02.12.2024, 22:36 ✶
Sapnął z wdzięcznością, z lekko zeszklonymi oczyma, jakby wizja ślubu Erika była aż nazbyt plastycznie odciskająca się na jego umyśle. Czy dałby radę? Czy mógłby stać obok i patrzeć na słonecznego bożka, który przed obliczem Boginii, ze swoim doskonałym uśmiechem na swojej doskonałej twarzy, trzymał dłonie wybranej przez siebie kobiety w swoich doskonałych dłoniach? Czy mógłby znieść każde jedno słowo obietnic bez pokrycia, a może gorzej, może właśnie obietnic, których jego szlachetny wojownik chciałby w blasku honoru, nazwiska i czystej duszy dotrzymać? Jakże miałki był to problem, w kontekście wojny domowej, gdzie ów bożek mógłby lekkomyślnie ustawiać się w pierwszym szeregu. A jednak, zbyt wiele lipcowych godzin upłynęło Anthony'emu na katordze rozważań co byłoby gorsze - być tam i udawać, jak nic to nie znaczy, czy może nie być wcale, pominięty na listach zaproszonych, wykluczony, zapomniany...
Ale nie o nim mieli mówić, nie jego mieli teraz podnosić na duchu. Nie o nim toczyła się ta opowieść.
Zapatrzył się na spowalniającą myśl, zasłuchał w słowa, które niespiesznie otulały świadomość przyjaciela miękkim kokonem. Nie przerywał mu, nie chcąc zakłócić wizji a potem...
...ten tępy gryfoński młotek znów próbował odwrócić cholernego węża ogonem...
– Ustalmy, że teraz Twoje jest na górze. Daj mi Ci ulżyć. Daj mi się zrewanżować. Nie drenuje mnie to. Wręcz przeciwnie, jeśli już pytasz, to sprawia mi przyjemność. Czuję się ważny w Twoim życiu, gdy okazujesz mi zaufanie, i powierzasz w trosce swoje zmartwienia. Czuję się potrzebny w Twoim życiu, jako ten, który może przynieść Ci ulgę, ale też dać narzędzia służące rozwiązaniu sytuacji, załagodzeniu, lub... kupieniu nam trochę czasu. Obaj wiemy, że musisz poćwiczyć to, co chciałbyś mu powiedzieć, aby głos nie ugrzązł Ci w gardle, a myśl nie zafiksowała się na barwie nici i słowach troski. Obaj wiemy, że Twoje tajemnice są u mnie bezpieczne. Zawsze były i zawsze będą Johnny. – Łagodny uśmiech ni jak nie niósł wyrzutu, nie niósł trucizny niesionej wykrzywionym obrazem, pytań "czemu tak późno?" albo "co jeszcze przede mną ukrywasz?". Anthony rzadko kiedy dopuszczał takie słowa do głosu, nawet jeśli truły mu serce, raniły stopy ostrymi kamieniami wrzuconymi do butów. Wiedział, że jeśli powie coś takiego, druga osoba zamilknie na zawsze. Więc czekał. Może nie miał tyle czasu co hrabia, ale... umiał czekać.
– A teraz... – odetchnął znów głęboko. – Nim przejdziemy do wymiany zdań, opowiedz mi proszę o tym komu pozwoliłeś zostać na scenie. Które elementy są według Ciebie najważniejsze? – Snuł się między słowami, pomimo godziny i alkoholu uważnie słuchając Jonathana, dopytując, gdy coś było niejasne lub tylko pytaniami naprowadzając Selwyna na ścieżki, które zdawały mu się właściwsze w tych trudnych i może z perspektywy całego życia najważniejszych negocjacjach. Nie wracał już do teatru, nie wracał do muzy. Wiedział, że przyjaciel najprawdopodobniej powróci do tych zagadnień przy śniadaniu. Na razie szli razem wzdłuż plaży wspomnień, w poszumie emocji splatających miłość ze strachem, pragnienie z odrazą. W końcu, gdy obaj byli bardzo zmęczeni tą wędrówką, Anthony podniósł się i odcisnął miękkie wargi na czole Jonathana, otaczając go żywiczną wonią smoczego drzewa, jakby składał pieczęć na jego umyśle, jakby chciał tym gestem zapieczętować w nim spokój. – Dowiedz się czego chce. Tak jak w naszej pracy. Ludzie pozostają ludźmi, nawet tacy co żyją setki lat. Może... są wtedy nieco bardziej znudzeni. I samotni podejrzewam. – Westchnął. Nie zamierzał bronić de la Rochefoucauld'a, nie jeśli doprowadził jedną z najbliższych mu osób do takiego stanu. Chciał jednak pokazać Selwynowi ścieżki wyżłobione latami cywilizacji i analiz ludzkiej natury.
Zaraz potem zjedli kolacje przy dźwiękach magicznej harfy - Anthony nalegał, punktując za mądrościami jego kambodżańskiej nauczycielki, że głodne ciało jest osłabione i przez to gorzej funkcjonuje również na polu intelektualnym. Sycący rosół (przywodzący aż nazbyt specjał z pewnej dolińskiej Warowni) wprowadził ich do wykwintnej escalivady. Jeszcze jedna szklanka whisky, jeszcze kilka kroków...
Zapowadził go do skrzydła gościnnego, jednego z buroszarych pokoi, które od czasów małżeństwa Anthony'ego nie były remontowane. Jedyny barwny akcent, który znajdował się w pomieszczeniu, stanowił intensywny w czerwieni jedwabny szlafrok, dołączony w komplecie do równie wysyconej karminem i perfekcyjnej w dotyku jedwabnej piżamy.
– Ostatnio testuję różne rzeczy na sen. Chcesz spróbować czegoś nowego? – zapytał Shafiq nieco dziwnym, cichym tonem głosu, stojąc w drzwiach, nie wchodząc do środka bez zaproszenia. Jonathan mógł być pewny, że od poprzedniego jego nocowania tutaj nic się nie zmieniło w zaopatrzeniu nocnej szafki, że wszystko czego potrzebuje, łącznie z karafką wypełnioną chłodną wodą i pojedynczej fiolce na ewentualny poranny ból głowy, znajduje się tam gdzie powinno się znajdować.
Ale nie o nim mieli mówić, nie jego mieli teraz podnosić na duchu. Nie o nim toczyła się ta opowieść.
Zapatrzył się na spowalniającą myśl, zasłuchał w słowa, które niespiesznie otulały świadomość przyjaciela miękkim kokonem. Nie przerywał mu, nie chcąc zakłócić wizji a potem...
...ten tępy gryfoński młotek znów próbował odwrócić cholernego węża ogonem...
– Ustalmy, że teraz Twoje jest na górze. Daj mi Ci ulżyć. Daj mi się zrewanżować. Nie drenuje mnie to. Wręcz przeciwnie, jeśli już pytasz, to sprawia mi przyjemność. Czuję się ważny w Twoim życiu, gdy okazujesz mi zaufanie, i powierzasz w trosce swoje zmartwienia. Czuję się potrzebny w Twoim życiu, jako ten, który może przynieść Ci ulgę, ale też dać narzędzia służące rozwiązaniu sytuacji, załagodzeniu, lub... kupieniu nam trochę czasu. Obaj wiemy, że musisz poćwiczyć to, co chciałbyś mu powiedzieć, aby głos nie ugrzązł Ci w gardle, a myśl nie zafiksowała się na barwie nici i słowach troski. Obaj wiemy, że Twoje tajemnice są u mnie bezpieczne. Zawsze były i zawsze będą Johnny. – Łagodny uśmiech ni jak nie niósł wyrzutu, nie niósł trucizny niesionej wykrzywionym obrazem, pytań "czemu tak późno?" albo "co jeszcze przede mną ukrywasz?". Anthony rzadko kiedy dopuszczał takie słowa do głosu, nawet jeśli truły mu serce, raniły stopy ostrymi kamieniami wrzuconymi do butów. Wiedział, że jeśli powie coś takiego, druga osoba zamilknie na zawsze. Więc czekał. Może nie miał tyle czasu co hrabia, ale... umiał czekać.
– A teraz... – odetchnął znów głęboko. – Nim przejdziemy do wymiany zdań, opowiedz mi proszę o tym komu pozwoliłeś zostać na scenie. Które elementy są według Ciebie najważniejsze? – Snuł się między słowami, pomimo godziny i alkoholu uważnie słuchając Jonathana, dopytując, gdy coś było niejasne lub tylko pytaniami naprowadzając Selwyna na ścieżki, które zdawały mu się właściwsze w tych trudnych i może z perspektywy całego życia najważniejszych negocjacjach. Nie wracał już do teatru, nie wracał do muzy. Wiedział, że przyjaciel najprawdopodobniej powróci do tych zagadnień przy śniadaniu. Na razie szli razem wzdłuż plaży wspomnień, w poszumie emocji splatających miłość ze strachem, pragnienie z odrazą. W końcu, gdy obaj byli bardzo zmęczeni tą wędrówką, Anthony podniósł się i odcisnął miękkie wargi na czole Jonathana, otaczając go żywiczną wonią smoczego drzewa, jakby składał pieczęć na jego umyśle, jakby chciał tym gestem zapieczętować w nim spokój. – Dowiedz się czego chce. Tak jak w naszej pracy. Ludzie pozostają ludźmi, nawet tacy co żyją setki lat. Może... są wtedy nieco bardziej znudzeni. I samotni podejrzewam. – Westchnął. Nie zamierzał bronić de la Rochefoucauld'a, nie jeśli doprowadził jedną z najbliższych mu osób do takiego stanu. Chciał jednak pokazać Selwynowi ścieżki wyżłobione latami cywilizacji i analiz ludzkiej natury.
Zaraz potem zjedli kolacje przy dźwiękach magicznej harfy - Anthony nalegał, punktując za mądrościami jego kambodżańskiej nauczycielki, że głodne ciało jest osłabione i przez to gorzej funkcjonuje również na polu intelektualnym. Sycący rosół (przywodzący aż nazbyt specjał z pewnej dolińskiej Warowni) wprowadził ich do wykwintnej escalivady. Jeszcze jedna szklanka whisky, jeszcze kilka kroków...
Zapowadził go do skrzydła gościnnego, jednego z buroszarych pokoi, które od czasów małżeństwa Anthony'ego nie były remontowane. Jedyny barwny akcent, który znajdował się w pomieszczeniu, stanowił intensywny w czerwieni jedwabny szlafrok, dołączony w komplecie do równie wysyconej karminem i perfekcyjnej w dotyku jedwabnej piżamy.
– Ostatnio testuję różne rzeczy na sen. Chcesz spróbować czegoś nowego? – zapytał Shafiq nieco dziwnym, cichym tonem głosu, stojąc w drzwiach, nie wchodząc do środka bez zaproszenia. Jonathan mógł być pewny, że od poprzedniego jego nocowania tutaj nic się nie zmieniło w zaopatrzeniu nocnej szafki, że wszystko czego potrzebuje, łącznie z karafką wypełnioną chłodną wodą i pojedynczej fiolce na ewentualny poranny ból głowy, znajduje się tam gdzie powinno się znajdować.