Nie było mu gorąco. Dopowiedział sobie sam: pewnie manipulował czarami, żeby tak było. Prawdopodobnie jednak Flynn stanie się ofiarą (bo mu to groziło) innej wersji starej baby, która będzie za nim chodziła z "ale ubierz sweeteerek". Ani stara, ani baba (chociaż znał jedną osobę, która by temu zaprzeczyła).
Ach, siostra! Zaraz, czy to imię nie padło już? Naprawdę musiał zacząć to wszystko notować i się uczyć. Flynn nazywał rodziną cały cyrk, a wydawało mu się, że wspominał coś o kostiumach, ale czy tym padło jej imię? Sam Edge nie wydawał się przejęty, jeśli nawet musiał się powtórzyć. Temat więc mógł być zakopany z ulgą. Zaraz, co?
Ktoś na nią rzucił klątwę i stała się niemową? Nie powtórzył tego na głos, ale w myślach już tak. Wtedy go tknęło - ale powstrzymał oglądanie się wokół. Zazwyczaj takie odruchy interesowały bardziej niż rzucone zdanie, na które może nikt nie zwrócić uwagi. Czy w jego rodzinie był ktoś, kto... nie cierpiał katuszy w swoim życiu? Nie był ofiarom wybojów?
- Ponieważ Alexander już dwa razy próbował złamać mi nos to jakoś nie śpieszy mi się z naruszaniem jego przestrzeni. Szkoda. Chętnie bym poznał Arię. - I resztę jego rodziny. Wszystkich. Nawet jeśli część miałaby go nie polubić. - Możesz ją kiedyś zaprosić. Tylko uprzedź? Przygotujemy coś, co lubi, żeby czuła się lepiej... - Jego ton wskazywał na to, że właśnie w tym momencie wyobrażał sobie to spotkanie - a biorąc pod uwagę spaloną stajnie to chyba lepiej byłoby nie przeprowadzać ją przez ten widok. Z góry założył, że to była delikatniejsza kobieta. A może wcale nie była. Widział tę poskramiaczkę bestii - jej daleko było do delikatności. Odebrał od niego kurtkę i przyłożył do siebie, wyciągając lekko jeden rękaw, by też nałożył się na rękę. Pytające spojrzenie - ładnie? Nie pokusił się o jej założenie - musiałby ściągać marynarkę, oddać tę kurtkę, której pilnował, Flynnowi. Zamiast tego oddał mu tą, która mu się spodobała. - Prawda? Zupełnie jak nie ja... - A przecież ten "on" został wykreowany, bo widział, że niewinność na ludzi działała. Łatwiej było ich przekonać i sprawić, żeby cię polubili, kiedy wyglądałeś jak aniołek, którym cię nazywali. - Za bardzo się przyzwyczaiłem do lżejszych materiałów. - W zupełnym przeciwieństwu do Flynna, którego musiało wszystko opinać.
Jakie to było proste - i jaką ta prostota ulgę przynosiła. Zamknął oczy i odetchnął głębiej z ulgą. Nie wyobrażał sobie mieszkania w mieście. To po prostu... nie było żadną opcją.
- Dziękuję. - Rozchylił powieki. - Już mi lepiej. - Zapewnił go, ujmując jego dłoń, by ucałować knykcie. - To nic takiego, tylko natłok intensywnych zapachów. - Było to zbiciem problemu, bo przecież kiedyś tak nie miał, a przynajmniej nie aż tak. Problematyka zaczęła się, odkąd zaczął mieć napady paniki i problemy z oddychaniem. Ale faktycznie nic takiego - bo nic złego się nie działo. To chciał przekazać. - Czy tobie przeszkadza powietrze w New Forest? - Jak tak o tym pomyślał w drugą stronę... co prawda zazwyczaj właśnie tym, co mieszkali w mieście, to odpowiadało. Zachwycali się tym jodem, tą rześkością, wrażeniem, że w końcu mogą oddychać. - Och... zgrozo... byłbym zapomniał... - Naprawdę prawie o tym zapomniał. - Umówiłem cię na jutro rano z medykiem, więc potrzebuję cię w domu. Tak, przyjdzie do nas. - Był bardzo całkiem ciekaw reakcji.