18.12.2024, 20:11 ✶
– O... obiecanki cacanki, żeby zostać duchem trzeba mieć kurwa jakiś charakter, a nie być miękką pałą znęcającą się nad złamaną duszą kutasie. Myślisz, że Cię zabije? Twoje niedoczekanie. Sama musiałam obiecywać, zarzekać się na wszystkie świętości obsrane, że nie wsadzę sobie ołówka w aortę, więc będziesz się męczył z tym pojebanym światem tak jak ja.
Moody nie była wściekła tak na prawdę.
Była po prostu lustrem. Łagodność odbijała łagodnością. Jak wtedy gdy siedziała z Bertiem i testowała z zamkniętymi oczyma jego fasolki, śmiejąc się i dokazując z urokiem godnym jedenastolatki, która pierwszy raz pojechała do Hogwartu. Gdy była z Basiliusem siedziała przygarbiona w kawiarni z czerstwymi bułkami i zimną kawą i pomstowała na "klientów" przy czym dla jednego to byli pacjenci, dla innego aresztowani. Gdy była z Chrisem, kładła się na stole i w dążeniu do perfekcji kierowała każdy ruch ołówkiem. Gdy była z Peregrinusem, jej dusza stawała się rzewna i ckliwa, a cały ból osieroconego dziecka powracał w papierowej skórze i podkrążonych oczach. Gdy była z Brenną była odważna i pewna siebie, była kobietą czynu. Gdy była z Alastorem, kochała jakby świata miało nie być następnego dnia i bała się w czujności, że może go stracić. Gdy była z Louvianem... toczyła się krew przy akompaniamencie prymitywnych, upajających duszę bębnów wzmagających niepochamowany chaos, stworzenie świata, czy jego unicestwienie, niekończący się chaos.
Gdy była z Baldwinem...
...była po prostu popierdolona.
I było w tym coś twórczego, w tej destrukcji, dekonstrukcji świata, było w tym coś co pomagało jej malować, uwalniać potencjał, ale i całą nienawiść do otaczającego świata, ze sobą i nim włącznie.
A skoro cierpiała, to chciała, żeby cierpiał i on.
Dlatego uniosła różdżkę, by rzucić zaklęcie. Nie. Rzucić urok, rozpoznał gest. Zamierzała rzeczywiście sięgnąć do magii zauroczeń, ale nie po to by w zakazanych rewirach nakazywać mu cokolwiek ponad to, aby jej długie, kruczoczarne splątane włosy stały się jasne jak gładkie, zawsze idealne pasma Eden. Aby jej oczy utraciły złoto słońca, na rzecz błękitu nieba.
Moody nie była wściekła tak na prawdę.
Była po prostu lustrem. Łagodność odbijała łagodnością. Jak wtedy gdy siedziała z Bertiem i testowała z zamkniętymi oczyma jego fasolki, śmiejąc się i dokazując z urokiem godnym jedenastolatki, która pierwszy raz pojechała do Hogwartu. Gdy była z Basiliusem siedziała przygarbiona w kawiarni z czerstwymi bułkami i zimną kawą i pomstowała na "klientów" przy czym dla jednego to byli pacjenci, dla innego aresztowani. Gdy była z Chrisem, kładła się na stole i w dążeniu do perfekcji kierowała każdy ruch ołówkiem. Gdy była z Peregrinusem, jej dusza stawała się rzewna i ckliwa, a cały ból osieroconego dziecka powracał w papierowej skórze i podkrążonych oczach. Gdy była z Brenną była odważna i pewna siebie, była kobietą czynu. Gdy była z Alastorem, kochała jakby świata miało nie być następnego dnia i bała się w czujności, że może go stracić. Gdy była z Louvianem... toczyła się krew przy akompaniamencie prymitywnych, upajających duszę bębnów wzmagających niepochamowany chaos, stworzenie świata, czy jego unicestwienie, niekończący się chaos.
Gdy była z Baldwinem...
...była po prostu popierdolona.
I było w tym coś twórczego, w tej destrukcji, dekonstrukcji świata, było w tym coś co pomagało jej malować, uwalniać potencjał, ale i całą nienawiść do otaczającego świata, ze sobą i nim włącznie.
A skoro cierpiała, to chciała, żeby cierpiał i on.
Dlatego uniosła różdżkę, by rzucić zaklęcie. Nie. Rzucić urok, rozpoznał gest. Zamierzała rzeczywiście sięgnąć do magii zauroczeń, ale nie po to by w zakazanych rewirach nakazywać mu cokolwiek ponad to, aby jej długie, kruczoczarne splątane włosy stały się jasne jak gładkie, zawsze idealne pasma Eden. Aby jej oczy utraciły złoto słońca, na rzecz błękitu nieba.
Zauroczenia II, iluzja zmiany wyglądu na taki który upodabnia ją do Calanthe
Rzut N 1d100 - 51
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 50
Slaby sukces...
Slaby sukces...