19.01.2025, 18:07 ✶
Spoglądał na niego z dołu oczyma pełnymi zmartwień i rozgoryczenia tym, jak kończył się ten dzień. Kiedy Laurent przy nim kucnął, zrównując ich oczy i nie pozwalając mu już chować się za dystansem i rozmazanym polem widzenia, Crow wyglądał przez moment, jakby miał odskoczyć. Ale nie zrobił tego. Oczywiście, że by tego nie zrobił, bo nie istniała przecież teraz żadna siła silniejsza od dudniącego pomiędzy strachem pragnienia bycia chcianym. Dzieliło się na wiele rzeczy. Na bycie kochanym. Na bycie potrzebowanym w chwilach kryzysu. Na bycie czyimś oparciem i miejscem, w którym umieszcza swoje zmartwienia. Na byciu pożądanym i chęci bycia pożądanym przez niego. Na byciu czyimś. Tak po prostu... Czyimś. Tak żeby nie był żadnym dodatkiem, przyjemną odskocznią od „prawdziwego” życia, którą można było stuknąć na rozluźnienie, a później w ciszy obserwować jak jej się dalej wiedzie. To były bardzo... Odważne pragnienia jak na kogoś z jego biografią i nie raz wyszedł z tą swoją listą na kompletnego hipokrytę. Dzisiaj chociażby. Przyznając się do czegoś, do czego być może nie powinien i teraz... Hah.
Ale to istniało. Delikatne jak puch marzenie o byciu kochanym bardziej niż to, jak mocno siebie nienawidził, a mimo posiadania pokaźnej listy wrogów i osób, które skrzywdził niejednokrotnie, nie istniał ktoś nienawidzący go bardziej niż on sam. Potrzeba było wielkiej miłości. Takiej złożonej z masy wyrzeczeń własnego szczęścia żeby znieść ciężar kogoś takiego. Dlatego wątpił. Nawet kiedy ktoś mówił szczerze on wciąż w to nie wierzył. Łatwo było zaufać językowi ciała, oddać je komuś nawet wbrew sobie i zasnąć w pewności sukcesu. Trudniej było obnażyć przed kimś swoją duszę z szeregiem wad i liczyć na to, że nie ucieknie w popłochu widząc z czym tak naprawdę miał do czynienia. Więc kiedy ktoś nie uciekał pojawiały się pytania - dlaczego?
Teraz też się takie pojawiło.
Dlaczego?
Ale niektóre sytuacje w tym pokręconym życiorysie nauczyły go, że czasami nie należało pytać, tylko brać. Dlatego wyciągnął ręce do przodu, przycisnął go do siebie i w pozycji, w której każdy inny wywinąłby się do tyłu na chodnik, on podniósł ich oboje do pionu bez konieczności podpierania się rękoma. I nawet jeżeli ktokolwiek to widział, nie obchodziło go to wcale.
Świst powietrza. Dwa oddechy przy sobie. Teleportował ich na drewniany taras, pełen nadziei na to, że za moment te oddechy staną się jednym, a kruche dłonie Laurenta zakryją tatuaż na jego plecach.
Ale to istniało. Delikatne jak puch marzenie o byciu kochanym bardziej niż to, jak mocno siebie nienawidził, a mimo posiadania pokaźnej listy wrogów i osób, które skrzywdził niejednokrotnie, nie istniał ktoś nienawidzący go bardziej niż on sam. Potrzeba było wielkiej miłości. Takiej złożonej z masy wyrzeczeń własnego szczęścia żeby znieść ciężar kogoś takiego. Dlatego wątpił. Nawet kiedy ktoś mówił szczerze on wciąż w to nie wierzył. Łatwo było zaufać językowi ciała, oddać je komuś nawet wbrew sobie i zasnąć w pewności sukcesu. Trudniej było obnażyć przed kimś swoją duszę z szeregiem wad i liczyć na to, że nie ucieknie w popłochu widząc z czym tak naprawdę miał do czynienia. Więc kiedy ktoś nie uciekał pojawiały się pytania - dlaczego?
Teraz też się takie pojawiło.
Dlaczego?
Ale niektóre sytuacje w tym pokręconym życiorysie nauczyły go, że czasami nie należało pytać, tylko brać. Dlatego wyciągnął ręce do przodu, przycisnął go do siebie i w pozycji, w której każdy inny wywinąłby się do tyłu na chodnik, on podniósł ich oboje do pionu bez konieczności podpierania się rękoma. I nawet jeżeli ktokolwiek to widział, nie obchodziło go to wcale.
Świst powietrza. Dwa oddechy przy sobie. Teleportował ich na drewniany taras, pełen nadziei na to, że za moment te oddechy staną się jednym, a kruche dłonie Laurenta zakryją tatuaż na jego plecach.
Koniec sesji
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.