23.01.2025, 11:39 ✶
Nie wątpił w jej umiejętności. Nie powątpiewał w to, że gdy naprawdę czegoś chciała, miała to osiągnąć. W końcu ostatecznie, mimo wielu raczej średnio udanych podejść, opanowała nawet tamtą nieszczęsną jodełkę... ...sekwojkę jak nazwał wtedy tamten oplot, aby podkreślić komizm tych wszystkich wcześniejszych poirytowanych westchnień, syknięć i wściekłych spojrzeń posyłanych zarówno w stronę bandaża, jak i ręki Ambroisa czy w końcu jego samego.
To nie powinien być dobry dzień. Ze wszystkich chwil, jakie ze sobą spędzili przez te długie lata, to nie było coś godnego tego głębokiego ciepła, jakie ogarnęło go w tym momencie. W końcu wynikło z naprawdę parszywej sytuacji. Z momentu, w którym prawie znalazł się za Zasłoną. Był za nią dosłownie jedną nogą, ledwo odnajdując w sobie dostatecznie dużo siły, aby wrócić do domu.
Bo obiecał, prawda? Obiecał Geraldine, że zawsze do niej wróci, że zawsze w końcu zjawi się w domu, że nie da jej czuć tych wszystkich obaw i wątpliwości. Jak to się stało, że i ta obietnica została złamana?
Nie chciał tego robić. Pragnął móc zrobić dosłownie wszystko, co w jego mocy, żeby być w stanie raz po raz ponownie zjawiać się w Piaskownicy czy na Horyzontalnej. Coraz rzadziej w parszywym stanie, częściej zaś z uśmiechem i całkiem lekkim krokiem. Z planami i wizjami czynionymi w swojej głowie.
Układał wszystko pod to, aby tamta jodełka, sekwojka przestała być jej w ogóle przydatna. Przynajmniej w zakresie opatrywania jego pochopnie doznanych obrażeń. W pewnym sensie zmierzał do tego, aby Geraldine była w stanie zapomnieć część tamtych lekcji.
Może nie bandażowanie, ale te wszystkie wspominki o dźganiu ludzi czy obrażeniach wewnętrznych zadawanych sztyletami i nożami. Planował dla nich zupełnie inną przyszłość. Wiedział to już wtedy, gdy siedział obok niej na miękkim dywanie, patrząc jej w oczy, które ciskały gromy na wszystko, co nie szło po jej myśli.
Teraz świeciły blaskiem. Były jasne i błyszczące, towarzyszył im uśmiech. Coś, co sprawiało, że nawet nie myślał już o tamtych wcześniejszych ponurych wątpliwościach. O tym, co miało stać się, gdy dwudziesty czy trzydziesty idealny patronus pomknie przez polankę. Ten dzień miał nadejść. Roise odnosił wrażenie, że naprawdę szybko, ale nie dziś, jeszcze nie dziś.
Później? Musieli przestać szukać sobie pretekstu ku temu, aby nadal kręcić się wokół siebie. Wiedział to, bo przecież to on sam podejmował wszelkie decyzje związane z koniecznością trzymania się wzajemnie na dystans. To był wynik jego działań, jego odpowiedzialność, jego parszywa i przeklęta konieczność, nawet jeśli wewnętrznie wcale tego nie chciał.
Musiał pamiętać o tym, że to było wyłącznie parę dni, nic więcej. Przeciąganie tego nie było czymś, na co powinni sobie pozwalać. Co powinni zrobić. Nieistotne, że myśl o tym tak bardzo rzutowała na to, co działo się we wnętrzu Greengrassa. W jego głowie i piersi, w jego gardle i rękach zaciśniętych wokół bolesnej pustki.
Teraz przez chwilę znów czuł ciepło. Tak nietypowe dla Lasu Wisielców. Tak bardzo zapomniane przez ostatnie miesiące, bo nie pochodzące z żadnych używek, z niczego, czym by się otumaniał. No, chyba że przyznałby się do tego jednego banalnie prostego faktu: jej obecność, jej radość, ona sama działała na niego znacznie bardziej odurzająco niż większość znanych mu substancji.
Przesunął językiem po górnych zębach, kląskając nim kilkukrotnie o podniebienie i unosząc brwi, gdy zadała mu to żartobliwe pytanie. Nie musiał jakoś specjalnie długo zastanawiać się nad odpowiedzią. Nadeszła niemalże od razu, nawet jeśli sam Ambroise wcześniej zmrużył oczy i wzruszył ramionami, namyślając się teatralnie.
- No nie wiem - spojrzał w kierunku Geraldine, starając się zachować tę nagłą powagę, jaka na nowo pojawiła się na jego twarzy. - Za łajzę? - Zresztą wielokrotnie jej to mówił, czyniąc sobie z tego jedno ze swoich ulubionych określeń; nie wyglądało na to, by to się zmieniło. - No nie wiem - powtórzył, kolejny raz udając, że rozważa prawdziwość jej deklaracji. - Jakoś ci chyba nie ufam - musiał to powiedzieć, po prostu musiał.
W istocie dokładnie w tym samym momencie pękając i kolejny raz posyłając Rinie uśmiech na jej błysk w oczach. Wyglądała... ...ślicznie. Nawet w tej jakże parszywej i ponurej scenerii. Zwłaszcza w tej jakże parszywej i ponurej scenerii. Szczególnie, gdy wyraźnie wrócił jej dobry nastrój.
Wyglądała tak jak wtedy. Jak tyle wcześniejszych razy, gdy coś faktycznie jej wychodziło. Mało co w tak gładki i naturalny sposób jak to teraz, bo tutaj ewidentnie miała w sobie to coś. Coś, co sprawiało, że nawet ten drobny sukces był jak promyczek światła przebijający przez gęsto splątane korony drzew.
Trzeci raz. Trzecia próba na dziś i nie zamierzał jej chwilowo bardziej obciążać. Może później, bo przecież jeszcze nie zamierzali stąd znikać. Nie po to przeszli taki kawał i pojawili się tutaj tak wcześnie z rana. Trzeci raz, trzecia próba rzucenia patronusa. Dla niej i dla niego, nawet jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy. Na co liczył, nie chcąc tłumaczyć się przed nią z tego, co siedziało tak głęboko w jego wnętrzu. Z tej całej posępności i chłodu.
Zwłaszcza teraz, gdy chwilowo czuł bardzo przyjemne ciepło ogarniające jego wnętrze. Ten moment, ta chwila były inne niż początek ich wędrówki. Być może nie zrobił tego, do czego instynktownie rwały się jego ramiona. Nie znaleźli się tuż obok siebie. Nie zamknął jej w uścisku, nie pozwolił im skraść sobie nawzajem krótkiego pocałunku. A jednak parsknął z rozbawieniem na jej słowa.
- Bujda. Ponętne uczennice mają w sobie znacznie więcej odwagi. Brawury, jeśli korzystać z właściwego określenia - skwitował, jednocześnie unosząc różdżkę.
Trzecie podejście dla niej. Trzecia próba dla niego. Tamten moment na dywanie, gdy sekwojka nareszcie przyozdobiła jego przedramię. Kiedy skinął głową. Gdy uświadomili sobie jak daleko w istocie sięgała ich historia, jak bardzo byli wtedy rozbawieni. Młodzi, głupkowaci, może już zaznajomieni z życiem, ale wciąż jeszcze potrafiący znaleźć w sobie szczeniacką radość.
Jednakże wpierw posłał Yaxleyównie niedowierzające spojrzenie.
- Mówisz, że jestem złym omenem? - Tak, sprowadził to do tego, nie miał z tym teraz nawet najmniejszego problemu.
Moment później pokręcił głową, skupiając się na tyle, by opanować i oczyścić natłok myśli. Dać sobie poczuć emocje tamtego momentu. Miękkość dywanu, dźwięk śmiechu, zapach włosów. Powrót w swoje ramiona po praktycznie dwóch tygodniach, może więcej, pełnych smoczego łajna, które wtedy nareszcie odeszło w niebyt. Burza ustała, deszcz odszedł, chłód zniknął. Wszystko znów rodziło się do życia, zieleniło się dookoła nich. Było dobrze...
...było dobrze. W tym momencie, w którym całkiem sporych rozmiarów wydra niemalże dotknęła ziemi swoimi widmowymi łapkami. Jasna i błyszcząca niebieskawym blaskiem. Prawie skierował swoje oczy ku Geraldine, mając ochotę rzucić tak po prostu: patrz jak popierdala, bo rzeczywiście to robiła. Przemknęła tuż obok niego, niemalże owijając się wokół nóg dziewczyny, gdy zatoczyła wokół niej wąskie koło, moment później wsparta przez mniejsze zwierzątko.
Trzeci raz.
Pierwszy raz, gdy bez namysłu opuścił różdżkę, odwracając wzrok od patronusów. Nie patrząc jak rozpłynęły się w powietrzu. Zamiast ponownie zaklaskać, tym razem nie namyślając się zbyt długo. Dystans zniknął, przynajmniej fizycznie.
Zamknął ją w ramionach. Pocałował. Krótki, przelotny, słodki pocałunek. Pociągnięcie za dyndający warkocz. Uśmiech uwzględniający oczy.
- Oszukiwałaś - nie wiedział jeszcze jak, ale jakoś na pewno.
To nie powinien być dobry dzień. Ze wszystkich chwil, jakie ze sobą spędzili przez te długie lata, to nie było coś godnego tego głębokiego ciepła, jakie ogarnęło go w tym momencie. W końcu wynikło z naprawdę parszywej sytuacji. Z momentu, w którym prawie znalazł się za Zasłoną. Był za nią dosłownie jedną nogą, ledwo odnajdując w sobie dostatecznie dużo siły, aby wrócić do domu.
Bo obiecał, prawda? Obiecał Geraldine, że zawsze do niej wróci, że zawsze w końcu zjawi się w domu, że nie da jej czuć tych wszystkich obaw i wątpliwości. Jak to się stało, że i ta obietnica została złamana?
Nie chciał tego robić. Pragnął móc zrobić dosłownie wszystko, co w jego mocy, żeby być w stanie raz po raz ponownie zjawiać się w Piaskownicy czy na Horyzontalnej. Coraz rzadziej w parszywym stanie, częściej zaś z uśmiechem i całkiem lekkim krokiem. Z planami i wizjami czynionymi w swojej głowie.
Układał wszystko pod to, aby tamta jodełka, sekwojka przestała być jej w ogóle przydatna. Przynajmniej w zakresie opatrywania jego pochopnie doznanych obrażeń. W pewnym sensie zmierzał do tego, aby Geraldine była w stanie zapomnieć część tamtych lekcji.
Może nie bandażowanie, ale te wszystkie wspominki o dźganiu ludzi czy obrażeniach wewnętrznych zadawanych sztyletami i nożami. Planował dla nich zupełnie inną przyszłość. Wiedział to już wtedy, gdy siedział obok niej na miękkim dywanie, patrząc jej w oczy, które ciskały gromy na wszystko, co nie szło po jej myśli.
Teraz świeciły blaskiem. Były jasne i błyszczące, towarzyszył im uśmiech. Coś, co sprawiało, że nawet nie myślał już o tamtych wcześniejszych ponurych wątpliwościach. O tym, co miało stać się, gdy dwudziesty czy trzydziesty idealny patronus pomknie przez polankę. Ten dzień miał nadejść. Roise odnosił wrażenie, że naprawdę szybko, ale nie dziś, jeszcze nie dziś.
Później? Musieli przestać szukać sobie pretekstu ku temu, aby nadal kręcić się wokół siebie. Wiedział to, bo przecież to on sam podejmował wszelkie decyzje związane z koniecznością trzymania się wzajemnie na dystans. To był wynik jego działań, jego odpowiedzialność, jego parszywa i przeklęta konieczność, nawet jeśli wewnętrznie wcale tego nie chciał.
Musiał pamiętać o tym, że to było wyłącznie parę dni, nic więcej. Przeciąganie tego nie było czymś, na co powinni sobie pozwalać. Co powinni zrobić. Nieistotne, że myśl o tym tak bardzo rzutowała na to, co działo się we wnętrzu Greengrassa. W jego głowie i piersi, w jego gardle i rękach zaciśniętych wokół bolesnej pustki.
Teraz przez chwilę znów czuł ciepło. Tak nietypowe dla Lasu Wisielców. Tak bardzo zapomniane przez ostatnie miesiące, bo nie pochodzące z żadnych używek, z niczego, czym by się otumaniał. No, chyba że przyznałby się do tego jednego banalnie prostego faktu: jej obecność, jej radość, ona sama działała na niego znacznie bardziej odurzająco niż większość znanych mu substancji.
Przesunął językiem po górnych zębach, kląskając nim kilkukrotnie o podniebienie i unosząc brwi, gdy zadała mu to żartobliwe pytanie. Nie musiał jakoś specjalnie długo zastanawiać się nad odpowiedzią. Nadeszła niemalże od razu, nawet jeśli sam Ambroise wcześniej zmrużył oczy i wzruszył ramionami, namyślając się teatralnie.
- No nie wiem - spojrzał w kierunku Geraldine, starając się zachować tę nagłą powagę, jaka na nowo pojawiła się na jego twarzy. - Za łajzę? - Zresztą wielokrotnie jej to mówił, czyniąc sobie z tego jedno ze swoich ulubionych określeń; nie wyglądało na to, by to się zmieniło. - No nie wiem - powtórzył, kolejny raz udając, że rozważa prawdziwość jej deklaracji. - Jakoś ci chyba nie ufam - musiał to powiedzieć, po prostu musiał.
W istocie dokładnie w tym samym momencie pękając i kolejny raz posyłając Rinie uśmiech na jej błysk w oczach. Wyglądała... ...ślicznie. Nawet w tej jakże parszywej i ponurej scenerii. Zwłaszcza w tej jakże parszywej i ponurej scenerii. Szczególnie, gdy wyraźnie wrócił jej dobry nastrój.
Wyglądała tak jak wtedy. Jak tyle wcześniejszych razy, gdy coś faktycznie jej wychodziło. Mało co w tak gładki i naturalny sposób jak to teraz, bo tutaj ewidentnie miała w sobie to coś. Coś, co sprawiało, że nawet ten drobny sukces był jak promyczek światła przebijający przez gęsto splątane korony drzew.
Trzeci raz. Trzecia próba na dziś i nie zamierzał jej chwilowo bardziej obciążać. Może później, bo przecież jeszcze nie zamierzali stąd znikać. Nie po to przeszli taki kawał i pojawili się tutaj tak wcześnie z rana. Trzeci raz, trzecia próba rzucenia patronusa. Dla niej i dla niego, nawet jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy. Na co liczył, nie chcąc tłumaczyć się przed nią z tego, co siedziało tak głęboko w jego wnętrzu. Z tej całej posępności i chłodu.
Zwłaszcza teraz, gdy chwilowo czuł bardzo przyjemne ciepło ogarniające jego wnętrze. Ten moment, ta chwila były inne niż początek ich wędrówki. Być może nie zrobił tego, do czego instynktownie rwały się jego ramiona. Nie znaleźli się tuż obok siebie. Nie zamknął jej w uścisku, nie pozwolił im skraść sobie nawzajem krótkiego pocałunku. A jednak parsknął z rozbawieniem na jej słowa.
- Bujda. Ponętne uczennice mają w sobie znacznie więcej odwagi. Brawury, jeśli korzystać z właściwego określenia - skwitował, jednocześnie unosząc różdżkę.
Trzecie podejście dla niej. Trzecia próba dla niego. Tamten moment na dywanie, gdy sekwojka nareszcie przyozdobiła jego przedramię. Kiedy skinął głową. Gdy uświadomili sobie jak daleko w istocie sięgała ich historia, jak bardzo byli wtedy rozbawieni. Młodzi, głupkowaci, może już zaznajomieni z życiem, ale wciąż jeszcze potrafiący znaleźć w sobie szczeniacką radość.
Jednakże wpierw posłał Yaxleyównie niedowierzające spojrzenie.
- Mówisz, że jestem złym omenem? - Tak, sprowadził to do tego, nie miał z tym teraz nawet najmniejszego problemu.
Moment później pokręcił głową, skupiając się na tyle, by opanować i oczyścić natłok myśli. Dać sobie poczuć emocje tamtego momentu. Miękkość dywanu, dźwięk śmiechu, zapach włosów. Powrót w swoje ramiona po praktycznie dwóch tygodniach, może więcej, pełnych smoczego łajna, które wtedy nareszcie odeszło w niebyt. Burza ustała, deszcz odszedł, chłód zniknął. Wszystko znów rodziło się do życia, zieleniło się dookoła nich. Było dobrze...
...było dobrze. W tym momencie, w którym całkiem sporych rozmiarów wydra niemalże dotknęła ziemi swoimi widmowymi łapkami. Jasna i błyszcząca niebieskawym blaskiem. Prawie skierował swoje oczy ku Geraldine, mając ochotę rzucić tak po prostu: patrz jak popierdala, bo rzeczywiście to robiła. Przemknęła tuż obok niego, niemalże owijając się wokół nóg dziewczyny, gdy zatoczyła wokół niej wąskie koło, moment później wsparta przez mniejsze zwierzątko.
Trzeci raz.
Pierwszy raz, gdy bez namysłu opuścił różdżkę, odwracając wzrok od patronusów. Nie patrząc jak rozpłynęły się w powietrzu. Zamiast ponownie zaklaskać, tym razem nie namyślając się zbyt długo. Dystans zniknął, przynajmniej fizycznie.
Zamknął ją w ramionach. Pocałował. Krótki, przelotny, słodki pocałunek. Pociągnięcie za dyndający warkocz. Uśmiech uwzględniający oczy.
- Oszukiwałaś - nie wiedział jeszcze jak, ale jakoś na pewno.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down