• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[26.07 Oleander & Anthony] if I dance, it is my shadow that dances along with me

[26.07 Oleander & Anthony] if I dance, it is my shadow that dances along with me
Diva
I felt my heart crack -
slowly like a pomegranate,
spilling its seeds.
wiek
19
sława
IV
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
Muzyk; kompozytor, pianista
Burza czarno-srebrnych loków, blade lico, gwiazdozbiory piegów. Oleander jest młodym mężczyzną o 183 centymetrach wzrostu i nienagannej posturze. Jego oczy zmieniają kolor w zależności od nastroju, dnia, pogody, miesiąca - lawiruje pomiędzy odcieniami z pomocą metamorfomagii. Dłonie ma smukłe, palce długie. Nosi biżuterię i kolczyki, ale zazwyczaj tylko wieczorami bądź na występy. Gustuje w perłach, złocie i szafirach. Na pierwszy rzut oka uśmiechnięty, pełny życia i pasji młody człowiek, który nie stroni od tłumów i rozgłosu.

Oleander Crouch
#2
10.12.2024, 03:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2024, 04:10 przez Oleander Crouch.)  
Post bazowany jest na utworach z tej playlisty. Recital zawiera 13 (13 i pół jeżeli liczyć wprowdzenie Sonatą Księzycową, jaka przeszła w kolejny utwór zanim dobiegła końca) utworów, które trwają około godziny. Pierwsze trzy utwory są inspiracją do autorskiego utworu Oleandra, który opisuje w poście.

Resztki pożeranej przez pazerne rozbisurmanienie empatii wsiąknęły na stałe w okruchy odczuwania; rozgościły się wijąc gniazda i choć co zimę zdawały się wyruszać w ciepłe kraje, zawsze wracały, niestrwożone i z nową energią. Oleander uwielbiał publikę, ale z listu Shafiqa bardzo wyraźnie biła chęć wsłuchania się w muzykę samotnie. Nie rozmyślał więc nazbyt nad tym komu dokładnie będzie przedstawiał swoje umiejętności, a delektował się faktem, że w ogóle może to zrobić. Uwielbiał momenty uniesienia, gdy pamięć mięśni wyprzedzała wszystkie inne odruchy, gdy historia spływająca z naciskanych klawiszy wślizgiwała się w zmysły, wgryzała w duszę słuchacza; wykreowana, tymczasowa więź lśniła szczerością złota i choć ani jedno słowo nie było wypowiadane, ni spojrzenie skrzyżowane, wznoszony muzyką pomnik miał pozostać we wspomnieniach trwalszy niż spiż.
Pożegnał jasnowłosą asystentkę niestosownie tęsknym spojrzeniem, poddając się milczącej atmosferze i chcąc tym samym przekazać pytanie czy chciałaby z nim spędzić o wiele rezolutniejszy i mniej melancholijny wieczór przy muzyce. Nie potrzebował wiele, aby znaleźć chwilowe uciechy, nie przepuszczał okazji i szybka wymiana zdań zanim znaleźli się w cichym sanktuarium Anthony'ego wystarczyła, aby Crouch poczuł się w odpowiedniej pozycji, aby rzucić tego rodzaju spojrzenie.
Nie zastanawiając się dłużej nad losem Lisy Velaris, nad tym jak dobrze wyglądałaby rozciągnięta na wzorzystym materiale kanapy mieszkania przy Alei Horyzontalnej nosząc jedynie perły po jego prababce, zasiadł do polerowanego światłem gwiazd fortepianu. Sprośne pragnienia ukrył w mroku nocy, pozwalając natchnieniu przepłynąć od spiętych uwieńczonym rubinem klipsem loków, po naznaczone połyskiem nonszalanckich pierścionków i sygnetów palce. Jego dość kameralny, wybrany pod repertuar muzyczny strój składał się z ciemnego garnituru i jasnej koszuli z falbanami żabotu opierającymi się o klapy marynarki; bladość dekoltu była bezwstydnie wystawiona na spojrzenia, ozdobiona trzyrzędowym, perłowym sznurem. Czerń garnituru wydawała się jednoczyć z mrokiem nocy, głębią ogromnych galaktyk, gdzie urokliwą Nebulą był sam Oleander; materiał marynarki oraz dopasowanych spodni był specjalnie farbowany, aby dopasowywać się do otoczenia, harmonijnie oddawać nastrój przedstawienia, tymże razem wpadając w głębie czarnej dziury jaką był wyczuwalny w całym ogrodzie nastrój gospodarza.
Pierwsze nuty Sonaty Księżycowej Beethovena wybrzmiały w magicznie przystosowanym do odpowiedniego niesienia dźwięku ogrodzie. Nuty były Crouchowi zbędne, wszystkie grane dzisiaj utwory miał wygrawerowane w wirtuozyjnej duszy, dlatego też, choć wciąż powolnie, dłonie przesuwały się po klawiszach zgrabnie, dopieszczając każdy dźwięk, wkładając weń odpowiednią dawkę emocjonalności, przepływającego przez ciała dreszczu. Oleander grał tak, że wykonywane ruchy mogły wydawać się nieziemsko proste. Oczy miał utkwione w klawiszach z kości słoniowej, choć myślami wędrował w odmęty młodości, w sielankę dni spędzonych na przekopywaniu garderoby matki w poszukiwaniu najciekawszych strojów i najbardziej pstrokatych kolorów, piór i połysku, butów na obcasach. Wśród matczynych pergaminów i barwionych materiałów sukienek, nauczył się grać swój pierwszy utwór na pianinie. Nie była to wcale Sonata Księżycowa, której przypasować można drugie miejsce w chronologii, a 'Dla Elizy'. Podłapał melodię niezmiernie szybko, słysząc jak Beatrice wygrywała ją w pokoju muzycznym na piętrze. Beethoven zainspirował jego pierwsze lata nauki gry na fortepianie i właśnie dlatego Oleander swój autorski utwór muzyczny postanowił zapowiedzieć Sonatą Księżycową. Pozostając wciąż w jej niezmąceniu i połysku jaki dawała dźwiękom, przypominając taflę jeziora, odszedł od znanych dźwięków utworu i przeszedł w te napisane przez siebie. W inspiracjach dało się wyczuć harmonijność Liebestraum Liszta, jak i zarozumiałość Rachmaninoffa płynącą z Etiudy w G-moll. Tłoczność dźwięków przyprawiała o utratę oddechu, aby zaraz zwolnić i oddać scenę melancholijności i lekkości, przeplatanych pastelowych kolorów niknących w ciemności, migających co chwila na figlarnie wygiętych kosmykach włosów Oleandra. Melodia przywodziła na myśl tęsknotę i utratę, chęć powrotu z egzotycznych peryferii i niepowstrzymywalne przyciąganie. Gdy ruch dłoni przyspieszał, serce gnało wraz z nim, tonąc w intensywności odczuwania, nie miało być ratunku, kolejne nuty były jedynie wartko następującymi po sobie falami niosącymi jak najdalej od brzegu, wprost w głębinę, tam gdzie błękit i turkus wypoczynkowych plaż nie sięgały. Spokojniejsze momenty były wynurzeniem się ze spirali monotonii własnej żałości, pozwalały rozbitkowi dotrzeć do latarni morskiej, w której zamknięty na wieki, miał rozświetlać drogę innym, aby nie podejmowali tak ryzykownego wyzwania; jednocześnie pozwalała zobaczyć emocje kłębiące się w ciemności słonej wody, wyrzucane na piasek jak muszle, zbierane przez niczego nieświadomych plażowiczów, aby potem zdobiły mieszkania i inne pomieszczenia, starając się szumem przekazać stukot rozrywanej tęsknoty, lecz na marne. Ich udręka na zawsze miała być zamknięta w pięknie, którym obdarzył je los, były okazami na wystawie, na zawsze pozostawionymi samym sobie, gdy oczy innych w zazdrości błądziły po ich kolorach i zawijasach. Samotność szczytowała w tragedii pozwalając długiemu i autorskiemu wprowadzeniu ucichnąć w głębi lipcowej nocy.
Tak jak pierwszy utwór skupiał się na podróży przez głębiny rozłąki, pozostawiając w sercu niedosyt i kultywując niedolę, tak kolejny zaczął się zwodniczą sielanką dźwięków przynoszących na myśl popołudnia spędzone na rozemocjonowanych rozmowach. Woda pozostała motywem przewodnim, pieszcząc zmysły wizją zanikającej na jesień zieleni angielskiego ogrodu; wciągała w elegiczny nastrój utraty. Choć lipiec był środkiem lata, wraz z dźwiękami intermezzu Brahmsa, mogło się wydawać, jakoby jesienny powiew wślizgiwał się w akty ogrodowego koncertu, przesuwając swe chłodne powiewy przez marmurowe schody prowadzące do fortepianu, aż po elegancki szezlong Anthony'ego. Płaczące wierzby opadały w taflę sadzawki wraz z sennym i zrezygnowanym wydźwiękiem, a drewno schodów niewielkiej, skrytej pomiędzy liśćmi altanki rozpościerało historię burzliwego gdybania. Domniemana kontynuacja utraconej relacji wydawała się przejmować pałeczkę, a w romantycznych nagromadzeniach dźwięków palce Oleandra przyspieszały, a on sam kierował lico ku górze, pozwalając dłoniom odnaleźć znajomość śliskości klawiszy, gdy, teraz intensywnie zielone, oczy spotykały się z gwiazdozbiorami rozpostartymi na niebie nad Little Hangleton; muzyka wygasła, a powieki Croucha opadły.
Spokój niemocy Nokturnu przywitał kolejne dźwięki, w powolnym rozpoczęciu, które wartko popędziły w symfoniczny tłok, swoją mnogością przyprawiając o zawrót głowy. Chopinowski Des dur wypełnił ogród lirycznością swej aksamitności, aby wypuścić kolejne dźwięki w kryształowej wyższości i zrobić miejsce nadchodzącemu kolejnemu utworowi, tym razem Liszta.
Do kulminacji recitalu prowadziła ballada Chopina, harmonijnie przechodząca w inspirującego się jego muzyką Debussy'ego, który choć tworzył nieco później niż wybrani przez Oleandra wykonawcy, silnie inspirował się ich utworami. Dając upust swoim emocjom w impresjonistycznych dźwiękach, otwierał drzwi innej epoki, bliżej latom siedemdziesiątym dwudziestego wieku niż dziewiętnastowieczne wspomnienia cudzych odczuć; bezlitośnie wydrapywał najgłębiej skrywane emocje. Zanim do niej jednak doszło, zagrana została 'Melodia' Rachmaninoffa. Sekwencjami dźwięków wiodła przez zakręcone schody, a na ścianach pojawiały się obrazy przeżytych uniesień, gdy melodia prowadziła do najwyższej wieży złotej klatki. Zakończenie balustrady równoznaczne było z utratą gruntu pod nogami, kolejny krok wykonywany był w naiwnej wierze, iż upadek w gęstą mgłę nie będzie aż tak bolesny.
Skalistość gór otwierała Rewolucyjna Etiuda Chopina. Mocnymi naciskami na klawisze wodziła za nos i targała mleczną gęstość, rozrywając jej płótna długimi pazurami zrozpaczenia, dogłębnego pragnienia wydostania się z tego korowodu zaniechania; żywotność utworu sprawiała ból jak i wprawiała w euforię, pozwalała odczuć w dreszczach tęsknotę za stanem rzeczy, nie dawała jednak odpowiedzi czymże takowy stan był, bo pomimo rozerwania mglistych domniemań, niebo pozostawało czarne, a gwiazdy w eskapadzie rozgoryczenia intenstywności wypaliły swe nadzieje.
Drastyczne zakończenie kontynuowane było w kolejnym utworze przez kaprys Brahmsa, który, mimo odpoczynku jaki oferował po wcześniej zaserwowanej energiczności, igrał z emocjami swą lirycznością, zupełnie jak relacja Oleandra z jego nauczycielką gry na pianinie, Lorraine. Historia ich relacji była skrzętnie ukryta w wygrywanym z wirtuozerią kaprysie, tak samo jak w mającej nadejść za chwilę kolejnej melodii.
Przez zagrany umyślnie po miniaturze Brahmsa, Romans Clary Schumann i głębokie dźwięki jego początku, historia ciągnęła się dalej, podtrzymując nastrój utraty i targania melodramatycznością aktualnej sceny, zarówno muzycznej jak i tej emocjonalnej. Oleander nie potrafił czytać w myślach, teraz nawet by o tym nie marzył, bo zbyt skupiony był na oddaniu odczuć przelanych w utwór Clary Schumann, aczkolwiek tęsknota i zrezygnowanie emanująca od ciszy gospodarza niesamowicie wpłynęła na umiejętność wyrażenia każdego z wygrywanych utworów.
Paleta pastelowych kolorów budzącej się do życia przyrody i kwitnących kwiatów rozpościerał muzyczny krajowbraz utworu Rachmaninoffa. Zdawał się zwiastować nową nadzieję, choć najbardziej porównać ją można z wizją jasnowidza, która odczytana opacznie mogła przynieść tragiczne skutki. Tytułowe Lilie, zwłaszcza białe, dawały nadzieję na zgodę, pozostawały w czystości swej intencji i faktycznej chęci wyciągnięcia ręki, nawet jeżeli umysł skupiał się na depresyjności zakończenia, melancholijności dnia, miesiąca, lata powszedniego. Nie odchodząc od kompozytora, przedostatni utwór oblewał myśli zmysłowością wodospadów szybkich acz aksamitnych w odczuciu dźwięków. Kaskady kwiatów wydawały się spadać wraz z wodą po skalnej ścianie, roztrzaskując się na tafli i przybijając do brzegu, zdewastowane, wyplute, rozerwane. Po ich wspaniałości i rozłożystości zostało jedynie wspomnienie, zapach rozpościerający się nad krystaliczną taflą, rozmazywaną agresywnością ciężkości spadającej i ginących w niej kropel.
Tak jak został o to poproszony, zwieńczeniem występu była Deszczowa Preludia Chopina. Wcześniejszy wodospad Rachmaninoffa wydawał się teraz jedynie odległym szumem, gdy krople dźwięków ostatniego utworu uderzały o klawisze. zakręcając się w rynnie i opadając na ziemię. Deszcz był nieregularny w swej intensywności, tak samo jak odczuwane Emocje, choćby wydawały się nie do pokonania, ostatecznie zawsze odchodziły lub przeistaczały się w tęczę i słoneczną pogodę. Intensywność ulewy rozłożyła się w ogrodzie ciężkością połączonych nut wygrywanych w szybkiej zawierusze intensywnych opadów, aby po chwili wrócić do basowej podstawy, wolniejszej, choć w ostatnich podrygach zwracających się znów do ściany deszczu, przemywających ziemię krystalicznością wody zaklętej w muzyce.
Oleander zsunął palce z klawiszy fortepianu i pozwolił swojemu miarowemu oddechowi być jedynym dźwiękiem wybrzmiewającym w ogrodzie. Zakręciło mu się w głowie, acz złapał się instrumentu, uważając, aby nie wydać przy tym żadnego dźwięku; opanowało go uniesienie, czuł jakby wieki buzujących w muzycznej spuściźnie emocji pulsowały w każdym minimetrze jego ciała. Grając na tourne zdążył się przyzwyczaić, że po występach brakowało mu tchu; zdarzało się, że zapominał oddychać przez dobrych pare sekund, bo jego umysł skupiał się jedynie na oddaniu utworu, w taki sposób, w jaki odczuwał, w jaki emocje płynęły z głębi serca i komunikowały do słuchaczy upragnioną głębię.
Przymknął na chwilę oczy, pozwalając echu feerii dźwięków ułożyć się w harmonijną całość; rzeczywistość wydawała mu się nagle niesamowicie nienamacalna, umysłem błądził w ciemności, odszukując swego ja, zupełnie tak jak robił to, gdy zmieniał swój wygląd. Tym razem potrzebował wrócić z krainy emocji, przestać odtwarzać raz za razem negatywny scenariusz z Desmondem w roli głównej. Jego własne serce było złamane, konało w rozłące i tęsknocie do znanego. Utrata była również motywem przewodnim jego aktualnego życia, choć starał się pocieszyć ciepłem marokańskiego słońca, zupełnie jak melancholijność wygrywanych utworów pozorowała wesołość tonacją des-dur.
Spojrzał w stronę Shafiqa dopiero po chwili, zupełnie jakby zapomniał gdzie tak naprawdę się znajduje. Nie odezwał się ani słowem, trzymając swą filuterną naturę na smyczy i nie mając zamiaru łamać danego Lisie słowa. Czekał w ciszy aż gospodarz sam rozpocznie rozmowę, powoli dochodząc do siebie po intensywnym odrealnieniu, wsłuchując się w symfonię nocy.


“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (1563), Oleander Crouch (1780)




Wiadomości w tym wątku
[26.07 Oleander & Anthony] if I dance, it is my shadow that dances along with me - przez Anthony Shafiq - 21.10.2024, 15:02
RE: [26.07 Oleander & Anthony] if I dance, it is my shadow that dances along with me - przez Oleander Crouch - 10.12.2024, 03:45
RE: [26.07 Oleander & Anthony] if I dance, it is my shadow that dances along with me - przez Anthony Shafiq - 08.01.2025, 16:19

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa