02.02.2025, 14:59 ✶
Przyjęła komplementy tak jak zawsze - z lekko uniesionymi brwiami, chłodnym spojrzeniem i kamienną twarzą, sugerując jasno, że peany na własną cześć jej nie ruszają. Jedynie oczy zwęziły się nieznacznie, kiedy przyrównał ją do brata; w oczach Eden zatańczył cień frustracji, nieugaszonej nigdy zawiści, a serce drgnęło wbrew dotychczasowemu rytmowi, niezadowolone, że temat ich podobieństwa został podniesiony w tej rozmowie.
Nie potrzebowała przypomnienia w kwestii tego, jaką osobą była. Doskonale wiedziała, że była twarda, bezwzględna. Zdawała sobie sprawę z gracji, z jaką przeskakiwała po trupach do wyznaczonych sobie celów. Była też pewna, że w potyczce słownej zawsze odniesie zwycięstwo, choćby i pyrrusowe. Nie było tutaj czego podważać, bo ewidentnym było, że jest wykapaną córką swojego ojca, wierną kopią aspirującego tyrana. Niemniej widziała też, do czego takie podejście do życia doprowadziło Fortinbrasa i miała słuszne obawy, że wykorzystywanie ich wspólnych atutów przyniesie jej jedynie zgubę. Czy można było ją więc winić, że przy swojej ostrożności wycofała się z gry w obliczu nieuchronnej porażki?
Dolała sobie wina, skupiając swój wzrok bardziej na przelewającej się cieczy niż na twarzy Anthony'ego. Wciąż słuchała jego słów, ale budziły w niej tyle emocji, że wolała skierować spojrzenie gdzieś indziej, utrudniając Shafiqowi przedwczesną ocenę jej zamiarów. Zgadzała się z nim, że najwyższy czas, aby los świata trafił w kompetentne ręce. Nie chciała patrzeć, jak przerzucany jest niczym rozgrzany węgiel pomiędzy dłońmi fanatyków oraz samozwańczych partyzantów, którzy pewnie zamiary mieli dobre, ale emocje przysłaniały im zdrowy osąd. Miał też rację, że sprawniej by to szło, gdyby znowu zaczęła brylować pośród tych zadufanych w sobie arystokratów z diablej łaski, bo przecież nikt nie uwierzyłby w jej dobre intencje choćby się krzyżem położyła na drodze Śmierciożerców, więc śmietanka weźmie ją za swoją. Ale... no właśnie, Eden zawsze miała jakieś ale. Zawsze stawiała warunki, bo nie ufała ludziom, nawet jeśli nie mieliby żadnej korzyści ze zdrady.
- Nie będę twoją asystentką, ani zastępcą - zaoponowała wprost, odkładając na bok kieliszek, z którego przed chwilą upiła łyk wina. Przeniosła z wolna spojrzenie na przyjaciela, unosząc brodę i przybierając na tyle zawzięty wyraz twarzy, by dać znać, że to nie jest nawet pole do dyskusji. - Mam dosyć chowania się za wpływowymi mężczyznami, snucia się jak cień, który dla kilku benefitów będzie odwalać brudną robotę. Całe życie odgrywałam rolę szarej eminencji, na koniec zostając z niczym, bo nie miałam prawa posiadać dowodu na to, jaki wkład w sprawę włożyłam. - Założyła ręce na piersi, oparła się wygodniej w krześle, ale nie zmieniła wyrazu twarzy ani na moment. - Jeśli mam zechcieć zmieniać świat, muszę zacząć przede wszystkim od siebie. Być zmianą, którą chcę w tym świecie widzieć. Skoro chcemy zapobiegać manipulacjom Śmierciożerców, sama muszę swoje sznurki odciąć - oznajmiła to z kwaśnym uśmiechem, bo dla niej to wyznanie miało drugie dno. Jeszcze nie podzieliła się rewelacją dotyczącą afiliacji własnego ojca, ale nigdy bardziej nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo ta wiedza będzie istotna. Nie tylko dla dobra tej sprawy, ale też dla niej samej. - Dlatego jeśli chcesz, abym weszła do gry, mogę to zrobić jako twoja wspólniczka. Nie mniej, nie więcej. - Postawiła jasną ofertę, a następnie pochwyciła lampkę wina. Nie przerwała kontaktu wzrokowego z Antkiem, ale jednocześnie chciała dać mu chwilę na zastanowienie się nad tym. Powinien; przecież zrobił Eden taką reklamę kilka chwil temu, że nie czuła się już dłużej jak ktoś, kogo można zastąpić.
- Zgadzam się w kwestii oklumencji. Już bez Syndykatu posiadam informacje, które powinny zostać szczelnie zamknięte za drzwiami mojego umysłu, nie możemy ryzykować włamaniem - uśmiechnęła się mówiąc to. Niegdyś rozważała naukę na własną rękę, jeszcze za czasów kariery aurorskiej, ale ta zakończyła się tak niespodziewanie szybko, że wir wydarzeń pociągnął ją z dala od pomysłu. - Zaś w kwestii wystawiania się na atak... Chciałbyś rozwinąć skąd w tobie myśli samobójcze? - Przechyliła głowę, zagajając z pozoru niewinnie. Nie umiała jednak pozbyć się półtonu kpiny tańczącego w tle, bo póki nie widziała sensu w takiej prowokacji, ciężko było traktować sprawę poważnie.
Nie potrzebowała przypomnienia w kwestii tego, jaką osobą była. Doskonale wiedziała, że była twarda, bezwzględna. Zdawała sobie sprawę z gracji, z jaką przeskakiwała po trupach do wyznaczonych sobie celów. Była też pewna, że w potyczce słownej zawsze odniesie zwycięstwo, choćby i pyrrusowe. Nie było tutaj czego podważać, bo ewidentnym było, że jest wykapaną córką swojego ojca, wierną kopią aspirującego tyrana. Niemniej widziała też, do czego takie podejście do życia doprowadziło Fortinbrasa i miała słuszne obawy, że wykorzystywanie ich wspólnych atutów przyniesie jej jedynie zgubę. Czy można było ją więc winić, że przy swojej ostrożności wycofała się z gry w obliczu nieuchronnej porażki?
Dolała sobie wina, skupiając swój wzrok bardziej na przelewającej się cieczy niż na twarzy Anthony'ego. Wciąż słuchała jego słów, ale budziły w niej tyle emocji, że wolała skierować spojrzenie gdzieś indziej, utrudniając Shafiqowi przedwczesną ocenę jej zamiarów. Zgadzała się z nim, że najwyższy czas, aby los świata trafił w kompetentne ręce. Nie chciała patrzeć, jak przerzucany jest niczym rozgrzany węgiel pomiędzy dłońmi fanatyków oraz samozwańczych partyzantów, którzy pewnie zamiary mieli dobre, ale emocje przysłaniały im zdrowy osąd. Miał też rację, że sprawniej by to szło, gdyby znowu zaczęła brylować pośród tych zadufanych w sobie arystokratów z diablej łaski, bo przecież nikt nie uwierzyłby w jej dobre intencje choćby się krzyżem położyła na drodze Śmierciożerców, więc śmietanka weźmie ją za swoją. Ale... no właśnie, Eden zawsze miała jakieś ale. Zawsze stawiała warunki, bo nie ufała ludziom, nawet jeśli nie mieliby żadnej korzyści ze zdrady.
- Nie będę twoją asystentką, ani zastępcą - zaoponowała wprost, odkładając na bok kieliszek, z którego przed chwilą upiła łyk wina. Przeniosła z wolna spojrzenie na przyjaciela, unosząc brodę i przybierając na tyle zawzięty wyraz twarzy, by dać znać, że to nie jest nawet pole do dyskusji. - Mam dosyć chowania się za wpływowymi mężczyznami, snucia się jak cień, który dla kilku benefitów będzie odwalać brudną robotę. Całe życie odgrywałam rolę szarej eminencji, na koniec zostając z niczym, bo nie miałam prawa posiadać dowodu na to, jaki wkład w sprawę włożyłam. - Założyła ręce na piersi, oparła się wygodniej w krześle, ale nie zmieniła wyrazu twarzy ani na moment. - Jeśli mam zechcieć zmieniać świat, muszę zacząć przede wszystkim od siebie. Być zmianą, którą chcę w tym świecie widzieć. Skoro chcemy zapobiegać manipulacjom Śmierciożerców, sama muszę swoje sznurki odciąć - oznajmiła to z kwaśnym uśmiechem, bo dla niej to wyznanie miało drugie dno. Jeszcze nie podzieliła się rewelacją dotyczącą afiliacji własnego ojca, ale nigdy bardziej nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo ta wiedza będzie istotna. Nie tylko dla dobra tej sprawy, ale też dla niej samej. - Dlatego jeśli chcesz, abym weszła do gry, mogę to zrobić jako twoja wspólniczka. Nie mniej, nie więcej. - Postawiła jasną ofertę, a następnie pochwyciła lampkę wina. Nie przerwała kontaktu wzrokowego z Antkiem, ale jednocześnie chciała dać mu chwilę na zastanowienie się nad tym. Powinien; przecież zrobił Eden taką reklamę kilka chwil temu, że nie czuła się już dłużej jak ktoś, kogo można zastąpić.
- Zgadzam się w kwestii oklumencji. Już bez Syndykatu posiadam informacje, które powinny zostać szczelnie zamknięte za drzwiami mojego umysłu, nie możemy ryzykować włamaniem - uśmiechnęła się mówiąc to. Niegdyś rozważała naukę na własną rękę, jeszcze za czasów kariery aurorskiej, ale ta zakończyła się tak niespodziewanie szybko, że wir wydarzeń pociągnął ją z dala od pomysłu. - Zaś w kwestii wystawiania się na atak... Chciałbyś rozwinąć skąd w tobie myśli samobójcze? - Przechyliła głowę, zagajając z pozoru niewinnie. Nie umiała jednak pozbyć się półtonu kpiny tańczącego w tle, bo póki nie widziała sensu w takiej prowokacji, ciężko było traktować sprawę poważnie.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~