13.01.2025, 12:35 ✶
Zaczęło się w Zakazanym Lesie, już ładnych kilka miesięcy temu, gdy zupełnie przypadkiem natknęła się z przyjaciółką na kłusowników, przyłapawszy ich na gorącym uczynku – próbie schwytania żywcem paru jednorożców. Pozornie prosta sprawa zataczała w kolejnych tygodniach coraz większe kręgi, gdy okazało się, że dorwały zwykłe płotki, owszem, ale płotki zakopane po uszy w daleko sięgającej sieci. Obejmującej kłusowników, dostawców i wreszcie kupców – a pośród tych ostatnich znajdowali się także tacy, którzy używali pewnych komponentów w czarnoksięskich celach.
I zapewne w ten czy inny sposób mogli być powiązani ze śmierciożercami.
Byli więc czarnoksiężnicy, którzy mieli kupić krew jednorożców, i których dorwały z Victorią. Byli kłusownicy, na których zaczaiła się z Vincentem i dzięki „anonimowemu donosieniu” udało się dopaść ich obozów i aresztować parę osób. Był pośrednik, który dostarczał nielegalnie pozyskane komponenty do legalnych dostawców i został aresztowany po tym, jak Brenna porozmawiała z Olivią i okazało się, że dostarczone Quirkom licencje zostały przez niego sfałszowane. Był kolejny obóz, który udało się znaleźć po paru aresztowaniach – niestety, kłusownicy zdążyli zniknąć, zabierając ze sobą smocze pisklęta, ale przynajmniej stracili „bezpieczną” miejscówkę i nie mieli okazji złapać także smoczej matki.
I wreszcie po nitce do kłębka, Brenna trafiła tutaj, pod dom gościa, który prawdopodobnie był powiązany z grupą, i – co równie, a może nawet bardziej istotne – mógł też dostarczać zaopatrzenie tej drugiej stronie. A może i do niej należał…? Przeprowadzone niedawno przesłuchania i parę tropów sugerowało, że mógł być najmniej zwolennikiem, ale na takie rzeczy praktycznie nigdy nie było dowodów.
Za to przy odrobinie szczęścia uda się je znaleźć na kłusownictwo i nielegalny handel.
Brenna była na służbie, ale w okolicy pojawiła się ubrana zwyczajnie, bez munduru. Mundur ściągał uwagę. Mundur alarmował. A ona chciała poobserwować i pozostać niezauważona. Jej chwilowy partner pozostał w wiosce, w pogotowiu, również z tego powodu – bo Brenna w pobliże domu mężczyzny podeszła na wilczych łapach, i jako zwierzak długo kręciła się w pobliżu, węsząc, szukając tropów. Mogłaby przysiąc, że gdy zbliżała się do domu wyczuwała ulotną woń dymu, która mogła – choć nie musiała – być pozostawiona przez czarną magię. I że w wilczy nos uderza równie ulotna, ale trudna do pomylenia z czymkolwiek innym woń krwi.
Nie mieli jeszcze nakazu. Nie mogła ot tak wparować sobie do środka, chociaż bardzo by chciała – to jednak niewiele dałoby na dłuższą metę. Nie wykluczała tego zupełnie, informacje zawsze mogły trafić do Zakonu, zamiast od Ministerstwa, gdyby Ministerstwo nie mogło podjąć żadnych działań, ale gdyby dało się go po prostu wepchnąć do aresztu – i najlepiej ruszyć dalej z pełnym wsparciem wydziału – to byłby najlepszy rozwój sytuacji.
Na razie przysiadła jednak na skraju lasu, tam gdzie mogła ukryć się już częściowo wśród krzaków, wilczyca o ciemnym futrze – i czekała, kiedy słońce coraz bardziej zniżało się ku horyzontowi. Sama nie była pewna na co: liczyła może że dojrzy coś podejrzanego, a gdyby nic takiego się nie stało uznała, że spróbuje zapukać do drzwi.
W pewnym momencie – akurat gdy mogłaby przysiąc, że tylne drzwi trzasnęły i ktoś wyszedł na zewnątrz – wyczuła także jeszcze jeden zapach.
W pobliżu był człowiek.
Nie rozpoznawała zapachu, za to gdy poruszyła się, przesuwając wśród krzaków w jego stronę, już z daleka rozpoznała posturę. Nie dlatego, że tak doskonale znała Reginę, choć pamiętała ją ze szkoły: po prostu nawet w świecie czarodziejów nie spotykało się na każdym kroku potomków olbrzymów.
W zwierzęcym ciele myśli były mniej złożone, ciężej było więc jej w pełni rozważyć wszystkie za i przeciw ujawnienia się. Regina Rowle mogła przyjść tutaj jako kupiec. Mogła współpracować z mężczyzną – nawet jeżeli to, co tu i ówdzie o niej Brenna usłyszała, nijak do tego nie pasowało. Ale nawet jeżeli tak, Brenna nie miała przecież na to dowodów, więc… najlepiej było chyba po prostu odmienić się i spytać.
Ciało wilczycy zmieniło się i po chwili pomiędzy liśćmi nie stała już wilczyca, a Brenna, w ciemnoszarym stroju.
– Regina Rowle? – spytała, dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy znalazła ją półprzytomną w Alejce w pobliżu Pokątnej.
I zapewne w ten czy inny sposób mogli być powiązani ze śmierciożercami.
Byli więc czarnoksiężnicy, którzy mieli kupić krew jednorożców, i których dorwały z Victorią. Byli kłusownicy, na których zaczaiła się z Vincentem i dzięki „anonimowemu donosieniu” udało się dopaść ich obozów i aresztować parę osób. Był pośrednik, który dostarczał nielegalnie pozyskane komponenty do legalnych dostawców i został aresztowany po tym, jak Brenna porozmawiała z Olivią i okazało się, że dostarczone Quirkom licencje zostały przez niego sfałszowane. Był kolejny obóz, który udało się znaleźć po paru aresztowaniach – niestety, kłusownicy zdążyli zniknąć, zabierając ze sobą smocze pisklęta, ale przynajmniej stracili „bezpieczną” miejscówkę i nie mieli okazji złapać także smoczej matki.
I wreszcie po nitce do kłębka, Brenna trafiła tutaj, pod dom gościa, który prawdopodobnie był powiązany z grupą, i – co równie, a może nawet bardziej istotne – mógł też dostarczać zaopatrzenie tej drugiej stronie. A może i do niej należał…? Przeprowadzone niedawno przesłuchania i parę tropów sugerowało, że mógł być najmniej zwolennikiem, ale na takie rzeczy praktycznie nigdy nie było dowodów.
Za to przy odrobinie szczęścia uda się je znaleźć na kłusownictwo i nielegalny handel.
Brenna była na służbie, ale w okolicy pojawiła się ubrana zwyczajnie, bez munduru. Mundur ściągał uwagę. Mundur alarmował. A ona chciała poobserwować i pozostać niezauważona. Jej chwilowy partner pozostał w wiosce, w pogotowiu, również z tego powodu – bo Brenna w pobliże domu mężczyzny podeszła na wilczych łapach, i jako zwierzak długo kręciła się w pobliżu, węsząc, szukając tropów. Mogłaby przysiąc, że gdy zbliżała się do domu wyczuwała ulotną woń dymu, która mogła – choć nie musiała – być pozostawiona przez czarną magię. I że w wilczy nos uderza równie ulotna, ale trudna do pomylenia z czymkolwiek innym woń krwi.
Nie mieli jeszcze nakazu. Nie mogła ot tak wparować sobie do środka, chociaż bardzo by chciała – to jednak niewiele dałoby na dłuższą metę. Nie wykluczała tego zupełnie, informacje zawsze mogły trafić do Zakonu, zamiast od Ministerstwa, gdyby Ministerstwo nie mogło podjąć żadnych działań, ale gdyby dało się go po prostu wepchnąć do aresztu – i najlepiej ruszyć dalej z pełnym wsparciem wydziału – to byłby najlepszy rozwój sytuacji.
Na razie przysiadła jednak na skraju lasu, tam gdzie mogła ukryć się już częściowo wśród krzaków, wilczyca o ciemnym futrze – i czekała, kiedy słońce coraz bardziej zniżało się ku horyzontowi. Sama nie była pewna na co: liczyła może że dojrzy coś podejrzanego, a gdyby nic takiego się nie stało uznała, że spróbuje zapukać do drzwi.
W pewnym momencie – akurat gdy mogłaby przysiąc, że tylne drzwi trzasnęły i ktoś wyszedł na zewnątrz – wyczuła także jeszcze jeden zapach.
W pobliżu był człowiek.
Nie rozpoznawała zapachu, za to gdy poruszyła się, przesuwając wśród krzaków w jego stronę, już z daleka rozpoznała posturę. Nie dlatego, że tak doskonale znała Reginę, choć pamiętała ją ze szkoły: po prostu nawet w świecie czarodziejów nie spotykało się na każdym kroku potomków olbrzymów.
W zwierzęcym ciele myśli były mniej złożone, ciężej było więc jej w pełni rozważyć wszystkie za i przeciw ujawnienia się. Regina Rowle mogła przyjść tutaj jako kupiec. Mogła współpracować z mężczyzną – nawet jeżeli to, co tu i ówdzie o niej Brenna usłyszała, nijak do tego nie pasowało. Ale nawet jeżeli tak, Brenna nie miała przecież na to dowodów, więc… najlepiej było chyba po prostu odmienić się i spytać.
Ciało wilczycy zmieniło się i po chwili pomiędzy liśćmi nie stała już wilczyca, a Brenna, w ciemnoszarym stroju.
– Regina Rowle? – spytała, dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy znalazła ją półprzytomną w Alejce w pobliżu Pokątnej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.