12.12.2024, 11:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.12.2024, 11:47 przez Lorien Mulciber.)
Może gdyby oboje zrozumieli, że gdy jedno lubiło wiedzieć rzeczy, a inne oczekiwało, że ktoś się domyśli tego wszystkiego, ich komunikacja byłaby łatwiejsza. Ale kiedy jedno milczało, a drugie nie potrafiło zadać odpowiednich pytań - zdawali się być pomimo upływu lat równie zagubieni co w Jordanii. Lorien chowała się za zasłoną ciszy, metafor i niedopowiedzeń, a Anthony nigdy nie zdobył się na odwagę odsunąć woalu.
Cała historia tkwiła ukryta w starych cygańskich baśniach z książki głęboko ukrytej w jednej ze skrzyń, wepchniętej w kąt sypialni; w pierścieniach zwykle zdobiących jej palce; złotym naszyjniku z przywieszką wagi, który zdawał się znikać i pojawiać w życiu czarownicy.
Sztuką nie było posiadanie Lorien Mulciber w swojej kolekcji. Wbrew pozorom wkupienie się w jej łaski należało do najprostszych z zadań. Otaczała się pięknymi przedmiotami i lubiła ludzi, którzy mogli jej to ofiarować.
Sztuką było zrozumienie, dlaczego posiadanie Lorien Mulciber w swojej kolekcji zakrawa o masochizm. Kobieta, która opanowała sztukę umierania do tego stopnia, że zdawała się być z każdym uciekającym dniem coraz piękniejsza. Choroba obdzierała ją z ludzkich słabości, czyniąc bardziej eteryczną niż kiedykolwiek wcześniej, Anthony mógł tylko obserwować ten proces i przeklinać swoją własną dumę, a potem…? Tęsknić. Próbować zapomnieć.
Spoważniała, gdy ją objął, ale nie cofnęła się przed niespodziewaną pieszczotą. Taką, na którą z reguły nie pozwalała nikomu. Nie łaknęła dotyku, bo ten wiązał się z bolesnym przywiązaniem. Prawo do dotyku było zarezerwowane dla tych, którzy nie bali się sparzyć.
Dlatego każdy jej kolejny ruch wydawał się bardziej zbliżony do ptasiego niż ludzkiego. Zupełnie jakby to ta część duszy pozwalała sobie na moment mentalnego odpoczynku, cieszyła się znanym, niesprawiającym bólu dotykiem. Gdy przymknęła na moment powieki, westchnęła bezgłośnie. Nie poruszyła się jeszcze, jak gdyby łaskawie pozwoliła tej jednej chwili trwać.Dla siebie? Dla niego?
Nie rozumiała dlaczego tak wszystko utrudnia! Dlaczego się z nią nie zgadza, gdy plan wydawał się być oczywisty, prosty i zrozumiały! Mogła być tylko diabelskim podszeptem na jego ramieniu. Ale zdawało się, że nie miała mu zbyt wiele do ofiarowania poza samą sobą. A to nigdy nie było wystarczające.
Jeśli tego nie zrobisz przyjdzie ktoś pokroju Fortinbrasa, a terror stanie się naszą codziennością.- Chciała szepnąć, gdy cofnęła dłonie, by ułożyć je na swoich kolanach.
Jeśli dojdzie do wprowadzenia stanu wyjątkowego, będzie już dla was wszystkich za późno.- Cisnęło jej się na usta, gdy ze wszystkich sił starała się powstrzymać grymas rozczarowania.
Nie chcesz mojego szczęścia? - Zapytała bezgłośnie, po czym… cofnęła się. Ruch na tyle wyważony, by nie zarzucić jej ostentacyjności czy obrazy majestatu, ale okraszony surowym, nieprzejednanym milczeniem.
Daję sobie pół roku.
Drgnęła niespokojnie. I to był jedyny sygnał, że coś mogło być nie tak, bo na jej twarzy pojawił się charakterystyczny, wręcz zadziorny uśmieszek. Lekko zmarszczony nos. Przewrócenie oczami w nonszalanckim geście.
- Nie przetrwałbyś beze mnie nawet jednego dnia.- Odparła żartobliwie, nie pozwalając sobie na zawahanie, choć pod stołem wbijała ostre paznokcie we wnętrze dłoni. Ból fizyczny trzymał w ryzach narastający napad paniki. Nie miała tych sześciu miesięcy!
- Anthony…
Może gdyby mu powiedziała… Nie. Nie mogła. Miał teraz dużo istotniejsze rzeczy na głowie - wyjazd, kontrakty, spotkanie z ojcem. Nie była potworem, żeby dokładać mu kolejnych zmartwień. To mogło poczekać. Tak długo jak to konieczne.
-... gdy będziesz w Egipcie mógłbyś mi przywieźć jedną rzecz?- Zapytała zamiast tego.
Wino stało nietknięte na stole. Straciła ochotę na wszelkie toasty.
Cała historia tkwiła ukryta w starych cygańskich baśniach z książki głęboko ukrytej w jednej ze skrzyń, wepchniętej w kąt sypialni; w pierścieniach zwykle zdobiących jej palce; złotym naszyjniku z przywieszką wagi, który zdawał się znikać i pojawiać w życiu czarownicy.
Sztuką nie było posiadanie Lorien Mulciber w swojej kolekcji. Wbrew pozorom wkupienie się w jej łaski należało do najprostszych z zadań. Otaczała się pięknymi przedmiotami i lubiła ludzi, którzy mogli jej to ofiarować.
Sztuką było zrozumienie, dlaczego posiadanie Lorien Mulciber w swojej kolekcji zakrawa o masochizm. Kobieta, która opanowała sztukę umierania do tego stopnia, że zdawała się być z każdym uciekającym dniem coraz piękniejsza. Choroba obdzierała ją z ludzkich słabości, czyniąc bardziej eteryczną niż kiedykolwiek wcześniej, Anthony mógł tylko obserwować ten proces i przeklinać swoją własną dumę, a potem…? Tęsknić. Próbować zapomnieć.
Spoważniała, gdy ją objął, ale nie cofnęła się przed niespodziewaną pieszczotą. Taką, na którą z reguły nie pozwalała nikomu. Nie łaknęła dotyku, bo ten wiązał się z bolesnym przywiązaniem. Prawo do dotyku było zarezerwowane dla tych, którzy nie bali się sparzyć.
Dlatego każdy jej kolejny ruch wydawał się bardziej zbliżony do ptasiego niż ludzkiego. Zupełnie jakby to ta część duszy pozwalała sobie na moment mentalnego odpoczynku, cieszyła się znanym, niesprawiającym bólu dotykiem. Gdy przymknęła na moment powieki, westchnęła bezgłośnie. Nie poruszyła się jeszcze, jak gdyby łaskawie pozwoliła tej jednej chwili trwać.Dla siebie? Dla niego?
Nie rozumiała dlaczego tak wszystko utrudnia! Dlaczego się z nią nie zgadza, gdy plan wydawał się być oczywisty, prosty i zrozumiały! Mogła być tylko diabelskim podszeptem na jego ramieniu. Ale zdawało się, że nie miała mu zbyt wiele do ofiarowania poza samą sobą. A to nigdy nie było wystarczające.
Jeśli tego nie zrobisz przyjdzie ktoś pokroju Fortinbrasa, a terror stanie się naszą codziennością.- Chciała szepnąć, gdy cofnęła dłonie, by ułożyć je na swoich kolanach.
Jeśli dojdzie do wprowadzenia stanu wyjątkowego, będzie już dla was wszystkich za późno.- Cisnęło jej się na usta, gdy ze wszystkich sił starała się powstrzymać grymas rozczarowania.
Nie chcesz mojego szczęścia? - Zapytała bezgłośnie, po czym… cofnęła się. Ruch na tyle wyważony, by nie zarzucić jej ostentacyjności czy obrazy majestatu, ale okraszony surowym, nieprzejednanym milczeniem.
Daję sobie pół roku.
Drgnęła niespokojnie. I to był jedyny sygnał, że coś mogło być nie tak, bo na jej twarzy pojawił się charakterystyczny, wręcz zadziorny uśmieszek. Lekko zmarszczony nos. Przewrócenie oczami w nonszalanckim geście.
- Nie przetrwałbyś beze mnie nawet jednego dnia.- Odparła żartobliwie, nie pozwalając sobie na zawahanie, choć pod stołem wbijała ostre paznokcie we wnętrze dłoni. Ból fizyczny trzymał w ryzach narastający napad paniki. Nie miała tych sześciu miesięcy!
- Anthony…
Może gdyby mu powiedziała… Nie. Nie mogła. Miał teraz dużo istotniejsze rzeczy na głowie - wyjazd, kontrakty, spotkanie z ojcem. Nie była potworem, żeby dokładać mu kolejnych zmartwień. To mogło poczekać. Tak długo jak to konieczne.
-... gdy będziesz w Egipcie mógłbyś mi przywieźć jedną rzecz?- Zapytała zamiast tego.
Wino stało nietknięte na stole. Straciła ochotę na wszelkie toasty.