06.12.2024, 23:42 ✶
Westchnął cicho.
– Miejmy nadzieję, że chociaż w tym aspekcie będzie trochę spokojniej, gdy już wszystko zostanie podpisane – powiedział, przypatrując się uważnie przyjacielowi, jakby chciał dostrzec, czy przypadkiem to zmęczenie na jego twarzy nie było zbyt duże, zbyt trwałe, zbyt trudne do pozbycia się.
Kambodża... Czy teraz raczej Egipt, drenowała ich wszystkich z energii i prawdę mówiąc Jonathan naprawdę coraz bardziej marzył, aby kulminacja tych wszystkich prac wreszcie nadeszła. Byle do września.
Przez chwilę milczał, dalej gładząc czerwony jedwab przygotowanego dla niego kompletu. Tak Anthony'emu podobałoby się w pokoju Gryfonów. Co zabawne dzień temu odbył rozmowę z jednym dawnym Gryfonem, który najwyraźniej tak chętnie Shafiqa by nie powitał, ale... Woody się mylił. Anthony był dobrym przyjacielem i może nawet czasem męczyły go wyrzuty sumienia, że było coś jeszcze o czym nie zamierzał mu wspominać. A przecież wiedział, że świetnie sprawdziłby się w sieci. Anthony był odważny, inteligenty, miał znajomości i wiedział, jak z nich korzystać. Potrafił ryzykować, ale tak by wyjść z tego cało, czego jemu chyba nieco brakowało. Pod wieloma względami był tym, czego Zakon potrzebował.
Powoli przeniósł wzrok na Shafiqa, ale kiedy napotkał jego szare oczy jakiekolwiek wyrzuty sumienia zostały zduszone przez ucisk niepokoju w piersi. Nie. Nie mógł tego zrobić. Nie mógł narażać Tony'ego na niebezpieczeństwo. Już i tak niepotrzebnie wciągnięto w to Morpheusa i nie ważne Ile argumentów nie krzyczałoby wręcz, aby to zrobił, strach o przyjaciół był wciąż silniejszy.
Uśmiechnął się.
– Tony, nie takie rzeczy przeżywałem. Jestem pewny, że sobie poradzę – skłamał z wręcz czarującym uśmiechem. – A ty jesteś tym doradztwem, którego dokładnie potrzebuję przyjacielu. — Tu już oczywiście nie skłamał. – A bądźmy też szczerzy. Nie wiem, czy większość osób na tym świecie, nie ważne jak zauroczona moją skromną osobą, zechciałaby ze mną dalej rozmawiać, gdyby zobaczyła to podobieństwo między sobą, a grożącym im wampirem – roześmiał się cicho na tę myśl, jednocześnie próbując nie myśleć o tym, że mimo wszystko Jean uśmiechał się nieco ładniej od Anthony'ego. Nie, że Tony szczerzył się jak bezzębny skrzat domowy, oczywiście że nie. Po prostu uśmiech Jeana, niósł kiedyś za sobą te wszystkie emocje, wspólne noce, rozmowy, czy zasypianie w swoich ramionach, które jedynie sprawiały, że ten uśmiech był jeszcze piękniejszy, a teraz... Teraz dalej było w nim coś niepokojąco pięknego. Otrząsnął się z tych myśli. Niektóre uśmiechy, nie ważne jak piękne, nie były warte jego myśli.
– Miejmy nadzieję, że chociaż w tym aspekcie będzie trochę spokojniej, gdy już wszystko zostanie podpisane – powiedział, przypatrując się uważnie przyjacielowi, jakby chciał dostrzec, czy przypadkiem to zmęczenie na jego twarzy nie było zbyt duże, zbyt trwałe, zbyt trudne do pozbycia się.
Kambodża... Czy teraz raczej Egipt, drenowała ich wszystkich z energii i prawdę mówiąc Jonathan naprawdę coraz bardziej marzył, aby kulminacja tych wszystkich prac wreszcie nadeszła. Byle do września.
Przez chwilę milczał, dalej gładząc czerwony jedwab przygotowanego dla niego kompletu. Tak Anthony'emu podobałoby się w pokoju Gryfonów. Co zabawne dzień temu odbył rozmowę z jednym dawnym Gryfonem, który najwyraźniej tak chętnie Shafiqa by nie powitał, ale... Woody się mylił. Anthony był dobrym przyjacielem i może nawet czasem męczyły go wyrzuty sumienia, że było coś jeszcze o czym nie zamierzał mu wspominać. A przecież wiedział, że świetnie sprawdziłby się w sieci. Anthony był odważny, inteligenty, miał znajomości i wiedział, jak z nich korzystać. Potrafił ryzykować, ale tak by wyjść z tego cało, czego jemu chyba nieco brakowało. Pod wieloma względami był tym, czego Zakon potrzebował.
Powoli przeniósł wzrok na Shafiqa, ale kiedy napotkał jego szare oczy jakiekolwiek wyrzuty sumienia zostały zduszone przez ucisk niepokoju w piersi. Nie. Nie mógł tego zrobić. Nie mógł narażać Tony'ego na niebezpieczeństwo. Już i tak niepotrzebnie wciągnięto w to Morpheusa i nie ważne Ile argumentów nie krzyczałoby wręcz, aby to zrobił, strach o przyjaciół był wciąż silniejszy.
Uśmiechnął się.
– Tony, nie takie rzeczy przeżywałem. Jestem pewny, że sobie poradzę – skłamał z wręcz czarującym uśmiechem. – A ty jesteś tym doradztwem, którego dokładnie potrzebuję przyjacielu. — Tu już oczywiście nie skłamał. – A bądźmy też szczerzy. Nie wiem, czy większość osób na tym świecie, nie ważne jak zauroczona moją skromną osobą, zechciałaby ze mną dalej rozmawiać, gdyby zobaczyła to podobieństwo między sobą, a grożącym im wampirem – roześmiał się cicho na tę myśl, jednocześnie próbując nie myśleć o tym, że mimo wszystko Jean uśmiechał się nieco ładniej od Anthony'ego. Nie, że Tony szczerzył się jak bezzębny skrzat domowy, oczywiście że nie. Po prostu uśmiech Jeana, niósł kiedyś za sobą te wszystkie emocje, wspólne noce, rozmowy, czy zasypianie w swoich ramionach, które jedynie sprawiały, że ten uśmiech był jeszcze piękniejszy, a teraz... Teraz dalej było w nim coś niepokojąco pięknego. Otrząsnął się z tych myśli. Niektóre uśmiechy, nie ważne jak piękne, nie były warte jego myśli.