14.12.2024, 13:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2025, 23:25 przez Lorraine Malfoy.)
Nie o to chodzi, by złapać zajączka, ale by gonić go, głosiło stare porzekadło, które nie przewidywało jednak sytuacji, kiedy uciekający zajączek wpada do norki wykopanej własnymi, zajęczymi łapkami. Gdyby tym zajączkiem nie był Stanley, tylko ktoś inny, Lorraine rzeczywiście zastawiłaby wnyki, zwlekałaby z działaniem, dopóki nie byłaby pewna, że zajączek wpadł w jej sidła... Ale znów, dlaczego Lorraine miałaby chcieć skrzywdzić zajączka? Zajączka, z pyszczkiem równie rozkosznym, co upiornym? Z jego wielkimi, wiedzącymi oczami, które były świadkami wydarzeń, o jakich nie śniło się nikomu poza drzewami? Zajączek zagubił się pośród drzew – z ich pniami pokrytymi korą, spod której prześwitywały słoje pamięci – zabłądził w lesie, a na jego nieszczęście, tym lasem była Knieja Godryka.
– Świętowałeś? Co takiego świętowałeś? – zapytała Lorraine z nieukrywaną ciekawością w głosie. – Że niszczono Knieję? Że ludzie dookoła... – Delikatnie odsunęła na bok kocicę, która próbowała zwrócić na siebie jej uwagę, wpakowując ogon prosto w twarz półwili. – ...umierali?
Flądra, wyposażona w dziewięć kocich żyć, niewiele robiła sobie z dyskusji na temat życia i śmierci. Nic nie obchodziło ją, co wydarzyło się w Kniei Godryka, co miało miejsce na Polanie Ognisk, co stało się w trakcie Beltane. Pod nieobecność Stanleya, zdążyła przeskoczyć z jego fotela prosto na stół – nieco urażona, że ten, który jeszcze przed chwilą z wielkim oddaniem drapał ją za uszami, porzucił swoje obowiązki względem jej puszystego, kociego majestatu – na stół, gdzie, bezskutecznie, próbowała zachęcić Lorraine, aby wznowiła pieszczoty, należne Flądrze z racji bycia... Flądrą. Na szczęście – kilka zrzuconych kocimi łapkami książeczek z krzyżówkami poźniej – Stanley powrócił na swój posterunek. Zamiast jednak zająć się głaskaniem Flądry, zajął się tasowaniem dziwnych kolorowych kartoników. Z cichym miauknięciem, podstawiła łepek pod rękę mężczyzny, dopraszając się uwagi.
Tymczasem, nie czekając na odpowiedź, Lorraine po prostu wzruszyła ramionami.
– Spokojnie, Stanley, nie będę cię przecież osądzać – stwierdziła, z wzrokiem utkwionym w karty. Wyraz głębokiego skupienia zagościł na twarzy Lorraine, która nie chciała dać po sobie poznać, że jej myśli krążą wokół rzeczy kompletnie niezwiązanych z grą w pokera. – Jak mogłabym cię osądzać, kiedy sama żyję ze śmierci? – Wreszcie podniosła na niego oczy, wierząc, że dała mu wystarczająco dużo czasu, aby mógł opanować wszystkie targające nim emocje. – Nie ma stabilniejszego zatrudnienia niż śmierć. Śmierć ma cenę, Stanley, a mój zakład pogrzebowy pobiera od tej ceny prowizję. Necronomicon prosperuje odkąd zaczęła się wojna. Nie mogłabym powiedzieć, że raduję się z tego powodu. Że świętuję. Ale czasem – westchnęła – czasem rzeczywiście oddycha mi się łatwiej, kiedy wiem, że jutro odbędzie się kolejny pogrzeb. – Nie mogłaby powiedzieć, że kłamie, ale prawdy też nie mówiła. Nie chciała eskalować niepotrzebnie napięcia, nie chciała widzieć, jak zmienia się twarz sprowokowanego Stanleya, nie chciała przecież go pognębić, tylko dowiedzieć się... Nawet nie tego "kto dostarczył na jego temat pewne informacje przełożonym", jak prosił Robert Mulciber w liście. Nie, Lorraine nie myślała o liście, który wciąż spoczywał na biurku między nimi. Myślała o tym, jaki wpływ sytuacja Stanleya będzie miała na ich wspólną przyszłość.
– Ale oddychałoby mi się jeszcze łatwiej, gdybyś powiedział mi, jakie to informacje dostarczono na twój temat przełożonym, że teraz cię szukają, i jaki ma to niby związek z tym przeklętym Beltane... O co gramy, Stanley?
– Świętowałeś? Co takiego świętowałeś? – zapytała Lorraine z nieukrywaną ciekawością w głosie. – Że niszczono Knieję? Że ludzie dookoła... – Delikatnie odsunęła na bok kocicę, która próbowała zwrócić na siebie jej uwagę, wpakowując ogon prosto w twarz półwili. – ...umierali?
Flądra, wyposażona w dziewięć kocich żyć, niewiele robiła sobie z dyskusji na temat życia i śmierci. Nic nie obchodziło ją, co wydarzyło się w Kniei Godryka, co miało miejsce na Polanie Ognisk, co stało się w trakcie Beltane. Pod nieobecność Stanleya, zdążyła przeskoczyć z jego fotela prosto na stół – nieco urażona, że ten, który jeszcze przed chwilą z wielkim oddaniem drapał ją za uszami, porzucił swoje obowiązki względem jej puszystego, kociego majestatu – na stół, gdzie, bezskutecznie, próbowała zachęcić Lorraine, aby wznowiła pieszczoty, należne Flądrze z racji bycia... Flądrą. Na szczęście – kilka zrzuconych kocimi łapkami książeczek z krzyżówkami poźniej – Stanley powrócił na swój posterunek. Zamiast jednak zająć się głaskaniem Flądry, zajął się tasowaniem dziwnych kolorowych kartoników. Z cichym miauknięciem, podstawiła łepek pod rękę mężczyzny, dopraszając się uwagi.
Tymczasem, nie czekając na odpowiedź, Lorraine po prostu wzruszyła ramionami.
– Spokojnie, Stanley, nie będę cię przecież osądzać – stwierdziła, z wzrokiem utkwionym w karty. Wyraz głębokiego skupienia zagościł na twarzy Lorraine, która nie chciała dać po sobie poznać, że jej myśli krążą wokół rzeczy kompletnie niezwiązanych z grą w pokera. – Jak mogłabym cię osądzać, kiedy sama żyję ze śmierci? – Wreszcie podniosła na niego oczy, wierząc, że dała mu wystarczająco dużo czasu, aby mógł opanować wszystkie targające nim emocje. – Nie ma stabilniejszego zatrudnienia niż śmierć. Śmierć ma cenę, Stanley, a mój zakład pogrzebowy pobiera od tej ceny prowizję. Necronomicon prosperuje odkąd zaczęła się wojna. Nie mogłabym powiedzieć, że raduję się z tego powodu. Że świętuję. Ale czasem – westchnęła – czasem rzeczywiście oddycha mi się łatwiej, kiedy wiem, że jutro odbędzie się kolejny pogrzeb. – Nie mogłaby powiedzieć, że kłamie, ale prawdy też nie mówiła. Nie chciała eskalować niepotrzebnie napięcia, nie chciała widzieć, jak zmienia się twarz sprowokowanego Stanleya, nie chciała przecież go pognębić, tylko dowiedzieć się... Nawet nie tego "kto dostarczył na jego temat pewne informacje przełożonym", jak prosił Robert Mulciber w liście. Nie, Lorraine nie myślała o liście, który wciąż spoczywał na biurku między nimi. Myślała o tym, jaki wpływ sytuacja Stanleya będzie miała na ich wspólną przyszłość.
– Ale oddychałoby mi się jeszcze łatwiej, gdybyś powiedział mi, jakie to informacje dostarczono na twój temat przełożonym, że teraz cię szukają, i jaki ma to niby związek z tym przeklętym Beltane... O co gramy, Stanley?