21.01.2025, 22:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.01.2025, 22:45 przez Cain Fawley.)
Ostatnie dziesięć lat spędzonych na Nokturnie nauczyło go kilku przydatnych rzeczy — tania whisky smakuje lepiej, kiedy pije się ją duszkiem, palona szałwia jest niezastąpiona w tuszowaniu smrodu ze ścieków, a kiedy pod twoje drzwi przychodzi propozycja od kogoś, kto podpisuje się nazwiskiem wystarczająco głośnym, by drukować je w gazetach więcej niż raz w miesiącu, odmówienie jest w najlepszym przypadku głupie, w najgorszym śmiertelne. Wolał unikać obu tych rozwiązań, szczególnie teraz, kiedy większość jego pracy dusiła się w ścianach jego mieszkania, skłębiona nad okrągłym blatem stołu do seansów. Wczesną jesienią nawet najbardziej niewdzięczni z żyjących chcieli rozmawiać z umarłymi, jak gdyby w pośpiechu starali się wymazać wszystkie swoje grzechy, Cain tymczasem nudził się okropnie, powtarzając wciąż te same formułki i oszukując wciąż na te same, nużące sposoby. Być może pan Lestrange był świetnym pretekstem do tego, by znaleźć nowe, ciekawsze kłamstwa, być może był jedynie kolejnym chłopcem w zbyt czystych butach, który potrzebował trzech ludzkich piszczeli od Madame D'Mory lub rozmowy z jakimś bardzo sekretnym duchem swojej zamordowanej kochanki. W każdym wypadku jednak był zobowiązany zapłacić za jego alkohol tego wieczora, co w tym momencie wydawało się Cainowi najważniejsze.
Lokal był głośny, wszystko wokół barwne, roześmiane i chaotyczne w ten kuriozalny, kwaśny sposób, który zdawał się szczypać go w język i dzwonić w uszach. W kakofonii rozmów, krzyków i obijających się o siebie szkieł, Cain słyszał własne myśli tylko w połowie, potrafił jednak wyłapać wspomnienie nazwiska i sposób, w jaki zostało mu przekazane — cicho, z ostrożnością, której na Nokturnie było niewiele. W tym miejscu miało to zresztą niewielkie znaczenie. O tej godzinie w Fontannie wszyscy stawali się tak samo niewidzialni, głosy zlepiały się w jedno, niemożliwe do wyodrębnienia, nawet twarze — choć każda wyraźna i przynajmniej częściowo oświetlona — sprawiały wrażenie ujednoliconych, wszystkie tak samo młode i podobnie rozbawione. I Cain więc starał się stać częścią tego tłumu — w płaszczu zarzuconym na niedopiętą koszulę i z włosami zmierzwionymi przez wiatr przy odrobinie szczęścia przypominać mógł każdego innego stałego bywalca, nawet jeżeli pod paznokciami miał nadal trochę krwi niedomytej od dzisiejszego popołudnia.
Nietrudno było wypatrzeć w tym bałaganie mężczyznę, który go zaprosił — jako jedyny siedział sam i pasował do otoczenia tylko częściowo, i to w taki sposób, w jaki rodzinny sygnet Caina pasował do byle jakich zwłok, które niedawno rozcinał. Był młodszy niż się spodziewał (a może ktoś wspominał? Może widział już gdzieś jego twarz — w gazecie czy w tłumie?), nie sprawiał przy tym jednak wrażenia łagodniejszego. Jego postawa nosiła w sobie jakiś naturalny wyraz wyższości, a twarz — nadal gładka i przystojna — wpatrywała się w zegarek. Spóźnił się, na pewno, to jednak nigdy nie miało znaczenia.
— Ciekawe miejsce na spotkanie — odezwał się, omijając wstępne uprzejmości, od razu siadając naprzeciw niego. — Zazwyczaj dostaję zaproszenia do nieco… bardziej zarzyganych knajp. — Rozejrzał się, odgarniając przy tym te kosmyki ciemnych włosów, które opadły na czoło. — Albo zaułków. Czasem czyichś domów, ale tylko jeżeli ktoś w nich akurat umarł. — Skrzywił się lekko, szybko jednak zamieniając grymas ten w szeroki, zaskakująco przyjemny uśmiech. Jego spojrzenie przesunęło się natomiast na szkło stojące na stoliku między nimi. Wsparł łokcie na blacie, ściągając brwi z widocznym zainteresowaniem. — Piwo? — zdziwił się. Nie trzeba było być znawcą tutejszych zwyczajów, by widzieć, że ktoś o prezencji jego towarzysza nie gustował w piwie nalewanym w lokalnej knajpie. — Rustykalnie…
Lokal był głośny, wszystko wokół barwne, roześmiane i chaotyczne w ten kuriozalny, kwaśny sposób, który zdawał się szczypać go w język i dzwonić w uszach. W kakofonii rozmów, krzyków i obijających się o siebie szkieł, Cain słyszał własne myśli tylko w połowie, potrafił jednak wyłapać wspomnienie nazwiska i sposób, w jaki zostało mu przekazane — cicho, z ostrożnością, której na Nokturnie było niewiele. W tym miejscu miało to zresztą niewielkie znaczenie. O tej godzinie w Fontannie wszyscy stawali się tak samo niewidzialni, głosy zlepiały się w jedno, niemożliwe do wyodrębnienia, nawet twarze — choć każda wyraźna i przynajmniej częściowo oświetlona — sprawiały wrażenie ujednoliconych, wszystkie tak samo młode i podobnie rozbawione. I Cain więc starał się stać częścią tego tłumu — w płaszczu zarzuconym na niedopiętą koszulę i z włosami zmierzwionymi przez wiatr przy odrobinie szczęścia przypominać mógł każdego innego stałego bywalca, nawet jeżeli pod paznokciami miał nadal trochę krwi niedomytej od dzisiejszego popołudnia.
Nietrudno było wypatrzeć w tym bałaganie mężczyznę, który go zaprosił — jako jedyny siedział sam i pasował do otoczenia tylko częściowo, i to w taki sposób, w jaki rodzinny sygnet Caina pasował do byle jakich zwłok, które niedawno rozcinał. Był młodszy niż się spodziewał (a może ktoś wspominał? Może widział już gdzieś jego twarz — w gazecie czy w tłumie?), nie sprawiał przy tym jednak wrażenia łagodniejszego. Jego postawa nosiła w sobie jakiś naturalny wyraz wyższości, a twarz — nadal gładka i przystojna — wpatrywała się w zegarek. Spóźnił się, na pewno, to jednak nigdy nie miało znaczenia.
— Ciekawe miejsce na spotkanie — odezwał się, omijając wstępne uprzejmości, od razu siadając naprzeciw niego. — Zazwyczaj dostaję zaproszenia do nieco… bardziej zarzyganych knajp. — Rozejrzał się, odgarniając przy tym te kosmyki ciemnych włosów, które opadły na czoło. — Albo zaułków. Czasem czyichś domów, ale tylko jeżeli ktoś w nich akurat umarł. — Skrzywił się lekko, szybko jednak zamieniając grymas ten w szeroki, zaskakująco przyjemny uśmiech. Jego spojrzenie przesunęło się natomiast na szkło stojące na stoliku między nimi. Wsparł łokcie na blacie, ściągając brwi z widocznym zainteresowaniem. — Piwo? — zdziwił się. Nie trzeba było być znawcą tutejszych zwyczajów, by widzieć, że ktoś o prezencji jego towarzysza nie gustował w piwie nalewanym w lokalnej knajpie. — Rustykalnie…
Rzut Z 1d100 - 3
Akcja nieudana
Akcja nieudana