06.01.2025, 16:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2025, 20:10 przez Paracelsus.)
Atreus i Heather wędrowali po podziemnych ścieżkach, coraz bardziej gubiąc się w labiryncie wilgotnych korytarzy, które zdawały się nie mieć końca. Ani początku, jeśli byliby ze sobą całkowicie szczerzy, bowiem w pewnym momencie opcja cofnięcia się po własnych śladach stała się równie nieprawdopodobna, co wizja szybkiego opuszczenia tuneli.
Każdy zakręt wydawał się wprowadzać ich w kolejną iluzję, nie pozwalając na odnalezienie prawdziwego kierunku. Każdy kolejny tunel prowadził ich głębiej w nieznane a fluorescencyjne grzyby i porosty na ścianach zdawały się śledzić ich ruchy, samym pozostając nieruchomymi i nieprzydatnymi w znalezieniu punktu odniesienia.
Zgubili się. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo. Korytarze nie obfitowały w żadne charakterystyczne cechy, nie było w nich niczego, co mogłoby powiedzieć wędrowcom, czy już tu wcześniej byli. Nos również nie był im w stanie pomóc, bo wszędzie w powietrzu unosił się dokładnie taki sam zapach stęchlizny zmieszany z nutą czegoś przypominającego wilgotne drewno i odór przywołujący na myśl gęsty, duszący dym papierosowy.
Nie było wiatru wiejącego od strony potencjalnego wyjścia. Nie było słońca, którego ruch mógłby wskazać im kierunek. Tylko kamienne ściany i chropowate chodniki.
Co pewien czas na ich drodze pojawiały się niewielkie, mniej lub bardziej spróchniałe bądź zardzewiałe drzwi prowadzące do nieznanych pomieszczeń. Każde z tych potencjalnych przejść było zamknięte. Mimo prób otwarcia ich przy pomocy magii albo bardziej konwencjonalnych sposobów polegających na użyciu starej dobrej siły, zamki i zawiasy pozostawały nieporuszone.
Żadne z nich nie było w stanie stwierdzić, ile tak właściwie kręcili się w kółko, kratkę a może pętelkę, zanim ich oczom ukazał się wcześniej nie widziany widok. Już sama zmiana we wrażeniu, jakie odczuły ich nosy mogła być dowodem na to, że natknęli się na coś niezwykłego. Zamiast wcześniejszej zatęchłej woni w powietrzu unosił się delikatny, kojący zapach. Nasuwał na myśl wiejski babciny ogródek wczesnym rankiem świeżo po deszczu.
Szybkie rozejrzenie się po korytarzu, w który weszli wystarczyło również, aby stwierdzić, że wraz z wcześniejszym odorem ze ścian zniknęły również świecące porosty. Zamiast nich skałę porastał dziwny mech. Inny, bardziej mięsisty niż kiedykolwiek widzieli. Gęstszy, już z wyglądu przypominał miękką gąbkę. Jego zielone, pulsujące łodyżki zdawały się poruszać, jakby żyły własnym życiem.
Rośliny nie świeciły tak jak wcześniejsze grzyby i posępne fluorescencyjne kwiaty, ale nie był też całkiem matowy. Delikatnie błyszczał, zdecydowanie również (tak jak poprzednia skąpa roślinność) wyczuwając, że nie jest już sam. Wydawał się zwijać i wskazać nowy korytarz prowadzący w prawo, jak gdyby zapraszając ich do podążania za nim.
Czy można było mu ufać? Kogo lub czego była to manifestacja?
Każdy zakręt wydawał się wprowadzać ich w kolejną iluzję, nie pozwalając na odnalezienie prawdziwego kierunku. Każdy kolejny tunel prowadził ich głębiej w nieznane a fluorescencyjne grzyby i porosty na ścianach zdawały się śledzić ich ruchy, samym pozostając nieruchomymi i nieprzydatnymi w znalezieniu punktu odniesienia.
Zgubili się. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo. Korytarze nie obfitowały w żadne charakterystyczne cechy, nie było w nich niczego, co mogłoby powiedzieć wędrowcom, czy już tu wcześniej byli. Nos również nie był im w stanie pomóc, bo wszędzie w powietrzu unosił się dokładnie taki sam zapach stęchlizny zmieszany z nutą czegoś przypominającego wilgotne drewno i odór przywołujący na myśl gęsty, duszący dym papierosowy.
Nie było wiatru wiejącego od strony potencjalnego wyjścia. Nie było słońca, którego ruch mógłby wskazać im kierunek. Tylko kamienne ściany i chropowate chodniki.
Co pewien czas na ich drodze pojawiały się niewielkie, mniej lub bardziej spróchniałe bądź zardzewiałe drzwi prowadzące do nieznanych pomieszczeń. Każde z tych potencjalnych przejść było zamknięte. Mimo prób otwarcia ich przy pomocy magii albo bardziej konwencjonalnych sposobów polegających na użyciu starej dobrej siły, zamki i zawiasy pozostawały nieporuszone.
Żadne z nich nie było w stanie stwierdzić, ile tak właściwie kręcili się w kółko, kratkę a może pętelkę, zanim ich oczom ukazał się wcześniej nie widziany widok. Już sama zmiana we wrażeniu, jakie odczuły ich nosy mogła być dowodem na to, że natknęli się na coś niezwykłego. Zamiast wcześniejszej zatęchłej woni w powietrzu unosił się delikatny, kojący zapach. Nasuwał na myśl wiejski babciny ogródek wczesnym rankiem świeżo po deszczu.
Szybkie rozejrzenie się po korytarzu, w który weszli wystarczyło również, aby stwierdzić, że wraz z wcześniejszym odorem ze ścian zniknęły również świecące porosty. Zamiast nich skałę porastał dziwny mech. Inny, bardziej mięsisty niż kiedykolwiek widzieli. Gęstszy, już z wyglądu przypominał miękką gąbkę. Jego zielone, pulsujące łodyżki zdawały się poruszać, jakby żyły własnym życiem.
Rośliny nie świeciły tak jak wcześniejsze grzyby i posępne fluorescencyjne kwiaty, ale nie był też całkiem matowy. Delikatnie błyszczał, zdecydowanie również (tak jak poprzednia skąpa roślinność) wyczuwając, że nie jest już sam. Wydawał się zwijać i wskazać nowy korytarz prowadzący w prawo, jak gdyby zapraszając ich do podążania za nim.
Czy można było mu ufać? Kogo lub czego była to manifestacja?