30.11.2024, 22:29 ✶
Azkaban był mikrokosmosem, któremu Lorien zdawała się poświęcać każdą sekundę swojego istnienia. Zawieszonym w próżni projektem, zapożyczonym dziedzictwem wiedźmy, która swojego własnego mieć nie mogła. Odbijał się cieniem w jej martwych oczach, bliższa momentami koszmarnym strażnikom niż istocie z ciała i krwi.
Ale nie dziś. Teraz biło od niej ciepło i spokój. Grzeczna kurtuazja, którą okazywała Anthony’emu od tylu lat, jakby próbowała spuścić zasłonę milczenia na to co wydarzyło się zaledwie kilka nocy wcześniej. Nie rozmawiali o tym. Nie chciała o tym rozmawiać.
Dlatego opowiadała ckliwe, nieznaczące opowiastki o swoich pociechach i kryła się za pustymi słowami. Przypominała teraz tą miłą i uprzejmą kobietę, którą niemal równy miesiąc wcześniej zaprosił do siebie na wino. Coś co zdawało się być tak niedawno - od teraźniejszości dzieliła przepaść.
Przechyliła głowę słysząc rodzimą mowę, ale zamiast odpowiedzieć zaczęła się Anthony’emu nieco uważniej, gdy usiadł naprzeciwko. Wyglądał na zmęczonego, ale któż nie był! Obserwowała stary, dobrze znany sobie tik - bawił się łyżeczką jak zawsze, kiedy próbował zebrać niekontrolowane myśli. Może w innych czasach, w jakiejś dziwacznej innej rzeczywistości Lorien przechyliłaby się przez stół i ujęła ostrożnie jego dłoń. Pomogła rozsupłać splątane nici planów i scenariuszy, trochę jak łagodnym ruchem dłoni rozprasowuje się zmarszczki na zagięciach koszuli. Ale nie zrobiła tego.
Teraz jedynie słuchała. O wyjeździe, którego szczegółów nie znała. Jedynie destynację.
Zmarszczyła delikatnie brwi, gdy temat zszedł na ojca Anthony’ego, ale przygryzła delikatnie język, by nie powiedzieć nic głupiego i nieprzemyślanego. Lorien Mulciber, choć może bardziej Crouch miała komfort życia w relacji jakiej mogło doświadczyć niewiele czystokrwistych dziewcząt. Komfort posiadania rodziców, którzy pozwolili swojej chorej córce być sobą.
Czy Adeline była apodyktyczną, cwaną manipulatorką, która każdy zarzut potrafiła obrócić tak by wyjść na ofiarę? Oczywiście. Ale była również kobietą, która dbała, żeby córka nie zapomniała jaka krew płynie w jej żyłach. Gdy zamykała oczy wspominała matkę pachnącą drogimi perfumami i kwiatem pomarańczy, spokojnie muskającą jej czarne loki podczas czytania włoskich baśni na dobranoc.
Czy Philip był wycofanym, zamkniętym w sobie mężczyzną, który nad wszystko cenił sobie święty spokój i codzienną, poranną gazetę?
Owszem. Ale był też ukochanym ojcem, który budował swojemu dziecku przepiękne, pełne detali makiety. Człowiekiem, który wyśmiewał próby zeswatania swojej własnej jedynaczki i przygotował ją do pracy w Wizengamocie.
W międzyczasie przy ich stole pojawił się Wergiliusz. Zakomunikował, że kolacja zaraz będzie podana, nalał szkarłatnego, ciężkiego wina do kieliszków i zniknął. Ale nim zdążyła zapytać czy naprawdę przyznanie ojcu racji byłoby aż taką skazą na honorze, usłyszała coś co na moment zmroziło jej krew w żyłach.
- Chcesz… Opuścić Ministerstwo?
Pytanie zostało wypowiedziane zduszonym szeptem. Nie potrafiła w to uwierzyć, bo nawet będąc wielki nieobecnym Anthony wpisywał się w krajobraz tak dobrze znanego jej miejsca.
Alexander ją opuścił. Morpheus ją opuścił. Stanley ją opuścił. Robert miał tupet i w dodatku bezczelnie umarł. Dlaczego tak naiwnie sądziła, że nie zrobi tego Anthony?
Głupiutka Lorien. Głupiutka ptaszyna.
Zręcznie ukryła grymas niedowierzania, zastępując go wyuczoną ciekawością.. Ukryła drżenie palców zaciskając je na szklanej nóżce kieliszka. Uniosła do góry w geście toastu.
- Jeśli wierzysz, że to twoja droga… Za rozwój, Anthony. Za chwalebną ewolucję.
Ale nie dziś. Teraz biło od niej ciepło i spokój. Grzeczna kurtuazja, którą okazywała Anthony’emu od tylu lat, jakby próbowała spuścić zasłonę milczenia na to co wydarzyło się zaledwie kilka nocy wcześniej. Nie rozmawiali o tym. Nie chciała o tym rozmawiać.
Dlatego opowiadała ckliwe, nieznaczące opowiastki o swoich pociechach i kryła się za pustymi słowami. Przypominała teraz tą miłą i uprzejmą kobietę, którą niemal równy miesiąc wcześniej zaprosił do siebie na wino. Coś co zdawało się być tak niedawno - od teraźniejszości dzieliła przepaść.
Przechyliła głowę słysząc rodzimą mowę, ale zamiast odpowiedzieć zaczęła się Anthony’emu nieco uważniej, gdy usiadł naprzeciwko. Wyglądał na zmęczonego, ale któż nie był! Obserwowała stary, dobrze znany sobie tik - bawił się łyżeczką jak zawsze, kiedy próbował zebrać niekontrolowane myśli. Może w innych czasach, w jakiejś dziwacznej innej rzeczywistości Lorien przechyliłaby się przez stół i ujęła ostrożnie jego dłoń. Pomogła rozsupłać splątane nici planów i scenariuszy, trochę jak łagodnym ruchem dłoni rozprasowuje się zmarszczki na zagięciach koszuli. Ale nie zrobiła tego.
Teraz jedynie słuchała. O wyjeździe, którego szczegółów nie znała. Jedynie destynację.
Zmarszczyła delikatnie brwi, gdy temat zszedł na ojca Anthony’ego, ale przygryzła delikatnie język, by nie powiedzieć nic głupiego i nieprzemyślanego. Lorien Mulciber, choć może bardziej Crouch miała komfort życia w relacji jakiej mogło doświadczyć niewiele czystokrwistych dziewcząt. Komfort posiadania rodziców, którzy pozwolili swojej chorej córce być sobą.
Czy Adeline była apodyktyczną, cwaną manipulatorką, która każdy zarzut potrafiła obrócić tak by wyjść na ofiarę? Oczywiście. Ale była również kobietą, która dbała, żeby córka nie zapomniała jaka krew płynie w jej żyłach. Gdy zamykała oczy wspominała matkę pachnącą drogimi perfumami i kwiatem pomarańczy, spokojnie muskającą jej czarne loki podczas czytania włoskich baśni na dobranoc.
Czy Philip był wycofanym, zamkniętym w sobie mężczyzną, który nad wszystko cenił sobie święty spokój i codzienną, poranną gazetę?
Owszem. Ale był też ukochanym ojcem, który budował swojemu dziecku przepiękne, pełne detali makiety. Człowiekiem, który wyśmiewał próby zeswatania swojej własnej jedynaczki i przygotował ją do pracy w Wizengamocie.
W międzyczasie przy ich stole pojawił się Wergiliusz. Zakomunikował, że kolacja zaraz będzie podana, nalał szkarłatnego, ciężkiego wina do kieliszków i zniknął. Ale nim zdążyła zapytać czy naprawdę przyznanie ojcu racji byłoby aż taką skazą na honorze, usłyszała coś co na moment zmroziło jej krew w żyłach.
- Chcesz… Opuścić Ministerstwo?
Pytanie zostało wypowiedziane zduszonym szeptem. Nie potrafiła w to uwierzyć, bo nawet będąc wielki nieobecnym Anthony wpisywał się w krajobraz tak dobrze znanego jej miejsca.
Alexander ją opuścił. Morpheus ją opuścił. Stanley ją opuścił. Robert miał tupet i w dodatku bezczelnie umarł. Dlaczego tak naiwnie sądziła, że nie zrobi tego Anthony?
Głupiutka Lorien. Głupiutka ptaszyna.
Zręcznie ukryła grymas niedowierzania, zastępując go wyuczoną ciekawością.. Ukryła drżenie palców zaciskając je na szklanej nóżce kieliszka. Uniosła do góry w geście toastu.
- Jeśli wierzysz, że to twoja droga… Za rozwój, Anthony. Za chwalebną ewolucję.