Patronus
Zalęgło się w jej głowie, gdy z zapartym tchem słuchała opowieści kobiety, opowieści, którą widziała na własne oczy w śnie, który dostała "skądś". Czy to prezent od umarłego mężczyzny, który krzyczał jej gardłem, przypominał o istnieniu różdżki? Świadek z zaświatów, który chciał przemówić jej ustami, by zwrócić Davis może nie młodość, ale godność. Nie oszalała. Była młoda i w kilka chwil stała się stara. Jak to mogło umknąć.
Miała wiele pytań, ale to nie powinno być jej śledztwo. Jej "brygadzistkość" choć nie do końca wynikała z jej natury, przez kilkanaście lat służby zapuściła mocno swoje korzenie. Podobnie z resztą to działało na Windermere. Trzeba było być twardym, trzeba było być na służbie. Zawsze na służbie.
– Oczywiście, że nie będę sprawdzać tego na własną rękę! – prychnęła w stronę Blacka. – Nie jestem na służbie, tylko na chorobowym na głowę bo ktoś napisał miły list do mojej szefowej, że nie jestem jeszcze gotowa. – Oczywiście była to prawda. Nie była gotowa, nie po Lammas, gdzie niegroźne sztuczne ognie odtworzyły szczegółowo wspomnienia z płonącego lasu. Nie po Windermere, gdzie pożarła ją ziemia. Nie... Po prostu nie. – Co nie zmienia postaci rzeczy, że natychmiast trzeba ich poinformować. Ja słyszałam, że widma wyszły z limbo, a okazuje się że to jacyś pierdoleni kuzyni dementorów! I nawet jeśli ja nie pójdę do lasu, to pójdzie ktoś inny i lepiej żeby wiedział jak przeciwdziałać tym skurwielom. – Odetchnęła głęboko, po czym zdała sobie sprawę, że to wszystko mówi przy... przy swojej rówieśniczce? Przełknęła ślinę. – Przykro mi, że to Cię spotkało. Na pewno ktoś tu przyjdzie. Dopilnuje, żeby tym razem potraktowali Cię z należytą powagą. – Powiedziała nieco automatycznie bo w głowie chybotał się jeden z najważniejszych filarów jej osobowości - niedorobiona Trelawney coś zobaczyła. COŚ prawdziwego. To było... to było stanowczo za dużo jak na królika doświadczalnego od nowych pomysłów pana doktorka.
Nagle poczuła jakąś słabość, jej ciało zdecydowanie nie dowoziło, co było bardziej niż irytujące. Z drugiej strony nie było nic złego w senności, po prostu było to... unikatowe w jej przypadku, osoby, która od śmierci matki cierpiała na chroniczny brak senności.
– Pan da mi znać kiedy następna sesja. I chcę tych eliksirów więcej. Kto wie, może dziś wspólnie uratowaliśmy kilka żyć w przyszłości. – To powiedziawszy oplotła się wokół silnego ramienia Alastora Bertiego i oparła skroń o... najprawdopodobniej jego łokieć. No może trochę powyżej. – Czy zasłużyłam sobie na budyń czekoladowy? Taki wiesz... jak Ty robisz, że wsadzasz jeden garnek w drugi i trzepiesz tą trzepaczką pół godziny? – zapytała sennie podnosząc głowę, by spojrzeć w oczy spokojnego olbrzyma, dając mu znać, że dzisiaj być może, kto wie, będzie mniej narzekać na to, że się nad nią trzęsie niż zwykle.
Zalęgło się w jej głowie, gdy z zapartym tchem słuchała opowieści kobiety, opowieści, którą widziała na własne oczy w śnie, który dostała "skądś". Czy to prezent od umarłego mężczyzny, który krzyczał jej gardłem, przypominał o istnieniu różdżki? Świadek z zaświatów, który chciał przemówić jej ustami, by zwrócić Davis może nie młodość, ale godność. Nie oszalała. Była młoda i w kilka chwil stała się stara. Jak to mogło umknąć.
Miała wiele pytań, ale to nie powinno być jej śledztwo. Jej "brygadzistkość" choć nie do końca wynikała z jej natury, przez kilkanaście lat służby zapuściła mocno swoje korzenie. Podobnie z resztą to działało na Windermere. Trzeba było być twardym, trzeba było być na służbie. Zawsze na służbie.
– Oczywiście, że nie będę sprawdzać tego na własną rękę! – prychnęła w stronę Blacka. – Nie jestem na służbie, tylko na chorobowym na głowę bo ktoś napisał miły list do mojej szefowej, że nie jestem jeszcze gotowa. – Oczywiście była to prawda. Nie była gotowa, nie po Lammas, gdzie niegroźne sztuczne ognie odtworzyły szczegółowo wspomnienia z płonącego lasu. Nie po Windermere, gdzie pożarła ją ziemia. Nie... Po prostu nie. – Co nie zmienia postaci rzeczy, że natychmiast trzeba ich poinformować. Ja słyszałam, że widma wyszły z limbo, a okazuje się że to jacyś pierdoleni kuzyni dementorów! I nawet jeśli ja nie pójdę do lasu, to pójdzie ktoś inny i lepiej żeby wiedział jak przeciwdziałać tym skurwielom. – Odetchnęła głęboko, po czym zdała sobie sprawę, że to wszystko mówi przy... przy swojej rówieśniczce? Przełknęła ślinę. – Przykro mi, że to Cię spotkało. Na pewno ktoś tu przyjdzie. Dopilnuje, żeby tym razem potraktowali Cię z należytą powagą. – Powiedziała nieco automatycznie bo w głowie chybotał się jeden z najważniejszych filarów jej osobowości - niedorobiona Trelawney coś zobaczyła. COŚ prawdziwego. To było... to było stanowczo za dużo jak na królika doświadczalnego od nowych pomysłów pana doktorka.
Nagle poczuła jakąś słabość, jej ciało zdecydowanie nie dowoziło, co było bardziej niż irytujące. Z drugiej strony nie było nic złego w senności, po prostu było to... unikatowe w jej przypadku, osoby, która od śmierci matki cierpiała na chroniczny brak senności.
– Pan da mi znać kiedy następna sesja. I chcę tych eliksirów więcej. Kto wie, może dziś wspólnie uratowaliśmy kilka żyć w przyszłości. – To powiedziawszy oplotła się wokół silnego ramienia Alastora Bertiego i oparła skroń o... najprawdopodobniej jego łokieć. No może trochę powyżej. – Czy zasłużyłam sobie na budyń czekoladowy? Taki wiesz... jak Ty robisz, że wsadzasz jeden garnek w drugi i trzepiesz tą trzepaczką pół godziny? – zapytała sennie podnosząc głowę, by spojrzeć w oczy spokojnego olbrzyma, dając mu znać, że dzisiaj być może, kto wie, będzie mniej narzekać na to, że się nad nią trzęsie niż zwykle.