26.11.2024, 12:52 ✶
Ból przywracał go do rzeczywistości. To nie był pierwszy raz gdy jego umysł gubił się w zawiłych korytarzach czasu i przestrzeni, błądząc niczym we mgle i nie do końca rozróżniając jawę od snu. Lecz za każdym razem jego jaźń szybko wracała na właściwe tory: właśnie przez ból. A może dzięki niemu? Dotyk był czymś, co potrafiło wygasić emocje, okiełznać je i sprawić, że człowiek się wahał. Wahanie prowadziło do zwolnienia obrotów, a stamtąd już tylko krok do tego, by zacząć widzieć, nie tylko patrzeć.
Ból sprawił, że otworzył powieki i wiedział, że nie jest już we śnie. Trafił na jawę: miał na sobie szatę, miał maskę. Obok była różdżka. Nie był karaluchem, nie walczył z nikim, nie stał na górze czaszek. Skronie zapulsowały w bolesnym proteście, gdy Rodolphus podniósł się do siadu. Widział Nicholasa, lecz póki ten był w miarę bezpieczny, mógł skupić się na otoczeniu. Dostrzegł korytarz, który już nie prowadził donikąd. Wstał więc, obrzydliwie ostrożnie i powoli. Nie widział nigdzie Cassandry i bardzo mu się to nie podobało. Liczył jednak, że uda im się odkryć to, po co tu przyszli, a potem najwyżej rozkurwić ścianę czy kawałek sufitu, który skrywał wyjście na zewnątrz. Z tą babą porozmawiają sobie później.
Podszedł do Nicholasa i dopiero wtedy sięgnął w kierunku jego maski. Wiedział, że żyje, ale co to było za życie? Chciał się upewnić, że ma równy i spokojny oddech, że jego oczy nie są wywalone białkami na wierzch, a on sam nie drga w konwulsjach. Przypał byłoby tak umrzeć, w piwnicy Fawleyów, bo napił się dziwnej wody, przecież gdyby mu na to pozwolił, to Travers by go nawiedzał do końca życia.
Ból sprawił, że otworzył powieki i wiedział, że nie jest już we śnie. Trafił na jawę: miał na sobie szatę, miał maskę. Obok była różdżka. Nie był karaluchem, nie walczył z nikim, nie stał na górze czaszek. Skronie zapulsowały w bolesnym proteście, gdy Rodolphus podniósł się do siadu. Widział Nicholasa, lecz póki ten był w miarę bezpieczny, mógł skupić się na otoczeniu. Dostrzegł korytarz, który już nie prowadził donikąd. Wstał więc, obrzydliwie ostrożnie i powoli. Nie widział nigdzie Cassandry i bardzo mu się to nie podobało. Liczył jednak, że uda im się odkryć to, po co tu przyszli, a potem najwyżej rozkurwić ścianę czy kawałek sufitu, który skrywał wyjście na zewnątrz. Z tą babą porozmawiają sobie później.
Podszedł do Nicholasa i dopiero wtedy sięgnął w kierunku jego maski. Wiedział, że żyje, ale co to było za życie? Chciał się upewnić, że ma równy i spokojny oddech, że jego oczy nie są wywalone białkami na wierzch, a on sam nie drga w konwulsjach. Przypał byłoby tak umrzeć, w piwnicy Fawleyów, bo napił się dziwnej wody, przecież gdyby mu na to pozwolił, to Travers by go nawiedzał do końca życia.