie nie uchyliła wieka, gdy była w potrzebie. Zwykle jednak swoją innością nie epatowała, bo wiedziała, że ludzie nie lubią innych. Nie lubił ich Voldemort, nie lubili jej mugole, nie lubili jej czystokrwiści, nie lubiła jej rodzina - po prostu każdy miał tę definicję inności zupełnie inną. Tak, jakby to miało znaczenie. O nie, Faye nie kochała mugoli: po prostu nie uważała, że trzeba mordować każdego, kto wykazał się darem magii, a pochodził z mugolskiej rodziny. Interesowały ją niektóre powiedzenia, część wynalazków... Była z natury ciekawskim stworzeniem. Jak ludzie, którzy łączyli dwa światy, mogli być źli?
Z drugiej strony ktoś, kto mordował dla własnej przyjemności nie mógł być dobry. Kiedyś - owszem, lecz teraz? Ciąg zdarzeń i splot różnych linii czasowych spowodował, że dusza pokryła się mrokiem. Czasem mrok dało się cofnąć, lecz czasem po kilku próbach należało po prostu odpuścić. Ona nie lubiła odpuszczać i nie musiała jeszcze tego robić, a spotkała na swojej drodze osoby, które były tak wypaczone złem, że pierwsza lepsza brygadzistka by wtrąciła ich za kratki. Ona jednak wierzyła, że mają szansę. Może dlatego, że dostrzegała w nich tę inność, którą miała w sobie?
Teraz jednak była w Lesie Wisielców dlatego, że po raz trzeci ktoś nadwyrężył jej zaufanie. Zamiast więc stawić się na umówionym spotkaniu w innym miejscu, ruszyła naokoło, tam gdzie słyszała, że ma być... coś. Sama nie wiedziała co, może tak naprawdę nic tam nie było? Może nie powinna być tak podejrzliwa? Możliwe, że wydarzenia z końca sierpnia sprawiły, że zaczynała się odrobinę mentalnie chwiać i to dlatego. Ale coś ją swędziało w głowie, w czaszce, i kazało iść i sprawdzić. No więc... Poszła. I zdecydowanie nie spodziewała się, że natrafi na jeden z najgorzej zbudowanych szałasów, które przyszło jej kiedykolwiek oglądać. Jak miała pięć lat to potrafiła zbudować lepszy. Zatrzymała się na chwilę, mrużąc oczy. Świtało, na zewnątrz było szaro, lecz w środku upiornego lasu, w którym przyszło im się znaleźć, wciąż panował mrok. Odrobinę się rozpraszał, lecz wciąż było zbyt ciemno, by móc skutecznie obserwować tę parę wystających nóżek obutych w śmieszne, szpiczaste buciki. Rozsądek podpowiadał Faye, że powinna sobie iść - zignorować narastającą ciekawość i po prostu zebrać dupę w troki, poleźć dalej, załatwić swoją sprawę. Ale co, jeżeli osoba, która tu spała, potrzebowała pomocy? Z drugiej strony kto normalny chodzi w takich butach... Traversówna usiadła w krzakach, skąd miała dobry widok na "szałas" i nogi, a potem zamarła w bezruchu. I czekała, ze zgaszoną różdżką, tłumiąc w sobie odruch wyciągnięcia papierosa. Była jak kot, wpatrujący się w swoją ofiarę. Jak wilk, który obserwuje oddalające się od stada zwierzę. Czekała, cierpliwie i bez ruchu, jakby od zawsze była częścią lasu. I chociaż ten konkretny las nie był tym, którego częścią chciała być, to niejako wtopiła się w otoczenie, jakby rozpłynęła w gęstwinie, rozmazała swoje kontury i sprawiła, że była widoczna, lecz jednak nie do końca.
Faye zmarszczyła brwi. Najpierw lekko, delikatnie, a potem mocniej, gdy z każdym kolejnym słowem orientowała się, że to raczej nikt groźny. Już miała wstać, gdy nieznajomy w dziwnym ubraniu zaczął krzyczeć jakby do niej. Nie mógł jej widzieć, ukryła się w krzaczorach, chociaż nie miała pewności - różne dziwy chodziły po świecie. Pewna tego, że ją zauważył, westchnęła cichutko.
- Grzybów nie wykopuje się łopatą - mięśnie były zastane, podobnie jak kości. Kolana strzyknęły nieprzyjemnie, gdy Faye wstała powoli - być może gdyby nie miała 150 cm w kapeluszu, to by zrobiła tym ruchem na kimkolwiek wrażenie. Być może gdyby jej twarz nie przypominała gówniary, to ktoś mógłby się zlęknąć, że ktoś wyłazi z krzaków w Lesie Wisielców. - Trzeba je uciąć lub wykręcić, zależy od szkoły.
Faye była osobą dobrą z natury, lecz nie oznaczało to, że można było nią aż tak manipulować. Jej wiarę w to, że każdy człowiek był kiedyś dobry ludzie zrzucali na karb naiwności, lecz ona wiedziała swoje. Gdyby postawić przed nią Voldemorta, to zdecydowanie najpierw zastanowiłaby się nad tym, kto go do cholery tak mocno skrzywdził, że postanowił obrać za cel niewinnych ludzi tylko dlatego, że byli inni? Ona też była inna. Nosiła w sobie szczelnie zamknięte pudełeczko, skrywające bestię. Pozwalała jej wychodzić nie częściej niż raz na miesiąc, podczas pełni, chociaż skłamałaby gdyby powiedziała, że kilkukrotnie nie uchyliła wieka, gdy była w potrzebie. Zwykle jednak swoją innością nie epatowała, bo wiedziała, że ludzie nie lubią innych. Nie lubił ich Voldemort, nie lubili jej mugole, nie lubili jej czystokrwiści, nie lubiła jej rodzina - po prostu każdy miał tę definicję inności zupełnie inną. Tak, jakby to miało znaczenie. O nie, Faye nie kochała mugoli: po prostu nie uważała, że trzeba mordować każdego, kto wykazał się darem magii, a pochodził z mugolskiej rodziny. Interesowały ją niektóre powiedzenia, część wynalazków... Była z natury ciekawskim stworzeniem. Jak ludzie, którzy łączyli dwa światy, mogli być źli?
Z drugiej strony ktoś, kto mordował dla własnej przyjemności nie mógł być dobry. Kiedyś - owszem, lecz teraz? Ciąg zdarzeń i splot różnych linii czasowych spowodował, że dusza pokryła się mrokiem. Czasem mrok dało się cofnąć, lecz czasem po kilku próbach należało po prostu odpuścić. Ona nie lubiła odpuszczać i nie musiała jeszcze tego robić, a spotkała na swojej drodze osoby, które były tak wypaczone złem, że pierwsza lepsza brygadzistka by wtrąciła ich za kratki. Ona jednak wierzyła, że mają szansę. Może dlatego, że dostrzegała w nich tę inność, którą miała w sobie?
Teraz jednak była w Lesie Wisielców dlatego, że po raz trzeci ktoś nadwyrężył jej zaufanie. Zamiast więc stawić się na umówionym spotkaniu w innym miejscu, ruszyła naokoło, tam gdzie słyszała, że ma być... coś. Sama nie wiedziała co, może tak naprawdę nic tam nie było? Może nie powinna być tak podejrzliwa? Możliwe, że wydarzenia z końca sierpnia sprawiły, że zaczynała się odrobinę mentalnie chwiać i to dlatego. Ale coś ją swędziało w głowie, w czaszce, i kazało iść i sprawdzić. No więc... Poszła. I zdecydowanie nie spodziewała się, że natrafi na jeden z najgorzej zbudowanych szałasów, które przyszło jej kiedykolwiek oglądać. Jak miała pięć lat to potrafiła zbudować lepszy. Zatrzymała się na chwilę, mrużąc oczy. Świtało, na zewnątrz było szaro, lecz w środku upiornego lasu, w którym przyszło im się znaleźć, wciąż panował mrok. Odrobinę się rozpraszał, lecz wciąż było zbyt ciemno, by móc skutecznie obserwować tę parę wystających nóżek obutych w śmieszne, szpiczaste buciki. Rozsądek podpowiadał Faye, że powinna sobie iść - zignorować narastającą ciekawość i po prostu zebrać dupę w troki, poleźć dalej, załatwić swoją sprawę. Ale co, jeżeli osoba, która tu spała, potrzebowała pomocy? Z drugiej strony kto normalny chodzi w takich butach... Traversówna usiadła w krzakach, skąd miała dobry widok na "szałas" i nogi, a potem zamarła w bezruchu. I czekała, ze zgaszoną różdżką, tłumiąc w sobie odruch wyciągnięcia papierosa. Była jak kot, wpatrujący się w swoją ofiarę. Jak wilk, który obserwuje oddalające się od stada zwierzę. Czekała, cierpliwie i bez ruchu, jakby od zawsze była częścią lasu. I chociaż ten konkretny las nie był tym, którego częścią chciała być, to niejako wtopiła się w otoczenie, jakby rozpłynęła w gęstwinie, rozmazała swoje kontury i sprawiła, że była widoczna, lecz jednak nie do końca.
Faye zmarszczyła brwi. Najpierw lekko, delikatnie, a potem mocniej, gdy z każdym kolejnym słowem orientowała się, że to raczej nikt groźny. Już miała wstać, gdy nieznajomy w dziwnym ubraniu zaczął krzyczeć jakby do niej. Nie mógł jej widzieć, ukryła się w krzaczorach, chociaż nie miała pewności - różne dziwy chodziły po świecie. Pewna tego, że ją zauważył, westchnęła cichutko.
- Grzybów nie wykopuje się łopatą - mięśnie były zastane, podobnie jak kości. Kolana strzyknęły nieprzyjemnie, gdy Faye wstała powoli - być może gdyby nie miała 150 cm w kapeluszu, to by zrobiła tym ruchem na kimkolwiek wrażenie. Być może gdyby jej twarz nie przypominała gówniary, to ktoś mógłby się zlęknąć, że ktoś wyłazi z krzaków w Lesie Wisielców. - Trzeba je uciąć lub wykręcić, zależy od szkoły.