Gdyby spadł Victoria i tak bardzo by się zmartwiła. Pewnie w trymiga by po niego pobiegła, sprawdzić czy nic mu się nie stało – bo może i by go to nie zabiło, ale na pewno by bardzo bolało. Zabrałaby go do domu i by się nim zajęła, ale jeśli chciał tu zostać dłużej, to mógł to po prostu powiedzieć, a nie rzucać się z jej własnego balkonu. Martwiłaby się, że go boli, że musi minąć czas, nim wydobrzeje. Nie było tu może bardzo wysoko, ale nisko też nie – te kamieniczki miały wysokie piętra, parter też znajdował się na poziomie kilku schodków w górę. Było wystarczająco wysoko, że gdy trzeba było się przedostać do tego drugiego mieszkania balkonami, to Victoria musiała bardzo, ale to bardzo ze sobą walczyć i powtarzać sobie, że nie może patrzeć w dół.
Widział ją w sytuacjach towarzyskich więcej razy; gdy wybrali się do Cynthii, gdy zabrał ją na działkę Stanleya pomóc z przesadzeniem ogórków, widział ją w mieszkaniu Stanleya, kiedy została zaproszona, również w gronie znajomych, na kiszenie i robienie słoików. Lecz to wszystko było przed zerwaniem zaręczyn. Przed kłótnią z matką, przed wielkim rozłamem, kryzysem pewności siebie, wiary we własną osobę i tak dalej, i tak dalej. Zaczęła eksperymentować już w tym mieszkaniu, wyciągnęła koszule, których nigdy nie nosiła, próbowała patrzeć na siebie inaczej, zmienić coś w sobie, grubą kreską oddzielić tamtą siebie od obecnej. To był nowy, i miała nadzieję, że lepszy, etap jej życia. Eksperymentowała więc w domu, bawiła się tym ubiorem, próbując się w różnych wydaniach, w tym w tych bardziej odważniejszych. Ale nadal chodziła w sukienkach, sukniach. Tak pokazała się na pojedynku Louvaina z Panem Bufonem, również w sukience była na weselu u Blacków… Do spodni była też po prostu przyzwyczajona ze względu na noszenie przepisowego munduru aurora. Tak, lubiła podkreślać swoje kobiece kształty, biodra, talię, biust – było co eksponować, wiec nigdy nie próbowała tego zamaskować.
– Oo? Tu jesteś – usłyszała nagle to szuranie z miejsca, w którym jeszcze przed chwilą na pewno go nie było, odwróciła głowę, a zobaczywszy go… Cóż. Minka nie spływała z jej twarzy. Ta niewinna. Ale schyliła się po ten większy pakunek, nie zastanawiając się wcale nad tym, że wypina to i owo, i zaraz trzymając zawiniątko, wyciągnęła je do Sauriela. Tam właśnie znajdowała się ta skóra, duża, odpowiednio wyprawiona skóra tygrysa, w pomarańczowo-biało-czarne pasy. – Cieszę się, bo mogę ci to dać – odparła, całkowicie zgodnie z prawdą… tyle, że nie całą. Ale wolała dawkować to szczęście. – Proszę, dla ciebie – nie zapytała go, jak się czuje, bo nie chciała… nie chciała nawiązywać do tamtej rozmowy. Nie teraz w każdym razie.