Nie każde święto z czarodziejskiego kalendarza odnajdywało dla siebie szczególne miejsce w domu rodziny Lestrangów. Yule, choć w rezydencji zwykło się też nazywać ten czas Noël, obchodzone było w sposób szczególny i przykładano do niego wiele starań oraz uwagi. Nie było nawet mowy o tym, żeby kogoś zabrakło w ten dzień, chociaż tak naprawdę to nigdy nie był tylko jeden dzień. Obchody zimowego przesilenia najczęściej trwały kilka dni, a pierwsze jego oznaki najwcześniejsze były widoczne w ogrodzie tuż przy głównej rezydencji. Maida Vale na ten okres zmieniało się w charakterystyczny sposób dostosowując się w swojej prezencji do świątecznej atmosfery. Ogrom dekoracji, światełek i ozdób cieszyły swoim pięknem niejedną parę oczu. Zaczarowane lampiony oświecały ścieżki oraz alejki, lilie unoszące się na stawie promieniowały ciepłym, jasnym światłem, a muzy z posągów przygrywały świąteczną, nastrojową muzykę. W oranżerii za to stała wysoka choinka, ozdabianiem której osobiście zajmowało się całe rodzeństwo bez wyjątku. Rodzice Louvaina przykładali sporo uwagi do tego by ich dzieci wiedziały co jest reprezentatywne dla ich rodziny i z czego powinni być dumni jako potomkowie tak dumnego rodu.
Sam dzień świąteczny również był wypełniony stałymi punktami programu. Prezenty były przewidziane dla każdego, jednak należało na nie zasłużyć, bowiem żeby móc odpakować swoją niespodziankę należało wyrecytować wierszyk, bez zająknięcia i to w języku francuskim. Wspólne przeglądanie albumów ze zdjęciami przy kominku i wspominanie okoliczności przy których były robione zapisane na nich momenty. Nie obywało się też bez nużących pytań o oceny w szkole. Dla Louvaina za każdym razem był to nieprzyjemny moment, bo zwykle odstawał w stopniach od Loretty i zdecydowanie wolał zasłaniać się osiągnięciami na boisku na którym szło mu zdecydowanie lepiej, niż na zajęciach lekcyjnych. W tych momentach ojciec uwielbiał straszyć syna, że w końcu się doigra i przyjdzie po niego kiedyś dziwny Pan. Ale nie taki byle jaki tylko tajemniczy Père Fouettard, którego niepokojący wizerunek z ilustracji w książkach wywoływał dreszcze od najmłodszych lat, chociaż nawet niedokońca wiedział kim był ten cały Père. Na stole przy wspólnej kolacji również nie brakowało francuskich akcentów. Domowe skrzaty podawały typowe świateczne przysmak czyli foie gras, oraz Bûche de Noël czyli ciasto w formie, symbolizujące dawne świąteczne drewno kominkowe.
Jednak oprócz tradycyjnych obchodów Yule istniało też kilka alternatyw. Zdarzało się też tak i to właściwie dość często, że na święta przyjeżdżała cała rodzina Lestrangów, wraz z kuzynostwem od Blacków i jeszcze kilku najbliższych krewnych. Rodowa rezydencja była przecież spora, na tyle duża by pomieścić wszystkich krewnych jednego wieczoru. Dla Louvaina i właściwie wszystkich dzieciaków była to świetna okazja, by zniknąć dorosłym z oczu i poganiać się po korytarzach domostwa. Zasadniczo Lou lubił kiedy goście wpadali, bo w domu panował wtedy większy chaos w którym odnajdywał się całkiem sprawnie. Więcej zabawy, więcej prezentów i więcej kuzynek którym mógł dokuczać. Wartą wyróżnienia alternatywą spędzania świąt był też wspólny wyjazd zza granicę. Do Francji, do Paryża konkretniej. Wtedy też, podczas pobytu w rodzimej krainie, całą zgrają odwiedzali tych dalszych krewnych, którzy nie emigrowali tak jak Lestrangowie z Londynu. Jednak najważniejszym elementem takiego kilku dniowego wyjazdu, był spacer po bożonarodzeniowym jarmarku w magicznej części Paryża. W takich okolicznościach dzieciaki same mogły sobie wybrać prezent jaki chciałaby dostać, pod warunkiem że sami będą w stanie o niego poprosić sprzedawcę, lub sprzedawczyni na stoisku czy w sklepie.