Nie chciała słuchać o tym, że jest wspaniała, ale on coś tam. Tego umniejszania sobie samemu, które odbierało radość z miłych słów – a te przecież słyszała tak rzadko. Chciała usłyszeć coś miłego, bez dopisków. Jesteś wspaniała – kropka. Jesteś kochana, kropka. Podobasz mi się, bez ale. To „ale” zawsze miało jakąś taką gorycz – albo coś o niej, albo coś o drugiej osobie, żeby załagodzić uderzenie, ale jednocześnie zdawała sobie sprawę, że Sauriel pewnie o tym nie myślał, o tym, jak to zabrzmiało. Że istniała szansa, że naprawdę nie miał nic złego na myśli i po prostu nie wiedział, jak ma przekazać to, że go to wszystko przytłoczyło. Widziała to już kiedyś, w trochę innym wydaniu, widziała też teraz, coś się zmieniło. W nim. W niej. W nich, pomiędzy nimi – było inaczej.
Spokojniej. Stabilniej. Chociaż w sercu Victorii i tak szalała burza, którą cały czas starała się ugłaskać.
Uśmiechnęła się więc leciutko, kiedy po chwili namysłu zgodził się, by zostać – nie tak dosłownie, ale widać jej sugestia, po przekalkulowaniu, okazała się nie być taka zła. Luna rzecz jasna nie usłuchała Kwiatuszka i rzuciła się na niego znowu, ten leżał teraz na boku, a mały czarny koci wampirek rzucił mu się do gardła, nastała chwila walki… A tak naprawdę to przyjaznych zaczepek, bo Luna nie była ani duża ani silna (Kwiatuszek też nie, ale mimo to był starszy od Luny, a przez to większy, ale był również mniej narwany, co wynikało raczej z jego usposobienia). Jak to się dalej potoczyło – Victoria tego nie widziała, bo teleportowała się z kuchni, która była na parterze, do swojej sypialni, gdzie spędziła chwilę, wybierając z szafy ubrania i bieliznę, a później zamknęła się w łazience. Co tam robiła? Wszystko to, co mogła czynić dama po długiej podróży: czyli wzięła kąpiel w gorącej wodzie (która rzecz jasna zupełnie jej nie ogrzała), ale za to rozluźniła mięśnie, a potem wmasowała w swoje blizny maść, której używała regularnie – bo to, co pozostało jej z maja, ze spotkania z mężczyzną, który skrzywdził ją we śnie, uważała, ze ją oszpeca. Później wtarła jakieś kremy, olejki… No trwało to chwilę. Dłuższą. Taką, że Sauriel jakby szedł ślimaczym tempem z kuchni do salonu po schodach, a potem stał na tym balkonie i jarał… to zdążyłby wyjarać pewnie i kilka tych papierosów. A potem jeszcze zdążyłby się napatrzeć na koty, które poszły za nim do salonu: kwiatuszek bez problemu, ale Luna to pomału wdrapywała się na te schody (bo Victoria, na każdym stopniu przy ścianie poukładała małe pudełka – kto bogatemu zabroni – żeby zrobić dla małej mniejsze schodki, takie na te jej krótkie nóżki). W każdym razie, Sauriel miał naprawdę sporo czasu dla siebie. Victoria celowo to przedłużała prawdę powiedziawszy, żeby na pewno zdążył ochłonąć, bez jej obecności.
W końcu jednak była gotowa – włosy umyte, wysuszone magią, ubrana… cóż. Jak na Sauriela to pewnie by powiedział znowu, że jak dziwki z Nokturnu – czyli spodnie i mocno prześwitująca koszula, ale jej się podobało. Może i odważne, ale czuła się w tym nieco pewna siebie, zwłaszcza, że te jej blizny, i na ręce, i na plecach, były przez to na pewien sposób widoczne. Zeszła do salonu, gdzie zostawiła swoje torby – nie wiedziała gdzie jest Sauriel, ale i tak zamierzała otworzyć jedną z nich, by dostać się do tego… prezentu.
– Spokój – rzuciła do kotów (chyba były w takiej fazie, zwłaszcza Luna, jeśli chodziło o te zaczepki).
Niby czemu miała mu nic nie przywieźć? To też była forma wyrażenia sympatii i pamięci. No i owszem – zdobyła dla niego tę skórę, o która mu chodziło. Trochę za to zapłaciła, ale szczerze mówiąc, to zupełnie nie przywiązała do tego wagi. Skóra była poskładana i zapakowana tak, by nic jej się nie stało w podroży. Ale oprócz tego, dokopała się jeszcze do mniejszego pakuneczku – a co w nim było. Ha. Na samą myśl jej się usta leciutko wyginały w górę. Niewinnie. A kto ją znał, to doskonale wiedział, że ten uśmieszek oznacza, że coś kombinowała.