19.11.2024, 00:10 ✶
Zemlął kurwę w ustach. Jaskinię zaczął wypełniać gryzący dym. Gęsty i intensywny jak na to, co powinno się stać. Nie uważał, że pochopnego działania. Tak załatwiało się bestie. Nawet on to wiedział.
Czego nie dało się ze stuprocentową pewnością unieszkodliwić obcięciem głowy i rozczłonkowaniem, dodatkowo się paliło. Jaskinia wydawała się duża. Dostatecznie, aby dym nie stał się tym, czym się stał. Mimo stojącego powietrza i odoru byli przecież w kompleksie, do którego dopływały zimne podmuchy.
To nie mogło być naturalne zjawisko, choć swąd płonącego ciała był jednoznacznie obrzydliwy. Czuł go mimo osłoniętej twarzy. A przecież nie pozbywali się człowieczego ciała. Ogień trawiący członki rozprzestrzenił się szybko. Kłęby dymu poszły w górę z rozbłyskiem światła, rozchulaniem się płomieni.
Ambroisa zaczęło szczypać w oczy, ale to inni mieli gorzej. Odruchowo sięgnął wpierw do torby, której zawartość sam układał od lat zgodnie z tym samym systemem.
Wydobył stamtąd złożoną chustę.
- Ma m... - zaczął odruchowo, urywając w połowie w przypływie refleksji, jednocześnie z mrugnięciem zatrzymując rękę w połowie ruchu na sekundę bądź dwie - Ger, usta - dokończył wyciągając ku Yaxleyównie zwiniętą cienką chustkę wyjętą pospiesznie z zewnętrznej kieszeni torby.
Nie była to najlepsza osłona przed dymem. Szczególnie, gdy ten zdążył już wedrzeć się do ust i nosów dwojga z towarzyszy Greengrassa, ale to zawsze było coś. Jakaś wątła, prowizoryczna ochrona przed wdychaniem tego więcej. On miał swój golf. Miał płaszcz, który w tym momencie zdecydował się ściągnąć w tył, nie zdejmując torby przewieszonej na ukos przez ramię i wciskając go zwiniętego w ręce Geraldine.
- Thomas - zakomunikował jej krótko głośniejszym tonem, bo materiał golfu na twarzy znacząco tłumił jego głos.
W tym momencie nie widział dobrze Figga, jedynie zarysy sylwetek w kłębach bieli i szarości. Dym zaczął gryźć go w oczy, które zaczęły wypełniać się piekącymi łzami. Natomiast Ambroise pamiętał, że przyjaciel stał gdzieś niedaleko Yaxleyówny, robiąc coś w ciemności.
Jeśli ktoś mógł mu przekazać cienki, sztywny, ciemnozielony prochowiec z wysokim kołnierzem to właśnie Geraldine. Był z Thomasem podobnego wzrostu, innej postury, więc Figg miałby do dyspozycji sporo luźnego materiału.
Tyle Roise mógł zrobić na ten moment.
Nie był to może najbardziej światły pomysł, ale w takich okolicznościach liczyła się reakcja, nie długie kombinacje. Zamachnął się różdżką starając się wyraźnie wymówić zaklęcie, kształtując parę ochronnych laboratoryjnych gogli. Przylegających, nieprzepuszczalnych. Jeśli mu się powiodło, spróbował drugie. W przypadku, gdy jakieś powstały, pierwsze miały trafić do Geraldine.
A potem nagle zamarł na dźwięk głosu, który rozległ się w jaskini. Instynktownie rozejrzał się dookoła próbując dojść, skąd dochodzą słowa. Echo mu to uniemożliwiało. Nie był w stanie zlokalizować miejsca, z którego mogło natrzeć zagrożenie. Szczególnie, że szczypały go oczy, wzrok zamazywał się, jeżeli nie udało mu się założyć okularów (co planował, gdyby druga para powstała).
To wszystko nic nie dało. Grzyby zgasły, szlag. Odruchowo wyciągnął rękę w kierunku Geraldine, zamierzając w razie czego przepchnąć ją za siebie albo samemu wepchnąć się przed nią. Jeszcze nie wiedział. Chwilowo ścisnął różdżkę w dłoni, szykując się na dogrywkę.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Czego nie dało się ze stuprocentową pewnością unieszkodliwić obcięciem głowy i rozczłonkowaniem, dodatkowo się paliło. Jaskinia wydawała się duża. Dostatecznie, aby dym nie stał się tym, czym się stał. Mimo stojącego powietrza i odoru byli przecież w kompleksie, do którego dopływały zimne podmuchy.
To nie mogło być naturalne zjawisko, choć swąd płonącego ciała był jednoznacznie obrzydliwy. Czuł go mimo osłoniętej twarzy. A przecież nie pozbywali się człowieczego ciała. Ogień trawiący członki rozprzestrzenił się szybko. Kłęby dymu poszły w górę z rozbłyskiem światła, rozchulaniem się płomieni.
Ambroisa zaczęło szczypać w oczy, ale to inni mieli gorzej. Odruchowo sięgnął wpierw do torby, której zawartość sam układał od lat zgodnie z tym samym systemem.
Wydobył stamtąd złożoną chustę.
- Ma m... - zaczął odruchowo, urywając w połowie w przypływie refleksji, jednocześnie z mrugnięciem zatrzymując rękę w połowie ruchu na sekundę bądź dwie - Ger, usta - dokończył wyciągając ku Yaxleyównie zwiniętą cienką chustkę wyjętą pospiesznie z zewnętrznej kieszeni torby.
Nie była to najlepsza osłona przed dymem. Szczególnie, gdy ten zdążył już wedrzeć się do ust i nosów dwojga z towarzyszy Greengrassa, ale to zawsze było coś. Jakaś wątła, prowizoryczna ochrona przed wdychaniem tego więcej. On miał swój golf. Miał płaszcz, który w tym momencie zdecydował się ściągnąć w tył, nie zdejmując torby przewieszonej na ukos przez ramię i wciskając go zwiniętego w ręce Geraldine.
- Thomas - zakomunikował jej krótko głośniejszym tonem, bo materiał golfu na twarzy znacząco tłumił jego głos.
W tym momencie nie widział dobrze Figga, jedynie zarysy sylwetek w kłębach bieli i szarości. Dym zaczął gryźć go w oczy, które zaczęły wypełniać się piekącymi łzami. Natomiast Ambroise pamiętał, że przyjaciel stał gdzieś niedaleko Yaxleyówny, robiąc coś w ciemności.
Jeśli ktoś mógł mu przekazać cienki, sztywny, ciemnozielony prochowiec z wysokim kołnierzem to właśnie Geraldine. Był z Thomasem podobnego wzrostu, innej postury, więc Figg miałby do dyspozycji sporo luźnego materiału.
Tyle Roise mógł zrobić na ten moment.
Nie był to może najbardziej światły pomysł, ale w takich okolicznościach liczyła się reakcja, nie długie kombinacje. Zamachnął się różdżką starając się wyraźnie wymówić zaklęcie, kształtując parę ochronnych laboratoryjnych gogli. Przylegających, nieprzepuszczalnych. Jeśli mu się powiodło, spróbował drugie. W przypadku, gdy jakieś powstały, pierwsze miały trafić do Geraldine.
A potem nagle zamarł na dźwięk głosu, który rozległ się w jaskini. Instynktownie rozejrzał się dookoła próbując dojść, skąd dochodzą słowa. Echo mu to uniemożliwiało. Nie był w stanie zlokalizować miejsca, z którego mogło natrzeć zagrożenie. Szczególnie, że szczypały go oczy, wzrok zamazywał się, jeżeli nie udało mu się założyć okularów (co planował, gdyby druga para powstała).
To wszystko nic nie dało. Grzyby zgasły, szlag. Odruchowo wyciągnął rękę w kierunku Geraldine, zamierzając w razie czego przepchnąć ją za siebie albo samemu wepchnąć się przed nią. Jeszcze nie wiedział. Chwilowo ścisnął różdżkę w dłoni, szykując się na dogrywkę.
Chustka 60x60 - część ekwipunku z pierwszego posta. Przekazuję, można mi mentalnie odhaczyć, że nie mam.
Płaszcza też już nie mam. Płaszcz poza drobnymi monetami i różnymi niezbyt przydatnymi rzeczami ma puste kieszenie. Według ekwipunku z pierwszego posta.
Nie robię akcji na AF. To są nieokreślone zamiary, dlatego podkreślam tylko pierwszą część zdania.
Kształtowanie (••) + Wiedza o Przyrodzie (III) jako doświadczenie z kształtowaniem takich przedmiotów, np. w Towarzystwie Herbologicznym.
Próbuję zyskać dobre, przylegające okulary laboratoryjne x2
Zapewne rzut #1 na pierwsze, rzut #2 na drugie, oddaję do decyzji MG
Jeśli są tylko jedne to od razu przekazuję.
Płaszcza też już nie mam. Płaszcz poza drobnymi monetami i różnymi niezbyt przydatnymi rzeczami ma puste kieszenie. Według ekwipunku z pierwszego posta.
Nie robię akcji na AF. To są nieokreślone zamiary, dlatego podkreślam tylko pierwszą część zdania.
Kształtowanie (••) + Wiedza o Przyrodzie (III) jako doświadczenie z kształtowaniem takich przedmiotów, np. w Towarzystwie Herbologicznym.
Próbuję zyskać dobre, przylegające okulary laboratoryjne x2
Zapewne rzut #1 na pierwsze, rzut #2 na drugie, oddaję do decyzji MG
Rzut N 1d100 - 18
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 9
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Jeśli są tylko jedne to od razu przekazuję.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down