29.12.2024, 03:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:06 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine popatrzyła na stojące przed nią ciasteczka tak, jak gdyby te obraziły pamięć jej zmarłej matki.
Słodkości piętrzyły się na eleganckich talerzach, a gustownie podane przekąski przytłaczały ją konfekcyjnym czarem. Wypieki pokrywał lukier, wstrętny i lepki – wstrętnie lepiący się do palców – wrażenie lepkości nawet w wymiarze wyobraźni przejmowało Lorraine wstrętem. Wyobraziła sobie, jak gładka, cukrowa glazura topi się pod jej dotykiem, jak staje się na powrót słodka i lejąca, zmuszając ją do oblizania palców, warg – jak ścieka w dół jej przegubu niczym krew z przeciętego nadgarstka – jak plami jej sukienkę, tylko nie sukienka, pomyślała, to najlepsza, jaką miała, ale myśl ta utonęła w słodyczy, rozlewającej się w przestrzeni jej umysłu tak jak czekoladowa polewa na paterze z truflami... Tak jak niezdrowa bladość rozlewała się na jej policzkach, choć minę wciąż miała nieprzeniknioną.
Lorraine cechował szczególny rodzaj powściągliwości, ascetyzmu nieomal, kiedy tłumiła całkowicie jedną potrzebę, aby folgować drugiej. Odmawiając sobie jedzenia, zyskiwała ułudę kontroli nad ciałem, którego kontrolować nie potrafiła. Nie bez powodu używała perfum o zapachu palonego cukru, roztaczając wokół siebie zapach słodyczy, które nie przeszłyby jej przez gardło. Nie czuła już nawet mdłości na widok przyozdobionej słodkościami patery. Anthony zawsze wiele mówił o kontroli, ale czy wiedział, co to znaczy, poskromić głód? Głód sukcesu, głód ambicji, głód, który drąży cię środka tak długo, że w końcu przestajesz czuć ssanie w żołądku, bo jest tam tylko ból – tępy, rozlewający się w brzuchu ból, powoli ogarniający całe twoje ciało – ból, kiedy kulisz się, drżąc z zimna mimo kilku warstw ubrań?
W oczach Anthony'ego także widziała niekiedy ów znajomy głód, ale głód, który nękał Lorraine był starszy, bardziej pierwotny. Głód był niczym puls, niczym oddech – głód utrzymywał ją przy życiu. To nie była czysto fizyczna potrzeba, choć znajdowała odzwierciedlenie w tym jaka była chuda, przeraźliwie chuda – byłam jeszcze chudsza, myślała wciąż, z niezadowoleniem odsuwając się od lustra – kości rysowały się karykaturalnie pod skórą z alabastru, odstając pod ordynarnie ostrym kątem, osobliwa, trupia elegancja zaklęta w tych hardych liniach, w szczupłych palcach, które zwykły rozpaczliwie zaciskać się na tym, co akurat miała pod ręką, nieważne, czy był to rodowy pierścień z emblematem Malfoyów, frędzelek przy obrąbku przydługiego mankietu czy zdobna rękojeść różdżki. Głód, jaki czuła, nie był potrzebą ciała, lecz duszy.
Z gracją zajęła wskazane miejsce, kręcąc przecząco głową w odpowiedzi na zadane pytanie.
Niektóre gambity należało przyjąć, aby zyskać przewagę, niektóre lepiej było odrzucić. Lorraine nie odpowiedziała. Nie odezwała się choćby słowem. Pozwoliła jednak, aby miękki kontrgambit uśmiechu rozpromienił jej twarz. Spojrzenie, jakie skupiła na stojącym przed nią Anthonym było czułe, nieskończenie czułe – patrzyła na niego tak, jak nie mogła patrzeć na wieczorku hazardowym, w otoczeniu tych wszystkich ludzi, przed którymi nie chcieli zdradzać głębi łączącej ich relacji, w obawie przed wypaczeniem tego, co dla obojga było niewinne i czyste – patrzyła na niego tak, jak gdyby uczyła się go na pamięć. Troskliwie omiotła wzrokiem twarz mężczyzny, szukając śladów nieprzespanych nocy na dnie szarych oczu, ślizgając się po zarysowanych nieco ostrzej niż zwykle kościach policzkowych... Czekając.
Lorraine była głodna – głodna Anthony'ego.
Słodkości piętrzyły się na eleganckich talerzach, a gustownie podane przekąski przytłaczały ją konfekcyjnym czarem. Wypieki pokrywał lukier, wstrętny i lepki – wstrętnie lepiący się do palców – wrażenie lepkości nawet w wymiarze wyobraźni przejmowało Lorraine wstrętem. Wyobraziła sobie, jak gładka, cukrowa glazura topi się pod jej dotykiem, jak staje się na powrót słodka i lejąca, zmuszając ją do oblizania palców, warg – jak ścieka w dół jej przegubu niczym krew z przeciętego nadgarstka – jak plami jej sukienkę, tylko nie sukienka, pomyślała, to najlepsza, jaką miała, ale myśl ta utonęła w słodyczy, rozlewającej się w przestrzeni jej umysłu tak jak czekoladowa polewa na paterze z truflami... Tak jak niezdrowa bladość rozlewała się na jej policzkach, choć minę wciąż miała nieprzeniknioną.
Lorraine cechował szczególny rodzaj powściągliwości, ascetyzmu nieomal, kiedy tłumiła całkowicie jedną potrzebę, aby folgować drugiej. Odmawiając sobie jedzenia, zyskiwała ułudę kontroli nad ciałem, którego kontrolować nie potrafiła. Nie bez powodu używała perfum o zapachu palonego cukru, roztaczając wokół siebie zapach słodyczy, które nie przeszłyby jej przez gardło. Nie czuła już nawet mdłości na widok przyozdobionej słodkościami patery. Anthony zawsze wiele mówił o kontroli, ale czy wiedział, co to znaczy, poskromić głód? Głód sukcesu, głód ambicji, głód, który drąży cię środka tak długo, że w końcu przestajesz czuć ssanie w żołądku, bo jest tam tylko ból – tępy, rozlewający się w brzuchu ból, powoli ogarniający całe twoje ciało – ból, kiedy kulisz się, drżąc z zimna mimo kilku warstw ubrań?
W oczach Anthony'ego także widziała niekiedy ów znajomy głód, ale głód, który nękał Lorraine był starszy, bardziej pierwotny. Głód był niczym puls, niczym oddech – głód utrzymywał ją przy życiu. To nie była czysto fizyczna potrzeba, choć znajdowała odzwierciedlenie w tym jaka była chuda, przeraźliwie chuda – byłam jeszcze chudsza, myślała wciąż, z niezadowoleniem odsuwając się od lustra – kości rysowały się karykaturalnie pod skórą z alabastru, odstając pod ordynarnie ostrym kątem, osobliwa, trupia elegancja zaklęta w tych hardych liniach, w szczupłych palcach, które zwykły rozpaczliwie zaciskać się na tym, co akurat miała pod ręką, nieważne, czy był to rodowy pierścień z emblematem Malfoyów, frędzelek przy obrąbku przydługiego mankietu czy zdobna rękojeść różdżki. Głód, jaki czuła, nie był potrzebą ciała, lecz duszy.
Z gracją zajęła wskazane miejsce, kręcąc przecząco głową w odpowiedzi na zadane pytanie.
Niektóre gambity należało przyjąć, aby zyskać przewagę, niektóre lepiej było odrzucić. Lorraine nie odpowiedziała. Nie odezwała się choćby słowem. Pozwoliła jednak, aby miękki kontrgambit uśmiechu rozpromienił jej twarz. Spojrzenie, jakie skupiła na stojącym przed nią Anthonym było czułe, nieskończenie czułe – patrzyła na niego tak, jak nie mogła patrzeć na wieczorku hazardowym, w otoczeniu tych wszystkich ludzi, przed którymi nie chcieli zdradzać głębi łączącej ich relacji, w obawie przed wypaczeniem tego, co dla obojga było niewinne i czyste – patrzyła na niego tak, jak gdyby uczyła się go na pamięć. Troskliwie omiotła wzrokiem twarz mężczyzny, szukając śladów nieprzespanych nocy na dnie szarych oczu, ślizgając się po zarysowanych nieco ostrzej niż zwykle kościach policzkowych... Czekając.
Lorraine była głodna – głodna Anthony'ego.