01–09–1972
Czas mijał, przesypywał się jak piasek w klepsydrze nieubłaganie. Minęło całe lato, a nastroje ludności Doliny Godryka były coraz gorsze. Z resztą nie tylko ich nastroje, albowiem Knieja od wieków była cennym źródłem surowców do produkcji chociażby różdżek, czy wielu innych magicznych sprzętów. Szef Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami miał też wiele innych zmartwień w swoim królestwie, w którym jeden nowy gatunek do zaklasyfikowania w tę czy drugą, nie rozwiązywały problemów braków kadrowych i niedofinansowania. Niczym w taksonomicznych rozgałęzieniach, jego biura i działy chciały się dzielić, ewoluować niczym żywy organizm, a jemu z grymasem wiecznego niezadowolenia przyszło mu to obserwować i - o zgrozo - uczestniczyć w tym.
Dziś jego sekretarz wcisnął spotkanie nie do końca zgodne z jego wolą, najwidoczniej musiał odmruknąć mu zgodę na coś, czego w ogóle nie słyszał.
Teraz siedział rozpasany na swoim fotelu przy biurku, które było stanowczo zbyt małe na ilość ułożonej na nim w stosach dokumentacji. Długie, lekko powalowane i z pewnością dawno niemyte włosy założone było za ucho. Paznokciami skrobał po policzku kolejny odstający kawałek naskórka. Nie myślał za bardzo o tym, jak palce zbyt ochoczo kompulsywnie zabierały jeden niewielki płat za drugim. Był człowiekiem ewidentnie zmęczonym, chociaż jeszcze nie było południa.
Niewysoki łysiejący mężczyzna przypominający trochę aparycją niuchacza wprowadził Laurenta do gabinetu. Piękne terrarium było jedyną ozdobą tego miejsca i zajmowało całą prawą ścianę, skupiając na sobie uwagę, choć jego mieszkaniec ukrył się najprawdopodobniej - nigdzie nie było go widać. Pokój zaś sam w sobie był odpychająco ciasny, Rowle zdecydowanie nie dbał o estetykę tego miejsca, czyniąc je raczej podobnym do celi, aniżeli przyjemnym miejscem do przebywania.
W pierwszej chwili z resztą go nie zauważył, dłubiąc sobie w policzku. Nie nosił oficjalnej ministerialnej szaty, trudno było go jednak pomylić z kimkolwiek innym. Choroba zajęła prawie całą jego skórę.
– A tak, pan Prewett, w końcu mamy szansę spotkać się twarzą w twarz. I jak tam pańskie badania? – zaczął, nie proponując mu nawet wody.
Dziś jego sekretarz wcisnął spotkanie nie do końca zgodne z jego wolą, najwidoczniej musiał odmruknąć mu zgodę na coś, czego w ogóle nie słyszał.
Teraz siedział rozpasany na swoim fotelu przy biurku, które było stanowczo zbyt małe na ilość ułożonej na nim w stosach dokumentacji. Długie, lekko powalowane i z pewnością dawno niemyte włosy założone było za ucho. Paznokciami skrobał po policzku kolejny odstający kawałek naskórka. Nie myślał za bardzo o tym, jak palce zbyt ochoczo kompulsywnie zabierały jeden niewielki płat za drugim. Był człowiekiem ewidentnie zmęczonym, chociaż jeszcze nie było południa.
Niewysoki łysiejący mężczyzna przypominający trochę aparycją niuchacza wprowadził Laurenta do gabinetu. Piękne terrarium było jedyną ozdobą tego miejsca i zajmowało całą prawą ścianę, skupiając na sobie uwagę, choć jego mieszkaniec ukrył się najprawdopodobniej - nigdzie nie było go widać. Pokój zaś sam w sobie był odpychająco ciasny, Rowle zdecydowanie nie dbał o estetykę tego miejsca, czyniąc je raczej podobnym do celi, aniżeli przyjemnym miejscem do przebywania.
W pierwszej chwili z resztą go nie zauważył, dłubiąc sobie w policzku. Nie nosił oficjalnej ministerialnej szaty, trudno było go jednak pomylić z kimkolwiek innym. Choroba zajęła prawie całą jego skórę.
– A tak, pan Prewett, w końcu mamy szansę spotkać się twarzą w twarz. I jak tam pańskie badania? – zaczął, nie proponując mu nawet wody.