25.01.2025, 21:23 ✶
Wczoraj w nocy zwijał sobie na tym stole papierosy. Nie potrafił zasnąć po tym co zrobił Laurentowi, więc mógł przynajmniej nie spędzić tego czasu na użalaniu się nad sobą, a... heh, mógł go spędzić nie tylko na użalaniu się nad sobą. Oczywiście, że normalnie by uciekł. No bo przecież nie będzie go ani obmacywał, ani przepytywał obcy facet, nawet jeżeli Laurent dałby sobie uciąć za niego rękę. Może i Crow był zaślepiony miłością, ale nie był aż tak ślepy, żeby nie wiedzieć jak naiwny potrafił być blondyn. No bo kurwa - jego życie w tym domu było najlepszym, niezaprzeczalnym przykładem tejże naiwności.
Został w New Forest głównie przez palące uczucie w klatce piersiowej za każdym razem kiedy pomyślał o tym, jak spuszcza Laurenta z oczu, a on od razu pada ofiarą jakiegoś pijanego kolesia. Zabrał go tam, bo taką miał zachciankę. Zepsuł mu obiad w restauracji, później zrujnował wieczór najgorszymi zakupami w jego życiu. Jakoś trzeba to było zrównoważyć, zrobić cokolwiek, co nie dobije sytuacji i nie pozostawi wrażenia, że był zwyczajnie niegodny wszystkiego, co mu ofiarowano za... za co? Nie opierało się związków na wdzięczności za uratowanie życia.
Spotkanie się z uzdrowicielem, którego zaprosił tutaj Laurent, nie było czymś drobnym, czym mógłby wyklepać wczorajszy błąd. To było... jak atak na jego prywatność. Gburowata mina, co nią uraczył wszystkich, zanim zniknął za drzwiami łazienki, była bardzo bezpośrednim wyrazem tego, że mu się to wszystko okropnie nie podobało. Nie ulegało żadnej wątpliwości, że mężczyzna opuszczający jak gdyby nigdy nic sypialnię Laurenta jest człowiekiem trudnym. I nie tylko o twarz chodziło, ale i o resztę aparycji - o wytatuowane ramiona, o goły brzuch, o nieco absurdalnie nisko osadzone na biodrach spodnie. Ktoś z nizin - jedynie czarne loki stylizowane na Ulizannę, wydawały się sugerować, jakoby miał dbać o swój wygląd, ale i one nie były idealne - w końcu wyraźnie dopiero co wstał. Włosy. Tylko te włosy. Jak się przyjrzało tym malowidłom na jego ciele, nie dało się przeoczyć zabliźnionych, licznych ran, jakie spróbowano zamaskować tuszem. Część sugerowała stanie się ofiarą jakiegoś paskudnego zaklęcia lub ciosu. Reszta, zadana sobie samodzielnie, straszyła każdego, kto chciał zapytać o ich historię.
Jak za każdym razem, popołudnie (rzadko wstawał wcześniej) było dla New Forest serenadą kaszlnięć skwitowanych splunięciem flegmą do czyściutkiego zlewu. A później dźwięk wody, którą obmywał twarz i ręce, jak zawsze kiedy próbował się uspokoić. Wcale nie palił tylko papierosów. Zanim się tutaj przeprowadził jarał smacka jak opętany, a kiedy próbował go odstawić, przeszedł istne tortury w cyrkowym wozie, cudem utrzymany przez panikującą Fiery. I jego ciało mówiło więcej. Mówiło o problemach psychicznych. O tym, że od urodzenia nie widział kolorów i momentami w ciemności ciężko mu było dostrzec cokolwiek. Miał na klatce piersiowej tatuaż ku czci pierdolonej Pani Podziemnych Ścieżek.
Zachował się więc dokładnie tak, jak Laurent to pewnie przewidywał. Jak kompletny idiota.
Kompletny idiota, wymyty lodowatą wodą, wyszedł z łazienki i usiadł na krześle bardzo daleko od Basiliusa, pstryknięciem palca, bezróżdżkowo przywołując sobie gazetę z czarno-białą, mugolską fotografią przerażonych, uciekających przed czymś dzieci. Żołnierze stojący za nimi byli bardzo spokojni jak na to, że tuż przed nimi znajdowała się dziewczynka poparzona napalmem. Nabył ją niedawno. Prasie amerykańskiej zajmowało trochę czasu trafienie do Wielkiej Brytanii, ale to zdjęcie prędzej czy później obiegnie cały świat. Crow czytał artykuł z trzeciej strony, nie odzywając się do nikogo. Dla większości świata - buc. Dla Laurenta - czytelnie wyjątkowo zdenerwowany Flynn Bell, tłumiący w sobie wszystko, co się da, żeby tylko nie wyjebać nieznanemu mężczyźnie pięścią w nos, kiedy tylko zada nieodpowiednie pytanie. Próbował. Ale wszyscy wiedzą, jak kończyły się te jego próby - osładzały sekundy przed absolutną katastrofą.
Nie spojrzał na jego twarz. Nie poznał go po głosie. Obcy.
Został w New Forest głównie przez palące uczucie w klatce piersiowej za każdym razem kiedy pomyślał o tym, jak spuszcza Laurenta z oczu, a on od razu pada ofiarą jakiegoś pijanego kolesia. Zabrał go tam, bo taką miał zachciankę. Zepsuł mu obiad w restauracji, później zrujnował wieczór najgorszymi zakupami w jego życiu. Jakoś trzeba to było zrównoważyć, zrobić cokolwiek, co nie dobije sytuacji i nie pozostawi wrażenia, że był zwyczajnie niegodny wszystkiego, co mu ofiarowano za... za co? Nie opierało się związków na wdzięczności za uratowanie życia.
Spotkanie się z uzdrowicielem, którego zaprosił tutaj Laurent, nie było czymś drobnym, czym mógłby wyklepać wczorajszy błąd. To było... jak atak na jego prywatność. Gburowata mina, co nią uraczył wszystkich, zanim zniknął za drzwiami łazienki, była bardzo bezpośrednim wyrazem tego, że mu się to wszystko okropnie nie podobało. Nie ulegało żadnej wątpliwości, że mężczyzna opuszczający jak gdyby nigdy nic sypialnię Laurenta jest człowiekiem trudnym. I nie tylko o twarz chodziło, ale i o resztę aparycji - o wytatuowane ramiona, o goły brzuch, o nieco absurdalnie nisko osadzone na biodrach spodnie. Ktoś z nizin - jedynie czarne loki stylizowane na Ulizannę, wydawały się sugerować, jakoby miał dbać o swój wygląd, ale i one nie były idealne - w końcu wyraźnie dopiero co wstał. Włosy. Tylko te włosy. Jak się przyjrzało tym malowidłom na jego ciele, nie dało się przeoczyć zabliźnionych, licznych ran, jakie spróbowano zamaskować tuszem. Część sugerowała stanie się ofiarą jakiegoś paskudnego zaklęcia lub ciosu. Reszta, zadana sobie samodzielnie, straszyła każdego, kto chciał zapytać o ich historię.
Jak za każdym razem, popołudnie (rzadko wstawał wcześniej) było dla New Forest serenadą kaszlnięć skwitowanych splunięciem flegmą do czyściutkiego zlewu. A później dźwięk wody, którą obmywał twarz i ręce, jak zawsze kiedy próbował się uspokoić. Wcale nie palił tylko papierosów. Zanim się tutaj przeprowadził jarał smacka jak opętany, a kiedy próbował go odstawić, przeszedł istne tortury w cyrkowym wozie, cudem utrzymany przez panikującą Fiery. I jego ciało mówiło więcej. Mówiło o problemach psychicznych. O tym, że od urodzenia nie widział kolorów i momentami w ciemności ciężko mu było dostrzec cokolwiek. Miał na klatce piersiowej tatuaż ku czci pierdolonej Pani Podziemnych Ścieżek.
Zachował się więc dokładnie tak, jak Laurent to pewnie przewidywał. Jak kompletny idiota.
Kompletny idiota, wymyty lodowatą wodą, wyszedł z łazienki i usiadł na krześle bardzo daleko od Basiliusa, pstryknięciem palca, bezróżdżkowo przywołując sobie gazetę z czarno-białą, mugolską fotografią przerażonych, uciekających przed czymś dzieci. Żołnierze stojący za nimi byli bardzo spokojni jak na to, że tuż przed nimi znajdowała się dziewczynka poparzona napalmem. Nabył ją niedawno. Prasie amerykańskiej zajmowało trochę czasu trafienie do Wielkiej Brytanii, ale to zdjęcie prędzej czy później obiegnie cały świat. Crow czytał artykuł z trzeciej strony, nie odzywając się do nikogo. Dla większości świata - buc. Dla Laurenta - czytelnie wyjątkowo zdenerwowany Flynn Bell, tłumiący w sobie wszystko, co się da, żeby tylko nie wyjebać nieznanemu mężczyźnie pięścią w nos, kiedy tylko zada nieodpowiednie pytanie. Próbował. Ale wszyscy wiedzą, jak kończyły się te jego próby - osładzały sekundy przed absolutną katastrofą.
Nie spojrzał na jego twarz. Nie poznał go po głosie. Obcy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.