30.12.2024, 03:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.12.2024, 03:15 przez Alexander Mulciber.)
Zdarzało mu się widywać swoje zdjęcia w rubryce plotkarskiej, jednak Alexander oscylował między skrajnościami, jeżeli chodziło o wydarzenia bieżące: albo wiedział o czymś, zanim jeszcze miało to miejsce, albo trwał w błogiej nieświadomości, dopóki ktoś bardziej poinformowany – a w tym przypadku była to redakcja periodyka "Czarownica" – nie uświadomił go, że zbliża się jego rocznica ślubu z Eden Malfoy.
Państwo Lestrange, kurwa jego mać.
Alexander Mulciber siedział naprzeciwko Williama Lestrange i czekał bez słowa, aż ten skończy swój monolog, przetasowując czule karty, które zawsze nosił ze sobą. Wyuczone ruchy, nacechowane precyzją i tchnące kojącym automatyzmem powtarzalności, przetykane cygańskim efekciarstwem. Dzielił przeznaczenie pewną ręką, dopóki z talii nie wypadł Wisielec, który spoglądał na Alexandra oczami tchnącymi świętością i szaleństwem: tajemnica męczeństwa zamknięta w jego łagodnym uśmiechu. Trzyma się was wisielczy humor, pomyślał czule Mulciber, z niejaką pieszczotliwością przesuwając palcem po twarzy Wisielca – patrona spraw beznadziejnych – zanim zręcznie złożył karty w równy stosik, nawiązując kontakt wzrokowy ze swoim rozmówcą, w tym samym momencie, w którym ten umilkł: zerknął mimochodem na spód talii, zanim schował karty do wewnętrznej kieszeni marynarki.
– Gdybym nie chciał tutaj być, to by mnie tu po prostu nie było. – Rzeczowy komunikat wygłoszony monotonnym, niemalże znudzonym tonem, za którym nie kryły się żadne emocje.
Mrugnięcie.
Alexander Mulciber mógł powiedzieć Williamowi Lestrange wiele rzeczy. "Nie spałem z twoją żoną, tylko z twoją siostrą", powinno paść jako pierwsze, aby uświadomić mu, że nie jest jego rywalem, tylko – kurwa mać – szwagrem. "Nie mamy z Eden romansu, gorzej, przyjaźnimy się." Nie, nie potrafiłby tego wytłumaczyć, żadne z nich nie potrafiło, bo żadnemu z nich słowo "przyjaźń" nie przeszłoby przez gardło. Już łatwiej byłoby skłamać, że ze sobą sypiają.
Nie chciałem udawać na weselu ciebie, tylko Peregrinusa Trelawneya, bo wiesz, Williamie Lestrange, to było dziwne wesele. Przechylił lekko głowę, skupiając spojrzenie na siedzącym przed nim mężczyźnie. Na tym weselu wszyscy udawaliśmy kogoś, kim nie jesteśmy.
Opętańczy rechot, który rozległ się za plecami Alexa, sprawił, że ten nagle zesztywniał, prostując się mimowolnie w krześle. Zdradził się, sięgając po różdzkę: choć jego ruchy były instynktowne, były też paranoiczne, nacechowane dziwnym erratyzmem – sięgnął po różdżkę, ale nie znalazł jej w zwyczajowym miejscu – jego ręka napotkała pustkę.
Mrugnięcie.
– Intrygujące – powiedział cicho Alexander, przypatrując się swojej dłoni, która... Nie była jego dłonią. Nie zdobiły jej pierścienie, nie widniały na niej te same, znajome zgrubienia i odciski, a plamy atramentu na nierównych knykciach, wielokrotnie łamanych na przestrzeni lat – zbyt eleganckich, zbyt dystyngowanych, aby należały do niego – przybrały zupełnie inny układ. Każdy ruch wywoływał wesołe klekotanie szpargałów, które nagle zaczęły mu ciążyć w kieszeniach marynarki. Poruszył palcami na próbę. Ręce czasem drżały wbrew jego woli, a czasem drętwiały tak, że nie mógł nimi poruszyć. Alexander nie był człowiekiem religijnym, ale modlił się, by nagła niemoc nie zaskoczyła go w chwili, kiedy musiał być w stanie najwyższej gotowości, teraz jednak nie czuł niemocy, nie, Alexander czuł... Alexander nie wiedział, co czuł Alexander, bo nie był już Alexandrem.
Alexander Mulciber siedział przed nim, schowany za szkłami ciemnych okularów przeciwsłonecznych, które opierały się o krzywy nos – złamany o ten jeden raz za dużo – nie patrzył na niego spode łba, jak to miał w zwyczaju, zamknięty w wymiarze lustra, lecz trwał, w tym samym miejscu, które zajął po wejściu do kawiarni, rozparty w tym samym wilklinowym fotelu, przy tym samym stoliku.
Utkwił wzrok w stojącej przed nim filiżance herbaty, wstrzymując oddech, kiedy dojrzał w leżącej obok, srebrnej łyżeczce, zniekształcone odbicie swojej twarzy.
Twarzy, która nie była już jego twarzą, tylko twarzą Williama Lestrange'a.
Mrugnięcie.
Wiedziony przeczuciem, wyciągnął dłoń w stronę zaczarowanej klepsydry, w tym samym momencie, w którym przez układ połączonych ze sobą, szklanych naczyń, przesypało się ostatnie z wypełniających je ziaren piasku.
– Nie znosisz przeparzonej – rzucił – zadziwiająco spokojnym tonem – po czym podsunął filiżankę z herbatą w stronę Williama, zabierając mu sprzed nosa własną, w której wciąż jeszcze parowała nietknięta przezeń kawa.
Państwo Lestrange, kurwa jego mać.
Alexander Mulciber siedział naprzeciwko Williama Lestrange i czekał bez słowa, aż ten skończy swój monolog, przetasowując czule karty, które zawsze nosił ze sobą. Wyuczone ruchy, nacechowane precyzją i tchnące kojącym automatyzmem powtarzalności, przetykane cygańskim efekciarstwem. Dzielił przeznaczenie pewną ręką, dopóki z talii nie wypadł Wisielec, który spoglądał na Alexandra oczami tchnącymi świętością i szaleństwem: tajemnica męczeństwa zamknięta w jego łagodnym uśmiechu. Trzyma się was wisielczy humor, pomyślał czule Mulciber, z niejaką pieszczotliwością przesuwając palcem po twarzy Wisielca – patrona spraw beznadziejnych – zanim zręcznie złożył karty w równy stosik, nawiązując kontakt wzrokowy ze swoim rozmówcą, w tym samym momencie, w którym ten umilkł: zerknął mimochodem na spód talii, zanim schował karty do wewnętrznej kieszeni marynarki.
Rzut Tarot 1d78 - 52
Ósemka Denarów
Ósemka Denarów
– Gdybym nie chciał tutaj być, to by mnie tu po prostu nie było. – Rzeczowy komunikat wygłoszony monotonnym, niemalże znudzonym tonem, za którym nie kryły się żadne emocje.
Mrugnięcie.
Alexander Mulciber mógł powiedzieć Williamowi Lestrange wiele rzeczy. "Nie spałem z twoją żoną, tylko z twoją siostrą", powinno paść jako pierwsze, aby uświadomić mu, że nie jest jego rywalem, tylko – kurwa mać – szwagrem. "Nie mamy z Eden romansu, gorzej, przyjaźnimy się." Nie, nie potrafiłby tego wytłumaczyć, żadne z nich nie potrafiło, bo żadnemu z nich słowo "przyjaźń" nie przeszłoby przez gardło. Już łatwiej byłoby skłamać, że ze sobą sypiają.
Nie chciałem udawać na weselu ciebie, tylko Peregrinusa Trelawneya, bo wiesz, Williamie Lestrange, to było dziwne wesele. Przechylił lekko głowę, skupiając spojrzenie na siedzącym przed nim mężczyźnie. Na tym weselu wszyscy udawaliśmy kogoś, kim nie jesteśmy.
Opętańczy rechot, który rozległ się za plecami Alexa, sprawił, że ten nagle zesztywniał, prostując się mimowolnie w krześle. Zdradził się, sięgając po różdzkę: choć jego ruchy były instynktowne, były też paranoiczne, nacechowane dziwnym erratyzmem – sięgnął po różdżkę, ale nie znalazł jej w zwyczajowym miejscu – jego ręka napotkała pustkę.
Mrugnięcie.
– Intrygujące – powiedział cicho Alexander, przypatrując się swojej dłoni, która... Nie była jego dłonią. Nie zdobiły jej pierścienie, nie widniały na niej te same, znajome zgrubienia i odciski, a plamy atramentu na nierównych knykciach, wielokrotnie łamanych na przestrzeni lat – zbyt eleganckich, zbyt dystyngowanych, aby należały do niego – przybrały zupełnie inny układ. Każdy ruch wywoływał wesołe klekotanie szpargałów, które nagle zaczęły mu ciążyć w kieszeniach marynarki. Poruszył palcami na próbę. Ręce czasem drżały wbrew jego woli, a czasem drętwiały tak, że nie mógł nimi poruszyć. Alexander nie był człowiekiem religijnym, ale modlił się, by nagła niemoc nie zaskoczyła go w chwili, kiedy musiał być w stanie najwyższej gotowości, teraz jednak nie czuł niemocy, nie, Alexander czuł... Alexander nie wiedział, co czuł Alexander, bo nie był już Alexandrem.
Alexander Mulciber siedział przed nim, schowany za szkłami ciemnych okularów przeciwsłonecznych, które opierały się o krzywy nos – złamany o ten jeden raz za dużo – nie patrzył na niego spode łba, jak to miał w zwyczaju, zamknięty w wymiarze lustra, lecz trwał, w tym samym miejscu, które zajął po wejściu do kawiarni, rozparty w tym samym wilklinowym fotelu, przy tym samym stoliku.
Utkwił wzrok w stojącej przed nim filiżance herbaty, wstrzymując oddech, kiedy dojrzał w leżącej obok, srebrnej łyżeczce, zniekształcone odbicie swojej twarzy.
Twarzy, która nie była już jego twarzą, tylko twarzą Williama Lestrange'a.
Mrugnięcie.
Wiedziony przeczuciem, wyciągnął dłoń w stronę zaczarowanej klepsydry, w tym samym momencie, w którym przez układ połączonych ze sobą, szklanych naczyń, przesypało się ostatnie z wypełniających je ziaren piasku.
– Nie znosisz przeparzonej – rzucił – zadziwiająco spokojnym tonem – po czym podsunął filiżankę z herbatą w stronę Williama, zabierając mu sprzed nosa własną, w której wciąż jeszcze parowała nietknięta przezeń kawa.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat