16.12.2024, 22:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.12.2024, 23:05 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Cóż. Co jak co, ale nie wymagał od Roselyn uśmiechu. Nie w tej sytuacji. Nie w momencie, w którym jemu również było bardzo daleko od tego, by jakiekolwiek próby uniesienia kącików ust tak, aby te sięgały wyżej, angażując oczy. Nie, cokolwiek robili, nie dało się tak po prostu odegnać tego wrażenia spadania. Zimna i lodu ogarniającego ciało, lodowatej zasłony spowijającej nie tylko myśli, ale także przytępiającej zmysły.
Gdyby nie ta wizyta i niemożność odwołania spotkania w dosłownie ostatniej chwili bez odpowiadania na pytania i wzbudzania podejrzeń, pewnie w dalszym ciągu snuliby się każde swoją drogą, odwlekając konieczność rozmowy. Bo i o czym mieli obecnie rozmawiać? I czy mieli angażować w to również Sama, skoro cała sytuacja dotyczyła nie tylko ich dwojga?
Tak, dwoje to było dużo. Troje - już tłum. Tym bardziej, że mimo dzielenia problemu na kilka osób, rozwiązania w dalszym ciągu nie cisnęły się do głowy Ambroisa, w której dominował raczej niepokój i ponure myśli. Odpowiedzi z pewnością miały nadejść, ale raczej nie dzisiejszego dnia.
Zresztą zdecydowanie wolałby uniknąć zagłębiania się w tę część wydarzeń w obecności przedstawiciela Ministerstwa, choć jednocześnie nie miał zielonego pojęcia, czego ten od nich chciał. Najchętniej pozostawiłby temat w rękach ojca, ale to nie wchodziło w grę. To była ich kwestia, ich obowiązek. Kolejny z wielu.
Lista coraz bardziej się piętrzyła, niedługo najpewniej nie mieli widzieć końca, bo Thomasowi z pewnością całkiem wygodnie było przewalać wszystko, co nieciekawe na kogoś innego, samemu prowadząc swoje innowacyjne badania.
Roise nie miał wątpliwości, że mieli sobie z tym poradzić, niezależnie od intencji wizytora, jednak konieczność zapewnienia Longbottoma o tym, że było im przykro z powodu nieobecności ojca z pewnością nie przeszłaby mu przez usta tak gładko jak to planowała zrobić jego siostra.
Nie uprzedzając jednak faktów, w chwili, w której ich rozmówca wypowiedział swoje pierwsze słowa, starszy Greengrass powoli skinął głową, dając do zrozumienia, że byli gotowi na dialog. Próbował nie okazywać przy tym znużenia informacjami o przebiegu wizyty. Spodziewał się, że wizyta urzędnika miała wiązać się z formalnościami, jednak nie sądził, iż miał to być aż tak szczegółowy proces, tym bardziej ślepy - przynajmniej na początku. Konieczność odpowiadania na pytania bez znajomości celu nie brzmiała jak coś, co chciał robić.
Ale czego mogliby oczekiwać od Ministerstwa, prawda? To nie był koncert życzeń a zażalenia mogli zostawić na inną okazję, skoro już zgodzili się na tę farsę.
Ambroise był tak daleki od szanowania Ministerstwa Magii jak tylko mógł być. Zresztą był także całkowicie świadomy, że wbrew zaręczynom z pracownikiem tegoż kurwidołka, jego siostra również nie pałała szacunkiem do instytucji, z której ramienia pojawił się u nich Longbottom. Mimo to, nie miał zamiaru wychylać się ze swoją awersją, przynajmniej nie od razu, bo cholera wiedziała, co miały przynieść kolejne minuty.
Tak. Ta cholera wchodziła do ich domu jak do siebie, stawiając kolejne kroki w głąb korytarza.
- Rozumiem, dziękuję za wyjaśnienie. Czasami sytuacje wymagają szybkich działań, a ta sprawa zdecydowanie brzmiała nagląco, toteż zarówno ja jak i Roselyn także cieszymy się, że mogliśmy zorganizować to spotkanie w tak krótkim czasie - odpowiedział spokojnie, starając się nie zdradzić zbyt wielu emocji. - Mam nadzieję, że nasze odpowiedzi będą dla pana pomocne - na chwilę przerwał, pozwalając Morpheusowi na swobodne wejście do wnętrza.
Spokojnym gestem wskazał kierunek za Roselyn, która miała zaprowadzić ich do salonu, gdzie już czekał na nich stół z herbatą i drobnymi przekąskami, jednocześnie rzucając spojrzenie w kierunku skrzatki.
Jego twarz była neutralna, dokładnie tak samo jak cała postawa. Mina nie zdradzała ani ekscytacji, ani zniecierpliwienia. W żadnym razie nie cieszył się z tego, że na spółkę z siostrą mógł spełnić rolę gospodarza, jednak mimo że nie był to dla niego typowy dzień, zdecydowanie nie zamierzał tego okazywać.
Trzymał się z tyłu nawet w momencie, w którym weszli do pomieszczenia. Zachowywał powściągliwość w gestach, nie pozwalając sobie na zbyt duże rozluźnienie ani na przesadne spoufalanie się z Longbottomem.
Mimo tej całej szopki z wystrojem ławy i przyjmowaniem gościa w iście królewski sposób, Ambroise chciał, aby rozmówca wiedział, że mimo jego uprzejmości istniały granice, których nie należało przekraczać. Tym bardziej, że pomimo krótkiego wyjaśnienia, jakie padło ze strony Longbottoma (a może wręcz przez wzgląd na nie) w jego głowie w dalszym ciągu kłębiły się myśli sprowadzające się do jednego prostego pytania: czy Morpheus był naprawdę zainteresowany szczerym wywiadem, czy może miał inne, mniej oczywiste intencje?
Nie ufał Ministerstwu, być może teraz tego nie pokazywał, uciekając się nawet do słów o szanowanej instytucji, jednak ta sytuacja zdecydowanie nie sprzyjała budowaniu tego zaufania. Nie, gdy powód wizyty w dalszym ciągu pozostawał tajemnicą a wpierw miały pojawić się pytania. Te, które mimowolnie sam przyspieszył, nakierowując rozmowę z powrotem na cel.
Co prawda wpierw zasiadając w swoim miejscu, gdy pozostali również zajęli miejsca (jeśli tego nie zrobili, on także nie usiadł), pozwalając reszcie towarzystwa rozsiąść się wygodnie przy stoliku i skorzystać z możliwości nalania sobie napoju czy wzięcia czegoś więcej z poczęstunku, jednak nie zamierzając jakoś specjalnie się rozdrabniać.
Odezwał się w pierwszej chwili, która na to pozwalała. Mogli zachować kulturę bez konieczności spędzania tu całego dnia. Nie musieli rozmawiać o pogodzie, prawda? Wszyscy widzieli, że była pod psem.
- Proszę pytać, gdy będzie pan gotowy, postaramy się odpowiedzieć na wszystkie pytania, jakie się pojawią - stwierdził neutralnie, przelotnie zerkając w stronę okna, zatrzymując wzrok na zarysie Kniei rozciągającym się na horyzoncie, moment później przenosząc go na szklarnie i z powrotem na resztę towarzystwa.
Gdyby nie ta wizyta i niemożność odwołania spotkania w dosłownie ostatniej chwili bez odpowiadania na pytania i wzbudzania podejrzeń, pewnie w dalszym ciągu snuliby się każde swoją drogą, odwlekając konieczność rozmowy. Bo i o czym mieli obecnie rozmawiać? I czy mieli angażować w to również Sama, skoro cała sytuacja dotyczyła nie tylko ich dwojga?
Tak, dwoje to było dużo. Troje - już tłum. Tym bardziej, że mimo dzielenia problemu na kilka osób, rozwiązania w dalszym ciągu nie cisnęły się do głowy Ambroisa, w której dominował raczej niepokój i ponure myśli. Odpowiedzi z pewnością miały nadejść, ale raczej nie dzisiejszego dnia.
Zresztą zdecydowanie wolałby uniknąć zagłębiania się w tę część wydarzeń w obecności przedstawiciela Ministerstwa, choć jednocześnie nie miał zielonego pojęcia, czego ten od nich chciał. Najchętniej pozostawiłby temat w rękach ojca, ale to nie wchodziło w grę. To była ich kwestia, ich obowiązek. Kolejny z wielu.
Lista coraz bardziej się piętrzyła, niedługo najpewniej nie mieli widzieć końca, bo Thomasowi z pewnością całkiem wygodnie było przewalać wszystko, co nieciekawe na kogoś innego, samemu prowadząc swoje innowacyjne badania.
Roise nie miał wątpliwości, że mieli sobie z tym poradzić, niezależnie od intencji wizytora, jednak konieczność zapewnienia Longbottoma o tym, że było im przykro z powodu nieobecności ojca z pewnością nie przeszłaby mu przez usta tak gładko jak to planowała zrobić jego siostra.
Nie uprzedzając jednak faktów, w chwili, w której ich rozmówca wypowiedział swoje pierwsze słowa, starszy Greengrass powoli skinął głową, dając do zrozumienia, że byli gotowi na dialog. Próbował nie okazywać przy tym znużenia informacjami o przebiegu wizyty. Spodziewał się, że wizyta urzędnika miała wiązać się z formalnościami, jednak nie sądził, iż miał to być aż tak szczegółowy proces, tym bardziej ślepy - przynajmniej na początku. Konieczność odpowiadania na pytania bez znajomości celu nie brzmiała jak coś, co chciał robić.
Ale czego mogliby oczekiwać od Ministerstwa, prawda? To nie był koncert życzeń a zażalenia mogli zostawić na inną okazję, skoro już zgodzili się na tę farsę.
Ambroise był tak daleki od szanowania Ministerstwa Magii jak tylko mógł być. Zresztą był także całkowicie świadomy, że wbrew zaręczynom z pracownikiem tegoż kurwidołka, jego siostra również nie pałała szacunkiem do instytucji, z której ramienia pojawił się u nich Longbottom. Mimo to, nie miał zamiaru wychylać się ze swoją awersją, przynajmniej nie od razu, bo cholera wiedziała, co miały przynieść kolejne minuty.
Tak. Ta cholera wchodziła do ich domu jak do siebie, stawiając kolejne kroki w głąb korytarza.
- Rozumiem, dziękuję za wyjaśnienie. Czasami sytuacje wymagają szybkich działań, a ta sprawa zdecydowanie brzmiała nagląco, toteż zarówno ja jak i Roselyn także cieszymy się, że mogliśmy zorganizować to spotkanie w tak krótkim czasie - odpowiedział spokojnie, starając się nie zdradzić zbyt wielu emocji. - Mam nadzieję, że nasze odpowiedzi będą dla pana pomocne - na chwilę przerwał, pozwalając Morpheusowi na swobodne wejście do wnętrza.
Spokojnym gestem wskazał kierunek za Roselyn, która miała zaprowadzić ich do salonu, gdzie już czekał na nich stół z herbatą i drobnymi przekąskami, jednocześnie rzucając spojrzenie w kierunku skrzatki.
Jego twarz była neutralna, dokładnie tak samo jak cała postawa. Mina nie zdradzała ani ekscytacji, ani zniecierpliwienia. W żadnym razie nie cieszył się z tego, że na spółkę z siostrą mógł spełnić rolę gospodarza, jednak mimo że nie był to dla niego typowy dzień, zdecydowanie nie zamierzał tego okazywać.
Trzymał się z tyłu nawet w momencie, w którym weszli do pomieszczenia. Zachowywał powściągliwość w gestach, nie pozwalając sobie na zbyt duże rozluźnienie ani na przesadne spoufalanie się z Longbottomem.
Mimo tej całej szopki z wystrojem ławy i przyjmowaniem gościa w iście królewski sposób, Ambroise chciał, aby rozmówca wiedział, że mimo jego uprzejmości istniały granice, których nie należało przekraczać. Tym bardziej, że pomimo krótkiego wyjaśnienia, jakie padło ze strony Longbottoma (a może wręcz przez wzgląd na nie) w jego głowie w dalszym ciągu kłębiły się myśli sprowadzające się do jednego prostego pytania: czy Morpheus był naprawdę zainteresowany szczerym wywiadem, czy może miał inne, mniej oczywiste intencje?
Nie ufał Ministerstwu, być może teraz tego nie pokazywał, uciekając się nawet do słów o szanowanej instytucji, jednak ta sytuacja zdecydowanie nie sprzyjała budowaniu tego zaufania. Nie, gdy powód wizyty w dalszym ciągu pozostawał tajemnicą a wpierw miały pojawić się pytania. Te, które mimowolnie sam przyspieszył, nakierowując rozmowę z powrotem na cel.
Co prawda wpierw zasiadając w swoim miejscu, gdy pozostali również zajęli miejsca (jeśli tego nie zrobili, on także nie usiadł), pozwalając reszcie towarzystwa rozsiąść się wygodnie przy stoliku i skorzystać z możliwości nalania sobie napoju czy wzięcia czegoś więcej z poczęstunku, jednak nie zamierzając jakoś specjalnie się rozdrabniać.
Odezwał się w pierwszej chwili, która na to pozwalała. Mogli zachować kulturę bez konieczności spędzania tu całego dnia. Nie musieli rozmawiać o pogodzie, prawda? Wszyscy widzieli, że była pod psem.
- Proszę pytać, gdy będzie pan gotowy, postaramy się odpowiedzieć na wszystkie pytania, jakie się pojawią - stwierdził neutralnie, przelotnie zerkając w stronę okna, zatrzymując wzrok na zarysie Kniei rozciągającym się na horyzoncie, moment później przenosząc go na szklarnie i z powrotem na resztę towarzystwa.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down