23.11.2024, 14:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.11.2024, 14:12 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Miasteczko, w którym z wiadomych względów okazjonalnie spędzał całkiem dużo czasu, zawsze wydawało mu się ponure. Nawet w późne letnie wieczory, kiedy powietrze powinno być jeszcze ciepłe a atmosfera przyjemnie lekka, w miarę zbliżania się do tego miejsca, ciepło zdawało się zanikać. W momencie przekroczenia granic Little Hangleton cienie stawały się dłuższe a ponura atmosfera była wręcz gęsta i namacalna. Dałoby się ją kroić nożem. Tych w tym miejscu nie brakowało.
Po zmierzchu ulice były puste, jednakże wyłącznie z pozoru. Ambroise dobrze wiedział, że w rzeczywistości to miejsce nigdy nie przestawało żyć własnym życiem. To, że nie minęli zbyt wielu osób, odkąd weszli między budynki, zupełnie o niczym nie świadczyło. Ludzie tutaj lubili kryć się w mroku, z którego mogli obserwować przybyszów, sami pozostając niezauważeni.
Większość mieszkańców nie chcących mieć zbyt wiele wspólnego z tym, co działo się po zmroku, dawno udała się do domów. Okna w większości budynków były zasłonięte grubymi kotarami. Ciemne i ponure, pozbawione śladu na to, że gdzieś wewnątrz pomieszczeń toczyło się życie.
Tylko z nielicznych biło światło - blade i przytłumione, skrywające ciemne i zagracone wnętrza. Raz na jakiś czas w przez przybrudzone szyby dało się dostrzec przemykające koło okien blade, mgliste sylwetki. A gdy było się dostatecznie blisko zewnętrznego parapetu, można było mieć wrażenie, że zewsząd dobiegały szmery, które mogłyby być zarówno skutkami donośnie prowadzonych rozmów i nieporadnie rzuconych zaklęć wyciszających, jak i czymś znacznie mroczniejszym.
Słabe światło żółtych latarni rzucało niespokojne cienie na ściany wąskich uliczek. Nie docierało wszędzie. Jedynie tam, gdzie ktoś faktycznie zadał sobie dostatecznie dużo trudu, żeby zadbać o swój kawałek miasteczka.
Na przykład tam na rogu przy niewielkim sklepie z alkoholem, który sprzedawał tanie piwo w brązowych butelkach owiniętych szarym papierem. Albo w starej piekarni obok, w której sprzedawano głównie twarde, mało atrakcyjnie wyglądające pieczywo, gdzie zapach świeżych bułek już dawno wyparował.
Właściciele podobnych przybytków co prawda starali się sprawiać wrażenie, że robią cokolwiek dla lokalnej społeczności. Zamiatali chodniki, naprawiali pobite klosze lamp, stawiali skrzynki z przywiędłymi kwiatami na parapetach, ale to nie mogło sprawić, że dzięki ich wysiłkom ktokolwiek nagle uzna to miasto za przyjemniejsze.
Mężczyźni i kobiety, którzy pojawiali się w tych miejscach, nieczęsto odsłaniali swoje najciemniejsze oblicza. Wbrew pozorom Little Hangleton nie było miejscem, w którym ludzie ginęli na środku ulicy. Ci, którzy tu działali byli znacznie bardziej dyskretni. Potrafili sprawiać pozory, gdy to było konieczne. Dzięki temu lokalni sprzedawcy mogli wypełniać swoją część niepisanej umowy i odwracać wzrok, udając, że ich klientela przyszła tu tylko na jedno piwo, góra dwa.
Jednakże ponure twarze przybyszów i nieprzyjemne zapachy były dowodem na to, że ci ludzie zbyt długo przebywali w bagnie własnych wyborów. Mogli być pozornie czyści, ciemno, ale schludnie ubrani, zlani perfumami, ale to nie było w stanie zabić swądu nekromancji. Całe miasteczko było nim przesiąknięte.
- Mhm - odmruknął do towarzyszki, kiedy obdarzyła go swoim światłym komentarzem, jednocześnie cały czas wiodąc spojrzeniem za znikającym kotem.
Niby nic. Zwykły zwierzak, ale tutaj nic nie było takie jakie mogło się wydawać. Kot równie dobrze mógł być animagiem albo czyimś familiarem, który właśnie nonszalancko zamiótł ogonem i poszedł zdać raport komuś kto obecnie kontrolował przepływ przybyszów w miasteczku. Natomiast czy to było takie istotne?
Nie robili nic, co mogłoby wplątać ich w kłopoty. Nie to, że trzeba było robić cokolwiek, żeby się w nie tutaj wmieszać, ale chwilowo udawało im się nie przyciągać zainteresowania.
Chwila moment mogli znaleźć się we w miarę prywatnej przestrzeni doprowadzając tę noc do końca. Może nie wznosząc się na wyżyny komfortu ani nie osiągając stanu relaksu, ale nie mogli mieć wszystkiego. Wystarczyło, że wewnątrz czterech ścian jego nerwowa towarzyszka, której stan i nagłą panikę rzecz jasna dostrzegł, unosząc brwi i kiwając głową (spokojnie, to nic takiego odpowiedziało jego spojrzenie) mogła spróbować złapać oddech.
Bar czy pub, o którym wspomniała Regina mógł być tym miejscem.
- Mhm. A więc do baru - odpowiedział jej krótko, ciszej niż wcześniej na łąkach, bo odkąd przekroczyli granice miasteczka, każde głośniejsze słowo czy dłuższa wypowiedź zdawały się być nie na miejscu.
Mijając palących papierosy nieopodal drzwi do nieoznakowanego lokalu, dostrzegł ich znudzone twarze, które może nie zwróciły się w ich kierunku, ale bez wątpienia bacznie ich obserwowały. Instynktownie przyspieszył kroku, co prawda czekając na kobietę i dostosowując tempo do jej kroków, ale chcąc jak najszybciej znaleźć się wewnątrz lokalu.
Tego, którego szyld zaskrzypiał na wietrze przed nimi. Miejsca, którego jaśniejsze światło i zapachy, jakie roztaczało nawet na zewnątrz sprawiały, że mogło się wydawać ostatnią ostoją w tym ponurym czyśćcu. Nad drzwiami wisiał ten nieco zapadnięty szyld, który wcześniej zajęczał w podmuchu. Litery powoli blakły, zdawało się, że sprzeciwiają się upływowi czasu, bo nadal były całkiem wyraźne, ale jednocześnie jakby zamazane.
- Chodźmy. Nie ma co czekać - kiwnął głową od razu ruszając dalej, wyćwiczonym, instynktownym ruchem otwierając drzwi przed Reginą i cofając się w bok, żeby przepuścić ją przed nim.
Po przekroczeniu progu, Ambroise poczuł od razu znajomy zapach starego drewna, alkoholu i potu, swoistą mieszankę przygnębienia i czegoś znajomego, co przypominało mu o barze na Nokturnie czy w innych podobnych miejscach.
Może nie byli tu najbardziej mile widziani i bezpieczni, ale z pewnością mogli tu spędzić noc w lepszych warunkach niż tam na łące. Trudno byłoby powiedzieć, że mogli się tu poczuć jak na swoim, ale Ambroise nie czuł niepokoju. Może nie przyszedł tu w interesach, jednak jakoś należał do tego mrocznego kręgu. W ten czy w inny sposób.
Bar był niewielki, ciemny, z ledwie jednym oknem. Blady za stłumiony blask lampy, która mrugała od czasu do czasu, eksponował zniszczoną i przygarbioną sylwetkę barmana.
Spojrzał na człowieka, który od lat zdawał się być elementem tego miejsca. Zawsze tu był wpatrując się w zniszczoną ladę, jakby chciał dostrzec, co za tym się kryje. Wszystko tutaj było niezmienne, jakby zatrzymało się w czasie. Stary sweter porzucony na wieszaku w kącie wisiał tu za każdym razem, gdy Roise pojawiał się wewnątrz. Skórzane obicia krzeseł wyblakły i powycierały się przez lata intensywnego użytkowania. Zasłony były zaszmacone, miały na sobie ślady pozaszywanych rozdarć - dawnych awantur.
Karta menu, w której przeważały napisy o tanim piwie i wódce, nie zachęcała do eksperymentów. Powiedziałby, że lepiej nie ryzykować.
Zanim dogadali się, co do zajęcia jednego z nielicznych pokojów na piętrze, Greengrass zamówił piwo smakujące gorzką goryczą, idealnie wpasowujące się w atmosferę. Drugie bez słowa trafiło w ręce jego towarzyszki. Później czekali.
W tym miejscu czas wydawał się zwalniać. Na ścianach wisiały fotografie starych lokalsów, którzy kiedyś przesiadywali tu, dzieląc się opowieściami. Był pewien, że jakiekolwiek by były, niewiele różniły się od jego własnych.
A jednak każda twarz na zdjęciu, każdy cień na twarzy zapewne dawno martwych czarodziejów skrywał o wiele więcej. To była galeria pecha i zaprzepaszczonych szans.
Nawet jeśli Ambroise wiedział, że gdzieś tam za oknami nadal było ciepło. W Dolinie Godryka, Londynie czy gdziekolwiek indziej w dalszym ciągu trwał piękny letni wieczór to tu w sercu miasteczka wiało jesiennym chłodem. Tak wszechogarniającym, że nawet zapach letnich kwiatów wydawał się odległym wspomnieniem. Działanie samotniczki też miało wreszcie zaniknąć.
- Jeszcze kilka godzin i minie - odezwał się do Reginy, tym razem łagodniej, trochę bardziej zmęczony żwawym marszem niż poirytowany zaistniałą sytuacją.
Wszystko kiedyś przemijało. W ciepłym wnętrzu pokoju na poddaszu z miską gulaszu, kołdrą i kilkoma kocami zarzuconymi wokół ramion, miała przetrwać ten wieczór. Spełnił swoją obietnicę. Przynajmniej tą jedną.
Po zmierzchu ulice były puste, jednakże wyłącznie z pozoru. Ambroise dobrze wiedział, że w rzeczywistości to miejsce nigdy nie przestawało żyć własnym życiem. To, że nie minęli zbyt wielu osób, odkąd weszli między budynki, zupełnie o niczym nie świadczyło. Ludzie tutaj lubili kryć się w mroku, z którego mogli obserwować przybyszów, sami pozostając niezauważeni.
Większość mieszkańców nie chcących mieć zbyt wiele wspólnego z tym, co działo się po zmroku, dawno udała się do domów. Okna w większości budynków były zasłonięte grubymi kotarami. Ciemne i ponure, pozbawione śladu na to, że gdzieś wewnątrz pomieszczeń toczyło się życie.
Tylko z nielicznych biło światło - blade i przytłumione, skrywające ciemne i zagracone wnętrza. Raz na jakiś czas w przez przybrudzone szyby dało się dostrzec przemykające koło okien blade, mgliste sylwetki. A gdy było się dostatecznie blisko zewnętrznego parapetu, można było mieć wrażenie, że zewsząd dobiegały szmery, które mogłyby być zarówno skutkami donośnie prowadzonych rozmów i nieporadnie rzuconych zaklęć wyciszających, jak i czymś znacznie mroczniejszym.
Słabe światło żółtych latarni rzucało niespokojne cienie na ściany wąskich uliczek. Nie docierało wszędzie. Jedynie tam, gdzie ktoś faktycznie zadał sobie dostatecznie dużo trudu, żeby zadbać o swój kawałek miasteczka.
Na przykład tam na rogu przy niewielkim sklepie z alkoholem, który sprzedawał tanie piwo w brązowych butelkach owiniętych szarym papierem. Albo w starej piekarni obok, w której sprzedawano głównie twarde, mało atrakcyjnie wyglądające pieczywo, gdzie zapach świeżych bułek już dawno wyparował.
Właściciele podobnych przybytków co prawda starali się sprawiać wrażenie, że robią cokolwiek dla lokalnej społeczności. Zamiatali chodniki, naprawiali pobite klosze lamp, stawiali skrzynki z przywiędłymi kwiatami na parapetach, ale to nie mogło sprawić, że dzięki ich wysiłkom ktokolwiek nagle uzna to miasto za przyjemniejsze.
Mężczyźni i kobiety, którzy pojawiali się w tych miejscach, nieczęsto odsłaniali swoje najciemniejsze oblicza. Wbrew pozorom Little Hangleton nie było miejscem, w którym ludzie ginęli na środku ulicy. Ci, którzy tu działali byli znacznie bardziej dyskretni. Potrafili sprawiać pozory, gdy to było konieczne. Dzięki temu lokalni sprzedawcy mogli wypełniać swoją część niepisanej umowy i odwracać wzrok, udając, że ich klientela przyszła tu tylko na jedno piwo, góra dwa.
Jednakże ponure twarze przybyszów i nieprzyjemne zapachy były dowodem na to, że ci ludzie zbyt długo przebywali w bagnie własnych wyborów. Mogli być pozornie czyści, ciemno, ale schludnie ubrani, zlani perfumami, ale to nie było w stanie zabić swądu nekromancji. Całe miasteczko było nim przesiąknięte.
- Mhm - odmruknął do towarzyszki, kiedy obdarzyła go swoim światłym komentarzem, jednocześnie cały czas wiodąc spojrzeniem za znikającym kotem.
Niby nic. Zwykły zwierzak, ale tutaj nic nie było takie jakie mogło się wydawać. Kot równie dobrze mógł być animagiem albo czyimś familiarem, który właśnie nonszalancko zamiótł ogonem i poszedł zdać raport komuś kto obecnie kontrolował przepływ przybyszów w miasteczku. Natomiast czy to było takie istotne?
Nie robili nic, co mogłoby wplątać ich w kłopoty. Nie to, że trzeba było robić cokolwiek, żeby się w nie tutaj wmieszać, ale chwilowo udawało im się nie przyciągać zainteresowania.
Chwila moment mogli znaleźć się we w miarę prywatnej przestrzeni doprowadzając tę noc do końca. Może nie wznosząc się na wyżyny komfortu ani nie osiągając stanu relaksu, ale nie mogli mieć wszystkiego. Wystarczyło, że wewnątrz czterech ścian jego nerwowa towarzyszka, której stan i nagłą panikę rzecz jasna dostrzegł, unosząc brwi i kiwając głową (spokojnie, to nic takiego odpowiedziało jego spojrzenie) mogła spróbować złapać oddech.
Bar czy pub, o którym wspomniała Regina mógł być tym miejscem.
- Mhm. A więc do baru - odpowiedział jej krótko, ciszej niż wcześniej na łąkach, bo odkąd przekroczyli granice miasteczka, każde głośniejsze słowo czy dłuższa wypowiedź zdawały się być nie na miejscu.
Mijając palących papierosy nieopodal drzwi do nieoznakowanego lokalu, dostrzegł ich znudzone twarze, które może nie zwróciły się w ich kierunku, ale bez wątpienia bacznie ich obserwowały. Instynktownie przyspieszył kroku, co prawda czekając na kobietę i dostosowując tempo do jej kroków, ale chcąc jak najszybciej znaleźć się wewnątrz lokalu.
Tego, którego szyld zaskrzypiał na wietrze przed nimi. Miejsca, którego jaśniejsze światło i zapachy, jakie roztaczało nawet na zewnątrz sprawiały, że mogło się wydawać ostatnią ostoją w tym ponurym czyśćcu. Nad drzwiami wisiał ten nieco zapadnięty szyld, który wcześniej zajęczał w podmuchu. Litery powoli blakły, zdawało się, że sprzeciwiają się upływowi czasu, bo nadal były całkiem wyraźne, ale jednocześnie jakby zamazane.
- Chodźmy. Nie ma co czekać - kiwnął głową od razu ruszając dalej, wyćwiczonym, instynktownym ruchem otwierając drzwi przed Reginą i cofając się w bok, żeby przepuścić ją przed nim.
Po przekroczeniu progu, Ambroise poczuł od razu znajomy zapach starego drewna, alkoholu i potu, swoistą mieszankę przygnębienia i czegoś znajomego, co przypominało mu o barze na Nokturnie czy w innych podobnych miejscach.
Może nie byli tu najbardziej mile widziani i bezpieczni, ale z pewnością mogli tu spędzić noc w lepszych warunkach niż tam na łące. Trudno byłoby powiedzieć, że mogli się tu poczuć jak na swoim, ale Ambroise nie czuł niepokoju. Może nie przyszedł tu w interesach, jednak jakoś należał do tego mrocznego kręgu. W ten czy w inny sposób.
Bar był niewielki, ciemny, z ledwie jednym oknem. Blady za stłumiony blask lampy, która mrugała od czasu do czasu, eksponował zniszczoną i przygarbioną sylwetkę barmana.
Spojrzał na człowieka, który od lat zdawał się być elementem tego miejsca. Zawsze tu był wpatrując się w zniszczoną ladę, jakby chciał dostrzec, co za tym się kryje. Wszystko tutaj było niezmienne, jakby zatrzymało się w czasie. Stary sweter porzucony na wieszaku w kącie wisiał tu za każdym razem, gdy Roise pojawiał się wewnątrz. Skórzane obicia krzeseł wyblakły i powycierały się przez lata intensywnego użytkowania. Zasłony były zaszmacone, miały na sobie ślady pozaszywanych rozdarć - dawnych awantur.
Karta menu, w której przeważały napisy o tanim piwie i wódce, nie zachęcała do eksperymentów. Powiedziałby, że lepiej nie ryzykować.
Zanim dogadali się, co do zajęcia jednego z nielicznych pokojów na piętrze, Greengrass zamówił piwo smakujące gorzką goryczą, idealnie wpasowujące się w atmosferę. Drugie bez słowa trafiło w ręce jego towarzyszki. Później czekali.
W tym miejscu czas wydawał się zwalniać. Na ścianach wisiały fotografie starych lokalsów, którzy kiedyś przesiadywali tu, dzieląc się opowieściami. Był pewien, że jakiekolwiek by były, niewiele różniły się od jego własnych.
A jednak każda twarz na zdjęciu, każdy cień na twarzy zapewne dawno martwych czarodziejów skrywał o wiele więcej. To była galeria pecha i zaprzepaszczonych szans.
Nawet jeśli Ambroise wiedział, że gdzieś tam za oknami nadal było ciepło. W Dolinie Godryka, Londynie czy gdziekolwiek indziej w dalszym ciągu trwał piękny letni wieczór to tu w sercu miasteczka wiało jesiennym chłodem. Tak wszechogarniającym, że nawet zapach letnich kwiatów wydawał się odległym wspomnieniem. Działanie samotniczki też miało wreszcie zaniknąć.
- Jeszcze kilka godzin i minie - odezwał się do Reginy, tym razem łagodniej, trochę bardziej zmęczony żwawym marszem niż poirytowany zaistniałą sytuacją.
Wszystko kiedyś przemijało. W ciepłym wnętrzu pokoju na poddaszu z miską gulaszu, kołdrą i kilkoma kocami zarzuconymi wokół ramion, miała przetrwać ten wieczór. Spełnił swoją obietnicę. Przynajmniej tą jedną.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down