12.01.2025, 20:08 ✶
Dziwne siostry... To mało powiedziane. Pocieszenie Ambroise’a było marne, szczególnie przy użyciu słowa względnego. Może po prostu byl mistrzem wszelkiego nazewnictwa? Może tak na dobrą sprawę robił to specjalnie?! Zgrywał się by mi dojebać za wszelkie przewinienia i, cóż, nawet jeśli tak było, nie zamierzałem z nim dyskutować w tym temacie, bo w pełni sobie na to zasługiwałem. Wiedziałem to najlepiej.
Skinąłem sztywno głową, właściwie nią pokiwałem nieznacznie na znak, że rozumiem. Niestrwożona liczba mazi i dziwnych słów, niedopowiedzeń i warunki umowy, o których nie miałem pojęcia... Nie byłem pewien, co do tych dostaw krwi. Swoją mogłem dawać, bo wiedziałem skąd się brała. Trochę obawiałem się, do czego miała posłużyć, ale zbijałem w sobie tę myśl ze względu na Ambroise’a. To dla niego była ta przysługa, więc po prostu oddawałem krew, bo tego potrzebował dla tych Dziwnych Sióstr. Reszta? Nie mogła mnie interesować, więc zamierzałem nauczyć się z tym żyć. Nie sądziłem jednak, że to będą cykliczne dostawy ani że ja również będę odbierał własne.
W pierwszej rekcji zaświeciły mi się oczy. Krwi nigdy nie było mi za wiele, ale... Miała pochodzić z nieznanego źródła. Świeża, dobra krew... mogła pochodzić jedynie ze zdrowych, mających stracić siły lub całkowicie życie osobników. Nie ćpunów czy niedożywionych bezdomnych, a tym bardziej oprychów z Podziemia. Fajnie...
Ale nie byłem w stanie wydusić z siebie choćby słowa. Siostra miała tak przenikliwe spojrzenie, że możliwe, że wiedziała... I zapewne wiedziała również, co jej spojrzenie mi mówiło. Może nawet była pewna, że zamknie mi mordę własnymi słowami? Cóż, niezależnie od jej intencji, podziałało. Nie będę jej zadawał pytań. Miałem dług u Ambroise’a, Zamierzałem być grzeczny. Skinąłem tylko głową i...
Znalazłem się w innym miejscu, ponownie przez chwilę czując maź z Windermere. Na chwilę zaparło mi dech, ale nie przez teleportację, tylko przez zaskoczenie. Tak byłem skupiony na spotkaniu i na kontrolowaniu własnej osoby, że wyproszenie nas tak gwałtowne spowodowało u mnie zaniemówienie.
- Teleportacja mnie nie rusza... ale... ten klimat... - zacząłem, choć ciężko było mi ująć to w słowa. Chciałem wspomnieć mu o warunkach umowy, o krwi, ale... Nie powinienem. Zamknąć jadaczkę. Nie pytać. Umowa została zawarta. Koniec spotkania. Nie można było już zmienić jej biegu, szczególnie biorąc pod uwagę, skąd brało się jej źródło. Z miejsca, do którego słońce nie docierało. Coś równie zgniłego jak moja krew, tak.
- Zapytałbym, skąd znasz tak urocze miejscówki, ale jednak tego nie zrobię - stwierdziłem jedynie w miarę pogodnie, bo ulżyło mi, że nie będą mi odcinać rąk ani dawać nic trefnego do picia. Przynajmniej nie dziś. - Nic nie powiem Geraldine. Gdybym mógł... jeszcze kiedyś... To daj znać - odparłem na pożegnanie i wskoczyłem czym prędzej po schodach co dwa stopnie. Nie chciałem by było niezręcznie, nie chciałem być również zmuszony przez własne sumienie do kolejnego przepraszania Ambroise’a. Czułem, że nie przyjąłby tego z uśmiechem na wargach, więc się ewakuowałem.
Skinąłem sztywno głową, właściwie nią pokiwałem nieznacznie na znak, że rozumiem. Niestrwożona liczba mazi i dziwnych słów, niedopowiedzeń i warunki umowy, o których nie miałem pojęcia... Nie byłem pewien, co do tych dostaw krwi. Swoją mogłem dawać, bo wiedziałem skąd się brała. Trochę obawiałem się, do czego miała posłużyć, ale zbijałem w sobie tę myśl ze względu na Ambroise’a. To dla niego była ta przysługa, więc po prostu oddawałem krew, bo tego potrzebował dla tych Dziwnych Sióstr. Reszta? Nie mogła mnie interesować, więc zamierzałem nauczyć się z tym żyć. Nie sądziłem jednak, że to będą cykliczne dostawy ani że ja również będę odbierał własne.
W pierwszej rekcji zaświeciły mi się oczy. Krwi nigdy nie było mi za wiele, ale... Miała pochodzić z nieznanego źródła. Świeża, dobra krew... mogła pochodzić jedynie ze zdrowych, mających stracić siły lub całkowicie życie osobników. Nie ćpunów czy niedożywionych bezdomnych, a tym bardziej oprychów z Podziemia. Fajnie...
Ale nie byłem w stanie wydusić z siebie choćby słowa. Siostra miała tak przenikliwe spojrzenie, że możliwe, że wiedziała... I zapewne wiedziała również, co jej spojrzenie mi mówiło. Może nawet była pewna, że zamknie mi mordę własnymi słowami? Cóż, niezależnie od jej intencji, podziałało. Nie będę jej zadawał pytań. Miałem dług u Ambroise’a, Zamierzałem być grzeczny. Skinąłem tylko głową i...
Znalazłem się w innym miejscu, ponownie przez chwilę czując maź z Windermere. Na chwilę zaparło mi dech, ale nie przez teleportację, tylko przez zaskoczenie. Tak byłem skupiony na spotkaniu i na kontrolowaniu własnej osoby, że wyproszenie nas tak gwałtowne spowodowało u mnie zaniemówienie.
- Teleportacja mnie nie rusza... ale... ten klimat... - zacząłem, choć ciężko było mi ująć to w słowa. Chciałem wspomnieć mu o warunkach umowy, o krwi, ale... Nie powinienem. Zamknąć jadaczkę. Nie pytać. Umowa została zawarta. Koniec spotkania. Nie można było już zmienić jej biegu, szczególnie biorąc pod uwagę, skąd brało się jej źródło. Z miejsca, do którego słońce nie docierało. Coś równie zgniłego jak moja krew, tak.
- Zapytałbym, skąd znasz tak urocze miejscówki, ale jednak tego nie zrobię - stwierdziłem jedynie w miarę pogodnie, bo ulżyło mi, że nie będą mi odcinać rąk ani dawać nic trefnego do picia. Przynajmniej nie dziś. - Nic nie powiem Geraldine. Gdybym mógł... jeszcze kiedyś... To daj znać - odparłem na pożegnanie i wskoczyłem czym prędzej po schodach co dwa stopnie. Nie chciałem by było niezręcznie, nie chciałem być również zmuszony przez własne sumienie do kolejnego przepraszania Ambroise’a. Czułem, że nie przyjąłby tego z uśmiechem na wargach, więc się ewakuowałem.
Koniec sesji