Nie potrzebowała kominka, bo nic on nie zmieniał w jej obecnym stanie życia prócz wrażenia przytulności. Siedziała więc na jednym końcu krótszej z kanap i w ciszy kontemplowała wystrój salonu – równie staromodny co przedpokój, który miała okazję popodziwiać i zwiedzić. Nie hałasowała, nie wydawała żadnego dźwięku, nie kręciła się i nie kokosiła. Siedziała tam, niczym ta piękna rzeźba wykuta z kamienia a jedynym znakiem, że jest żywa, było miarowe unoszenie się i opadanie klatki piersiowej, gdy nabierała oddechu.
Usłyszała kroki i z początku rzeczywiście myślała, że to może być Sauriel… ale znała rytm jego chodu, wygrywał zdecydowanie inną melodię, nie tak… wyliczoną i równą. Szybszą, nawet jeśli był rozleniwionym Kotem. Tak, ludzi dało się poznać po dziękach kroków i była pewna, że Sauriel tak samo rozpoznałby, czy idzie ona czy Cynthia, gdyby miał spośród nich rozpoznać Victorię. Nie, to nie był Sauriel i w tym momencie naszła ją taka kolejna paskudna myśl, zapewne przywołana przez obraz paskudnego uśmieszku skrzata: że znalazła się w leżu wampirów. Ale jakoś… nie potrafiła się tym przejąć. Mało rzeczy, po Limbo, aż tak ją przejmowało, tym bardziej, ze uparcie nie patrzyła na wampiry jak na potwory, a na ludzi.
– Dobry wieczór – wstała, jak należała etykieta i gdy Joseph wyciągnął do niej dłoń, podała swoją do ucałowania, zimną jak lód – zupełnie inną niż w maju, gdy poznali się na małym przyjęciu zaręczynowym. Leciutko jeszcze się skłoniła, nim ponownie zasiadła na kanapie. – Dziękuję, mi również miło. Proszę mi na moment wybaczyć, nie przyszłam z pustymi rękami – nie wypadało, a Victoria bardzo dobrze znała te wszystkie skomplikowane zasady obracania się w towarzystwie. I gratulowała sobie pomysłu wzięcia prezentu dla pana domu, nawet jeśli nie spodziewała się go dzisiaj spotkać. Bo naprawdę nie spodziewała i byłą trochę zaskoczona, ale ten moment zdziwienia zręcznie zamaskowała – jakby rzeczywiście czekała tutaj na Josepha, a nie na Sauriela. Sięgnęła do swojej torebki, by z jej nieco zaczarowanego wnętrza wydobyć ładnie opakowaną butelkę wina i wręczyć ją starszemu Rookwoodowi. – Zeszłoroczny rocznik, niezwykle udany – z winnicy jej ukochanego wuja. Nawet lekko przy tym uniosła kąciki pełnych warg w górę. – Rzeczywiście, dziwne, że takich jeszcze nie zaczęto organizować – wszak przyjęcia ogłaszano z naprawdę błahych powodów, zaś zerwanie zaręczyn… ha! Toż to miejsce na wyprawienie małej stypy: nic tylko się najeść i napić. Victoria nie dała się zbić z tropu. – Na szczęście teraz jest sposobność spotkać się w znacznie milszych okolicznościach – ciemne oczy Victorii tylko na moment spoczęły na sygnecie, jaki nosił na palcu, bo w większości rzeczywiście to jego jasne oczy przykuwały uwagę, a Lestrange nie nawykła do uciekania wzrokiem. Nie tak nauczyła ją matka. – Mam nadzieję, że przeprowadzka służy? Zdążyłam się odrobinę rozejrzeć, to piękna okolica. Na pewien sposób spokojniejsza od Little Hangleton – nie w poziomie występowania ludzi, a… chodziło o ciężką aurę, która mgłą spowijała miasteczko, w którym znajdowała się rezydencja rodowa Rookwoodów. Nie była za to pewna, jak Joseph zapatrywał się na liczne sąsiedztwo mugoli. – Oraz piękna kamienica – bo nie dało się zaprzeczyć, że miała swój niepowtarzalny styl, wewnątrz oczywiście. Przywodził jej na myśl rodową rezydencję Lestrange.