Uścisnął dłoń Ambroise'owi, skłonił głowę Roselyn, pełniącej w jego głowie rolę najważniejszą, gospodyni (chyba że ta również wyciągnęła swoją rękę w jego stronę, wtedy też ją uścisnął). Nie musiał się rozgląda po posiadłości, pamiętał mniej więcej jak wyglądała z bankietu kilkanaście lat temu. Nie pamiętał już z jakiej okazji, ale na pewno nie miał wtedy przyjemności z dwójką, która to przywitała. Chyba byli też na to za młodzi, tak jak teraz o tym myślał. Koła czasu kręciły się nieubłaganie.
— Niewymowny Morpheus Longbottom, z ramienia Komnaty Przepowiedni — przywitał się. Głos miał zaskakująco wysoki, w kontraście do dość mało zgrabej budowy. Mężczyzna był nieco przysadzisty, prostokątny i zwykle tacy mężczyźni szczycili się tubalnym tonem, który niósł się daleko ponad polami. Tymczasem Morpheus miał aksamitny, łagodny głos, miękki niemal, ze śpiewnym akcentem. To był głos, który mógł usypiać dzieci, raczej nie taki, który sięga ponad czas i włada jego strukturami.
Tylko te oczy. Oczy zdradziłby go nawet, gdyby nie mówił, kim jest, nawet gdyby ubrać go w barwne szaty błazna. Leniwie przeciągające się spojrzenie, które nie obiecywało jutra, a jedynie koszmary dnia teraźniejszego, w mglistym dniu czarne, bez rozróżnienia pomiędzy źrenicą i tęczówką. U każdego innego wyglądałyby to jak spojrzenie łani, lecz to nie była wystraszona łagodność z nakrapianym zadem, a jeleń, na którego porożu gniło truchło tego, co próbowało go zaatakować poprzednio.
Szkoda, że to truchło było nim samym.
Z pewnością kogoś, kto spodziewa się wszystkiego, wszedł w głąb domu, jak kapłan, chroniony od przodu i tyłu przez wiernych akolitów, magiczna szata szemrała niczym jesienne liście po podłodze.
Próbował ukryć uśmieszek na słowa o szanowanej instytucji. Jemu by to przez gardło nie przeszło, jedyne co go interesowało w Ministerstwie Magii to obsydianowe ściany i wiedza, którą mu to miejsce dawało. Wiedza to potęga.
— Dziękuję za przyjęcie mnie w tak krótkim czasie. Jestem wdzięczny. Będę mieć najpierw kilka pytań do państwa, aby zebrać niesugerowany wywiad, następnie wyjaśnię powód mojej wizyty i ostatecznie dodam pytania pomocnicze, konkludujące wizytę — wyjaśnił procedurę dwójce. — Nieczęsto korzystamy z zewnętrznych konsultantów, więc tego typu wizyty z reguły są nieczęste. Przewiduję miejsce na odpowiedzi na państwa pytania, w zależności od tego, jak daleko będą zakrawały.
Dokończył, dopełniając spraw technicznych. Niewymowny, nie dowiedzą się wszystkiego, to było oczywiste. Departament Tajemnic musiał utrzymywać pewną mgłę niedostępności, aby ukrywać, że są zbieraniną okularników, która uwielbia drążyć, jak świat jest zbudowany i niekoniecznie się tym dzielić.
Akcja nieudana