12.01.2025, 03:05 ✶
Anthony mówił dużo, ale Eden nie miała nic przeciwko, dopóki nie mówił od rzeczy. Uśmiechnęła się nawet z dozą słodkiego cynizmu podszytego swoistą nostalgią, kiedy wspomniał o celu, do którego wszyscy mają uparcie dążyć, ale nigdy nie osiągnąć. Nie mogła się powstrzymać od rozbawienia wizją, gdzie los wabi ich wszystkich metodą kija i marchewki, a oni dążą zań ślepo, bo przecież nic innego nie znają. Zresztą, czy świadomość innych opcji miałaby jakiekolwiek znaczenie? Otaczali ją ludzie, którzy twierdzili, że przeznaczenie już dawno zostało spisane, a na dowód wyciągali przeklęte karty, które objawiały skrawki przyszłości, dziwacznie trafiające w sedno. Może faktycznie byli tylko pionkami w cudzej grze, a możliwość wyboru była tylko iluzją.
Niemniej Eden nie chciała wierzyć w brednie, podług których nie ma jurysdykcji nad własną przyszłością, bo to zaprowadziłoby ją do samobójstwa. Wiedziała, że wolałaby wypić wszystkie specyfiki z piwnicy własnego męża bez względu na skład, niż pozwolić, aby ktoś - coś? - przejęło stery jej życia. Zbyt wiele dekad już zmarnowała na podświadomym podążaniu utartymi ścieżkami, nie miała zamiaru wchodzić drugi raz do tej samej rzeki. Skoro jej ojciec postanowił w tak obsceniczny sposób złamać status quo, ona też nie planowała utrzymywać pozorów. Zeszłego roku się powstrzymywała; tego roku zamierzała pożerać.
- Cel zawsze jest ten sam, nie trzeba daleko szukać. Urojenia o potędze prowadzące do żądzy władzy, kończące się podbojem tego świata i następnego - weszła mu nieco w słowo, ale potem uniosła jedynie brwi, jakby w geście zezwolenia na dalszą kontynuację wywodu. Zgadzała się z jego słowami, a milczenie było wystarczającym tego potwierdzeniem. Eden przecież kochała korygować ludzi, wytykać cudze błędy, by odwrócić uwagę od własnych. Nie byłaby w stanie usiedzieć cicho, gdyby Anthony nie mówił prawdy.
Wzięła głęboki łyk alkoholu, kiedy na tapet został wzięty Leach. Nadal miała go za nieudacznika, ale nie była już na tyle głupia, by znowu wyzywać go od szlam. Mogła sobie pogratulować; dorosła i spostrzegła, że tak naprawdę czystość bądź nieczystość krwi nie gra żadnej, nawet trzecioplanowej roli, liczą się tylko i wyłącznie pieniądze, pozycja społeczna i umiejętność pójścia po swoje. Nobby nie posiadał niczego, a więc też skończył marnie. Nadal nie rozumiała, dlaczego lwia część czystokrwistej śmietanki po jego elekcji w ramach protestu odeszła, zamiast zwyczajnie wziąć sprawy w swoje ręce i rozwalić Ministerstwo od środka. Z drugiej strony, skoro prowodyrami akcji byli Mulciberowie, można było śmiało zakładać, że nie kierowali się rozsądkiem. Ot, przypadłość rodzinna.
Syndykat.
Eden odchyliła się mocniej, oparła się tak, jakby na moment potrzebowała uziemienia. Spojrzała nieswojo na Shafiqa, ciężko było odczytać, czy był to podziw, czy zdziwienie. Może obydwa, dodatkowo podszyte ciekawością i chęcią złapania za lejce? Tyle lat grała szarą eminencję w swojej rodzinie, czemu miałaby teraz nie użyczyć swojego doświadczenia dla dobrej sprawy?
- Brzmi dumnie. - Przez chwilę nie powiedziała nic więcej, tylko dokończyła w spokoju wino, pozwalając sekundom niemiłosiernie wolno płynąć wraz z czerwoną cieczą wzdłuż jej gardła. Otarła usta wierzchem dłoni, nie unikając jednak spojrzenia Anthony'ego. Widać było, że nie skończyła mówić, że jedynie waży słowa. - Dobrze, więc skoro kwestie ideologiczne mamy już za sobą, omówione i oplecione w piękne słowa, może przejdźmy do sedna. Jak mniemam, nie wspominałbyś mi o tym wszystkim, gdybyś nie chciał, abym była częścią tego Syndykatu. Tylko - co ci ze mnie? - Przechyliła głowę, naprawdę nie rozumiejąc do końca, jaki realny wpływ miałaby mieć. Może i miała aurę osoby, która trzyma wszystkich w szachu, ale przecież wycofała się lata temu z blasku fleszy. Nie miała już wartościowych wtyk w Ministerstwie, nie była aurorem, prasa wspominała o niej już tylko z braku laku, a wątpiła, że chodziło o pieniądze. Anthony nie cierpiał na brak funduszy. - Nie zrozum mnie źle, zdecydowanie podzielam zarówno twoje zdanie, jak i chęć powstrzymania piekła, które poplecznicy tego szarlatana chcą rozpętać. Po prostu odnoszę wrażenie, że przeceniasz moje możliwości, Tony. Jak to sobie wyobrażasz, mam wypowiadać umowy najmu wszystkim zwolennikom, kiedy nawet nie znam ich tożsamości? A może mam wpłacać datki jak na działalność charytatywną, żeby potem odpisać sobie to od podatku? - Uśmiechnęła się kwaśno, pochylając się przy tym do przodu. Może trochę kpiła, ale dawała znać mową ciała, że chce się w to zaangażować, jedynie nie wie, do czego mógłby potrzebować takiej zołzy. Ostatnimi czasy wątpiła w siebie zbyt mocno, by móc dostrzec swoją wartość, a ostatnie, czego chciała, to plątać się mu pod nogami.
Niemniej Eden nie chciała wierzyć w brednie, podług których nie ma jurysdykcji nad własną przyszłością, bo to zaprowadziłoby ją do samobójstwa. Wiedziała, że wolałaby wypić wszystkie specyfiki z piwnicy własnego męża bez względu na skład, niż pozwolić, aby ktoś - coś? - przejęło stery jej życia. Zbyt wiele dekad już zmarnowała na podświadomym podążaniu utartymi ścieżkami, nie miała zamiaru wchodzić drugi raz do tej samej rzeki. Skoro jej ojciec postanowił w tak obsceniczny sposób złamać status quo, ona też nie planowała utrzymywać pozorów. Zeszłego roku się powstrzymywała; tego roku zamierzała pożerać.
- Cel zawsze jest ten sam, nie trzeba daleko szukać. Urojenia o potędze prowadzące do żądzy władzy, kończące się podbojem tego świata i następnego - weszła mu nieco w słowo, ale potem uniosła jedynie brwi, jakby w geście zezwolenia na dalszą kontynuację wywodu. Zgadzała się z jego słowami, a milczenie było wystarczającym tego potwierdzeniem. Eden przecież kochała korygować ludzi, wytykać cudze błędy, by odwrócić uwagę od własnych. Nie byłaby w stanie usiedzieć cicho, gdyby Anthony nie mówił prawdy.
Wzięła głęboki łyk alkoholu, kiedy na tapet został wzięty Leach. Nadal miała go za nieudacznika, ale nie była już na tyle głupia, by znowu wyzywać go od szlam. Mogła sobie pogratulować; dorosła i spostrzegła, że tak naprawdę czystość bądź nieczystość krwi nie gra żadnej, nawet trzecioplanowej roli, liczą się tylko i wyłącznie pieniądze, pozycja społeczna i umiejętność pójścia po swoje. Nobby nie posiadał niczego, a więc też skończył marnie. Nadal nie rozumiała, dlaczego lwia część czystokrwistej śmietanki po jego elekcji w ramach protestu odeszła, zamiast zwyczajnie wziąć sprawy w swoje ręce i rozwalić Ministerstwo od środka. Z drugiej strony, skoro prowodyrami akcji byli Mulciberowie, można było śmiało zakładać, że nie kierowali się rozsądkiem. Ot, przypadłość rodzinna.
Syndykat.
Eden odchyliła się mocniej, oparła się tak, jakby na moment potrzebowała uziemienia. Spojrzała nieswojo na Shafiqa, ciężko było odczytać, czy był to podziw, czy zdziwienie. Może obydwa, dodatkowo podszyte ciekawością i chęcią złapania za lejce? Tyle lat grała szarą eminencję w swojej rodzinie, czemu miałaby teraz nie użyczyć swojego doświadczenia dla dobrej sprawy?
- Brzmi dumnie. - Przez chwilę nie powiedziała nic więcej, tylko dokończyła w spokoju wino, pozwalając sekundom niemiłosiernie wolno płynąć wraz z czerwoną cieczą wzdłuż jej gardła. Otarła usta wierzchem dłoni, nie unikając jednak spojrzenia Anthony'ego. Widać było, że nie skończyła mówić, że jedynie waży słowa. - Dobrze, więc skoro kwestie ideologiczne mamy już za sobą, omówione i oplecione w piękne słowa, może przejdźmy do sedna. Jak mniemam, nie wspominałbyś mi o tym wszystkim, gdybyś nie chciał, abym była częścią tego Syndykatu. Tylko - co ci ze mnie? - Przechyliła głowę, naprawdę nie rozumiejąc do końca, jaki realny wpływ miałaby mieć. Może i miała aurę osoby, która trzyma wszystkich w szachu, ale przecież wycofała się lata temu z blasku fleszy. Nie miała już wartościowych wtyk w Ministerstwie, nie była aurorem, prasa wspominała o niej już tylko z braku laku, a wątpiła, że chodziło o pieniądze. Anthony nie cierpiał na brak funduszy. - Nie zrozum mnie źle, zdecydowanie podzielam zarówno twoje zdanie, jak i chęć powstrzymania piekła, które poplecznicy tego szarlatana chcą rozpętać. Po prostu odnoszę wrażenie, że przeceniasz moje możliwości, Tony. Jak to sobie wyobrażasz, mam wypowiadać umowy najmu wszystkim zwolennikom, kiedy nawet nie znam ich tożsamości? A może mam wpłacać datki jak na działalność charytatywną, żeby potem odpisać sobie to od podatku? - Uśmiechnęła się kwaśno, pochylając się przy tym do przodu. Może trochę kpiła, ale dawała znać mową ciała, że chce się w to zaangażować, jedynie nie wie, do czego mógłby potrzebować takiej zołzy. Ostatnimi czasy wątpiła w siebie zbyt mocno, by móc dostrzec swoją wartość, a ostatnie, czego chciała, to plątać się mu pod nogami.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~