05.02.2025, 04:11 ✶
Jej domysły były dobre jak cokolwiek innego, nawet jeśli sprowadzały się raczej do życzeniowego myślenia. Bieg Julka na przestrzał był zwyczajnie prostszy. Głównie dla nich, bo w takim przypadku nie musieli się rozdrabniać, kluczyć i zastanawiać, a zamiast tego wystarczyło przeć przed siebie. No i nie musieli się rozdzielać.
W pewien sposób bodła ją ironiczność Erika, podbijając tylko rosnące napięcie i niepewność, jakby za sprawą jego słów atmosfera tylko chętniej gęstniała dookoła. Dodatkowo, robiło się tylko zimniej i zimniej, a wybiegnięcie za Charlesem w szlafroku w niczym nie pomagało. Dziewczyna mimowolnie zacisnęła dłoń na pluszowym kołnierzu, chcąc w ten sposób lepiej ochronić się przed chłodem, wciąż jednak parła dalej. Przynajmniej do momentu, aż zza jednego z drzew nie zamajaczył dziwaczny cień.
Pierwsze skojarzenie było proste - człowiek. Ale im dłużej się na to patrzyło, tym wzrok wychwytywał kolejne detale, które zaburzały percepcje i sprawiały, że człowieka ogarniało dziwne, niepokojące uczucie. Coś w środku krzyczało, że to wcale nie była inna osoba, która zbłądziła w nocy w lesie i faktycznie, dość szybko makabryczna, turpistyczna sylwetka poruszyła się.
Julian był gdzieś między nimi; Dorą i Erikiem, a tajemniczym widmem, które czaiło się w lesie, na całe szczęście zaprzestawszy tej swojej bieganiny, wciąż jednak mrucząc coś pod nosem na temat swojego brata. Trzeźwe spojrzenie wystarczyło, by jasno ocenić że nawet w najgorszym koszmarze nie mógł być to krewny Rookwooda. Tym bardziej, kiedy stworzenie dodatkowo otworzyło usta.
Krzyk wdarł się do głowy, jakby pomijając uszy, a natarczywy dźwięk zwalił ich z kolan. Ciało pulsowało bólem w akompaniamencie agonii i przez moment Dora myślała, że może faktycznie umiera. Że oni wszyscy tutaj właśnie umierają - w środku lasu, który otaczał Dolinę i nikt ich nie znajdzie, bo przecież wchodzenie tutaj było skrajnie głupie i wcale nie powinno ich tutaj być. Dziewczyna poczuła jak wilgotnieją jej policzki, kiedy łzy popłynęły po nich strugami, w reakcji na wstrząs. Na ból, który nie chciał odpuścić, uderzając z kolejnym krzykiem. Na głos, który łamał serce, bo przecież był jej tak dobrze znany i wiązał się z ojcem Danielle.
Pewnie gdyby przyszła tutaj sama, nie podniosłaby się z kolan, kiedy paraliż wreszcie minął. Ale sylwetka Juliana, malująca się przed oczami i obecność Erika skutecznie motywowały, żeby zrobić cokolwiek. Szarpnęła się, doskakując do Rookwooda i łapiąc go za rękę, by pociągnąć w tył, w stronę z której przyszli, rozpaczliwie wręcz próbując rzucić się razem z nim do ucieczki. Dokładnie tak jak nakazywał zdrowy rozsądek i strach. Instynkt, który brał górę, kiedy niebezpieczeństwo okazywało się nad wyraz blisko.
W pewien sposób bodła ją ironiczność Erika, podbijając tylko rosnące napięcie i niepewność, jakby za sprawą jego słów atmosfera tylko chętniej gęstniała dookoła. Dodatkowo, robiło się tylko zimniej i zimniej, a wybiegnięcie za Charlesem w szlafroku w niczym nie pomagało. Dziewczyna mimowolnie zacisnęła dłoń na pluszowym kołnierzu, chcąc w ten sposób lepiej ochronić się przed chłodem, wciąż jednak parła dalej. Przynajmniej do momentu, aż zza jednego z drzew nie zamajaczył dziwaczny cień.
Pierwsze skojarzenie było proste - człowiek. Ale im dłużej się na to patrzyło, tym wzrok wychwytywał kolejne detale, które zaburzały percepcje i sprawiały, że człowieka ogarniało dziwne, niepokojące uczucie. Coś w środku krzyczało, że to wcale nie była inna osoba, która zbłądziła w nocy w lesie i faktycznie, dość szybko makabryczna, turpistyczna sylwetka poruszyła się.
Julian był gdzieś między nimi; Dorą i Erikiem, a tajemniczym widmem, które czaiło się w lesie, na całe szczęście zaprzestawszy tej swojej bieganiny, wciąż jednak mrucząc coś pod nosem na temat swojego brata. Trzeźwe spojrzenie wystarczyło, by jasno ocenić że nawet w najgorszym koszmarze nie mógł być to krewny Rookwooda. Tym bardziej, kiedy stworzenie dodatkowo otworzyło usta.
Krzyk wdarł się do głowy, jakby pomijając uszy, a natarczywy dźwięk zwalił ich z kolan. Ciało pulsowało bólem w akompaniamencie agonii i przez moment Dora myślała, że może faktycznie umiera. Że oni wszyscy tutaj właśnie umierają - w środku lasu, który otaczał Dolinę i nikt ich nie znajdzie, bo przecież wchodzenie tutaj było skrajnie głupie i wcale nie powinno ich tutaj być. Dziewczyna poczuła jak wilgotnieją jej policzki, kiedy łzy popłynęły po nich strugami, w reakcji na wstrząs. Na ból, który nie chciał odpuścić, uderzając z kolejnym krzykiem. Na głos, który łamał serce, bo przecież był jej tak dobrze znany i wiązał się z ojcem Danielle.
Pewnie gdyby przyszła tutaj sama, nie podniosłaby się z kolan, kiedy paraliż wreszcie minął. Ale sylwetka Juliana, malująca się przed oczami i obecność Erika skutecznie motywowały, żeby zrobić cokolwiek. Szarpnęła się, doskakując do Rookwooda i łapiąc go za rękę, by pociągnąć w tył, w stronę z której przyszli, rozpaczliwie wręcz próbując rzucić się razem z nim do ucieczki. Dokładnie tak jak nakazywał zdrowy rozsądek i strach. Instynkt, który brał górę, kiedy niebezpieczeństwo okazywało się nad wyraz blisko.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.