16.12.2024, 03:05 ✶
Ulysses zmarszczył brwi, chyba nie do końca już sam wiedział czy bardziej był poirytowany na Lyssę bo w jego oczach ta zdecydowała się na zmuszenie go do wzięcia udziału w konkursie karaoke czy też dlatego, że teraz próbowała zrzucić na niego całą odpowiedzialność za całą zaistniałą sytuację. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Jak mogła w ogóle sugerować, że bawiłby się dobrze robiąc z siebie durnia na konkursie karaoke? I jeszcze z… Ashley.
- Gdybym chciał by ona uwieszała się na moim ramieniu to ją zaprosiłbym na randkę – zauważył cicho, pośrednio wskazując która z towarzyszących my kobiet mogłaby to zrobić, a w jego zazwyczaj bezosobowym tonie głosu pojawiły się dalekie echa irytacji. Na jego nieszczęście blondynka, wraz z ogonem w postaci własnego brata, pojawiła się na randce zupełnie bez zaproszenia.
Westchnął pod nosem, gdy Lyssa odskoczyła od niego. Obserwował jak ustawiała piłeczkę i zamierzała się do uderzenia. Mimowolnie zacisnął kciuki, gorąco kibicując jej by zdołała przebić rzut Ashley.
- Szlag by to... – wymamrotał pod nosem, gdy piłeczka nie tylko nie poleciała w stronę dołka, ale jeszcze zniknęła w stawie.
Ulysses był więcej niż pewien, że Mulciber zrobiła to specjalnie. Naprawdę gotowa była przegrać, byle tylko on musiał zawodzić na konkursie śpiewania razem z Ashley. W chwili, w której blondynka znowu skupiła na nim swoją uwagę, patrzył wprost na Lyssę. A w jego oczach malowało się szczere rozczarowanie. Za co aż tak próbowała go ukarać?
Otworzył nawet usta by po raz kolejny powiedzieć na głos, że naprawdę potrafiła ładnie śpiewać – może nawet dużo ładniej od Ashley, ale mniej więcej w tym samym momencie słowa zamarły mu na końcu języka a on sam tylko patrzył jak Lyssa wepchnęła przeciwniczkę do wody.
- Szlag by to… - powtórzył skonsternowany.
Ruchy miał mozolne i powolne, jakby sam nie wiedział, czy naprawdę chciał się wikłać w całą tę sytuację jeszcze bardziej niż już był uwikłany. Bo jedna część natury Ulyssesa, ta całkiem – zwyczajna – najchętniej złapałaby Lyssę za ramię i pociągnęła ze sobą w stronę wyjścia, byle tylko – korzystając z nadarzającej się niespodziewanie dla niego, ale sprokurowanej przez nią sytuacji – uciec. Druga, nadal całkiem zwyczajna, ale osadzona w życiu zawodowym, zmuszała go do podjęcia całkiem innych kroków.
- W życiu nie spotkałem tak dziecinnej osoby jak ty – syknął w stronę Lyssy. Była uparta i nieznośna. I nawet to, że chwilami dawał się oczarować jej ładnej buzi i bystremu umysłowi, nie poprawiało w tym momencie jej ogólnej oceny.
Zirytowany do niemożliwości rzucił się w stronę stawu by wyciągnąć z niego topiącą się i szarpiącą Ashley.
- Ona… ona próbowała mnie utopić! – zawodziła blondynka.
W innej chwili, Ulysses byłby się nawet gotów zgodzić, ale teraz jego własna irytacja przyćmiewała mu spokojny osąd. Bo prawda, w jego oczach wyglądała tak, że i owszem, Lyssa wepchnęła Ashley do wody, ale Ashley solennie sobie na to wepchnięcie zapracowała.
- Przestań wreszcie ciągle mówić o sobie. Zrobię ci krzywdę lub zatrudnię kogoś, żeby cię skrzywdził. Jeśli jeszcze raz usłyszę z twoich ust ja, mnie, mój i moje – rzucił cicho, łapiąc jasnowłosą za ramiona. – Gdybyś jej nie prowokowała, to wszystko… - pokręcił głową. Z irytacji brakowało mu słów. – To był cholerny wypadek. Zniszczyliście moją randkę. Jestem brudny i mokry. – I wściekły. I wyglądam jak idiota. – I wcale nie lubię śpiewać – kończąc ostatnie zdanie, podniósł się z ziemi a potem ruszył przez pole golfowe w stronę wyjścia.
- Gdybym chciał by ona uwieszała się na moim ramieniu to ją zaprosiłbym na randkę – zauważył cicho, pośrednio wskazując która z towarzyszących my kobiet mogłaby to zrobić, a w jego zazwyczaj bezosobowym tonie głosu pojawiły się dalekie echa irytacji. Na jego nieszczęście blondynka, wraz z ogonem w postaci własnego brata, pojawiła się na randce zupełnie bez zaproszenia.
Westchnął pod nosem, gdy Lyssa odskoczyła od niego. Obserwował jak ustawiała piłeczkę i zamierzała się do uderzenia. Mimowolnie zacisnął kciuki, gorąco kibicując jej by zdołała przebić rzut Ashley.
- Szlag by to... – wymamrotał pod nosem, gdy piłeczka nie tylko nie poleciała w stronę dołka, ale jeszcze zniknęła w stawie.
Ulysses był więcej niż pewien, że Mulciber zrobiła to specjalnie. Naprawdę gotowa była przegrać, byle tylko on musiał zawodzić na konkursie śpiewania razem z Ashley. W chwili, w której blondynka znowu skupiła na nim swoją uwagę, patrzył wprost na Lyssę. A w jego oczach malowało się szczere rozczarowanie. Za co aż tak próbowała go ukarać?
Otworzył nawet usta by po raz kolejny powiedzieć na głos, że naprawdę potrafiła ładnie śpiewać – może nawet dużo ładniej od Ashley, ale mniej więcej w tym samym momencie słowa zamarły mu na końcu języka a on sam tylko patrzył jak Lyssa wepchnęła przeciwniczkę do wody.
- Szlag by to… - powtórzył skonsternowany.
Ruchy miał mozolne i powolne, jakby sam nie wiedział, czy naprawdę chciał się wikłać w całą tę sytuację jeszcze bardziej niż już był uwikłany. Bo jedna część natury Ulyssesa, ta całkiem – zwyczajna – najchętniej złapałaby Lyssę za ramię i pociągnęła ze sobą w stronę wyjścia, byle tylko – korzystając z nadarzającej się niespodziewanie dla niego, ale sprokurowanej przez nią sytuacji – uciec. Druga, nadal całkiem zwyczajna, ale osadzona w życiu zawodowym, zmuszała go do podjęcia całkiem innych kroków.
- W życiu nie spotkałem tak dziecinnej osoby jak ty – syknął w stronę Lyssy. Była uparta i nieznośna. I nawet to, że chwilami dawał się oczarować jej ładnej buzi i bystremu umysłowi, nie poprawiało w tym momencie jej ogólnej oceny.
Zirytowany do niemożliwości rzucił się w stronę stawu by wyciągnąć z niego topiącą się i szarpiącą Ashley.
- Ona… ona próbowała mnie utopić! – zawodziła blondynka.
W innej chwili, Ulysses byłby się nawet gotów zgodzić, ale teraz jego własna irytacja przyćmiewała mu spokojny osąd. Bo prawda, w jego oczach wyglądała tak, że i owszem, Lyssa wepchnęła Ashley do wody, ale Ashley solennie sobie na to wepchnięcie zapracowała.
- Przestań wreszcie ciągle mówić o sobie. Zrobię ci krzywdę lub zatrudnię kogoś, żeby cię skrzywdził. Jeśli jeszcze raz usłyszę z twoich ust ja, mnie, mój i moje – rzucił cicho, łapiąc jasnowłosą za ramiona. – Gdybyś jej nie prowokowała, to wszystko… - pokręcił głową. Z irytacji brakowało mu słów. – To był cholerny wypadek. Zniszczyliście moją randkę. Jestem brudny i mokry. – I wściekły. I wyglądam jak idiota. – I wcale nie lubię śpiewać – kończąc ostatnie zdanie, podniósł się z ziemi a potem ruszył przez pole golfowe w stronę wyjścia.