Louvain, mimo upływu tych wszystkich lat, dalej był w gorącej wodzie kąpany. Stanley mógł zaś niefortunnie dobrać do tego wszystkiego słowa. Nie chciał przecież skrzywdzić swojego przyjaciela. Ot, takie porównanie mu się rzuciło z tego wszystkiego. Nie był w tym za grosz złości czy nienawiści kierowanej do Lestrange'a lub jego siostry. Nic z tych rzeczy.
- Nie, nie. Spokojnie - studził zapał Louvaina - Źle to ująłem, więc przepraszam. Nie będę poruszał już tego tematu w Twoim otoczeniu - zapewnił - Nie każdy wie o naszym powiązaniu i nie każdy się o tym dowie. Nie jest to rzecz, którą się głosi na lewo i prawo. Uważam jednak, że kto jak kto, ale Ty... dobrze było, abyś to wiedział - uśmiechnął się pogodnie w kierunku swojego rozmówcy. Z perspektywy Borgina była to po prostu rozmowa. Ot, zwykła, przyjacielska. Może z odrobiną szpileczek wbijanych w jedną czy drugą stronę. Tylko czy właśnie nie na tym polegało to ich całe jestestwo? To samo, które trzymało się od tylu lat?
Lestrange niestety, powoli zaślepiał się władzą. Zapominał o jednej, prostej zasadzie - nie gryzło się ręki, która Cię karmiła. Tutaj nie dosłownie ale w pewnej przenośni. W końcu to oni go wybrali na następce Chestera i jeżeli zajdzie taka potrzeba to oni... też go z tej funkcji ściągną. Z Rookwoodem było dokładnie to samo - został ściągnięty za swoje działania, czyny i brak szacunku do innych Śmierciożerców. Tych samych, którzy narażali swoje życie dla Chestera. Takie były fakty i nikt nie mógł tego zaprzeczyć.
Stanley jednak nie życzył źle przyjacielowi, ale mógł trochę więcej od niego oczekiwać. Chciał od niego więcej oczekiwać. Odrobiny więcej szacunku, a nie tego... co działo się właśnie teraz. Bo w braterstwie nie było - to Twoja sprawka. Crawleyowie to Wasze brudy. W braterstwie było by, że to wspólny problem, który trzeba jakoś rozwiązać, a Louvain, ubierając to odpowiednio w słowa, mógł sobie zyskać jeszcze większą przychylność Borgina. Niestety, wyszło inaczej.
Tematu Rosie nie skomentował więcej, wszak nie było najmniejszego sensu. Nie mieli możliwości dogadać się na tym szczeblu, ponieważ inaczej patrzyli na pewne sprawy. Skoro Lestrange uważał, że ma "prawo" do McKinnon. Kim był Stanley, aby go z tego błędu wyprowadzać? Jak to się mawia - jak się przewrócisz to się nauczysz. Tego właśnie zamierzał się trzymać Borgin. Nie szło go do tego przekonać, cóż... kiedyś pewnie przyjdzie mu zapłacić za to najwyższą cenę, ale to nie jego przyjaciel będzie rozjemcą czy sędzią w sprawie.
- Powiedz tylko kiedy chcesz, a lokal będzie gotowy. Zabezpieczony i bez zbędnych gapiów. Bez żadnych gapiów - tylko zaufani ludzie - zapewnił, biorąc łyka własnego piwa - Zresztą nie tylko tutaj możemy zorganizować miejsce na jakieś spotkania. Inne miejsca też wchodzą w grę i tylko należy je przygotować, a właścicieli przekonać do współpracy... albo pożyczyć od nich lokal? - zasugerował, wzruszając ramionami. To co byłoby mu potrzebne, to by zorganizowali. Nie mieli przecież dwóch lewych rąk i nie jedno zrobili, aby dalej móc szczycić się chodzeniem pośród żywych.
Lestrange dopił swoje piwo i nawet nie miał, aż takiego grymasu nie zawodolenia. Ta czerwona poświata, przypominająca bardziej rozgrzany czajnik, zniknęła z jego twarzy. Wyluzował trochę.
- Idzie się przyzwyczaić - dodał, wykonując gest salutowania w powietrzu podczas gdy tamten wychodził - Trzymaj się zdrów - rzucił jeszcze, biorąc pierwszy, lepszy dokument z brzegu do przejrzenia. Trzymaj się zdrów, bo co jak co... ale zdrowie to Ci się przyda...
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972