17.11.2024, 23:27 ✶
Sapał chaotycznie, zapowietrzał się. Naprawdę starał się oddychać stabilnie, ale emocje zgniatały go teraz z każdej możliwej strony. Po tym co zostało w tym pomieszczeniu powiedziane wyglądał inaczej, gorzej, po tym co Laurent dodał teraz... Crow wyglądał jak mała ludzka katastrofa. Przyznanie się do sprowokowania wampira do ataku w ramach próby samobójczej było potworne, było czymś, od czego mężczyzna stracił grunt pod nogami, a teraz kiedy wisiał na skraju przepaści, usłyszał mogę ci pomóc tylko puszczając cię i pierwszy raz wtrącił się tak gwałtownie pomiędzy jego wypowiedzi. Wpierw prostym, cichym Aha..., ale po dwóch sekundach namysłu nad tym co mu przekazano, powiedział to ostrzej: AHA?, pytająco, nieco złowieszczo, z krzywym panicznym i koślawym uśmiechem wyglądającym okropnie kiedy jednocześnie płakał.
Wytarł te łzy ręką. Był wyraźnie roztrzęsiony. Widziało się to w tym jak się zachowywał, jak uciekał spojrzeniem gdziekolwiek, jak mówił i drżał mu głos.
- Cholera jasna, dałem ci wszystko, c-co tylko potrafiłem, a twoją reakcją jest zerwanie ze mną jeszcze zanim zaczęliśmy ze sobą chodzić? - Niedowierzanie. Głębokie. - Co to kurwa jest... za pojebane uniwersum, jakiś nowy k-kurwa wymiar, arghhhh - warknął, zabierając te dłonie, żeby zakryć czerwoną już teraz ze wstydu twarz. To było takie głupie i żałosne, ze wszystkich rzeczy mogących wywoływać w nim tak silny, wewnętrzny konflikt to musiało być akurat to? I jeszcze dwa końce czegoś, na czym mu zależało w ciągu dwóch tygodni. Kurwa mać! - Zapomniałeś dodać: to nie ty, to ja... a właściwie to jednak ty. - To brzmiało już jak jakiś żart, jakby próbował obrócić to wszystko w dowcip, ale ta mowa pożegnalna przyspieszyła jego serce do poziomu, przy którym serce biło mu tak mocno, aby słyszał w głowie szum.
Crow wstał.
- Waughy, pożegnaj ode mnie chłopaków.
Wróciła ta piekielna niezręczność. Palące uczucie w gardle.
Sapnął znów, tupnął nogą, objął go i Prewett mógł usłyszeć głośny świst. Zniknął ciepły dom państwa Waugh, a oni znaleźli się przy aucie zaparkowanym na skraju absolutnie niczego. Wokół było widać tylko polną drogę i morze zieleni (w przypadku Crowa - szarości), to było jedno z tych miejsc na mapie świata, z którego dało się podziwiać horyzont - widoku nie blokowało nic prócz pojedynczego drzewa.
Nie miał na sobie butów. Nie miał na sobie swojej kurtki. Nie miał dziennika, który dostał, nie miał kluczyków, bo zostały w kieszeni. Nie miał nic. Miał tylko tę cholerną plątaninę myśli. Tak gęstą, tak... duszącą, że gdyby zebrać to wszystko w myślodsiewni, to pewnie zdołałby się w tym utopić.
Wytarł te łzy ręką. Był wyraźnie roztrzęsiony. Widziało się to w tym jak się zachowywał, jak uciekał spojrzeniem gdziekolwiek, jak mówił i drżał mu głos.
- Cholera jasna, dałem ci wszystko, c-co tylko potrafiłem, a twoją reakcją jest zerwanie ze mną jeszcze zanim zaczęliśmy ze sobą chodzić? - Niedowierzanie. Głębokie. - Co to kurwa jest... za pojebane uniwersum, jakiś nowy k-kurwa wymiar, arghhhh - warknął, zabierając te dłonie, żeby zakryć czerwoną już teraz ze wstydu twarz. To było takie głupie i żałosne, ze wszystkich rzeczy mogących wywoływać w nim tak silny, wewnętrzny konflikt to musiało być akurat to? I jeszcze dwa końce czegoś, na czym mu zależało w ciągu dwóch tygodni. Kurwa mać! - Zapomniałeś dodać: to nie ty, to ja... a właściwie to jednak ty. - To brzmiało już jak jakiś żart, jakby próbował obrócić to wszystko w dowcip, ale ta mowa pożegnalna przyspieszyła jego serce do poziomu, przy którym serce biło mu tak mocno, aby słyszał w głowie szum.
Crow wstał.
- Waughy, pożegnaj ode mnie chłopaków.
Wróciła ta piekielna niezręczność. Palące uczucie w gardle.
Sapnął znów, tupnął nogą, objął go i Prewett mógł usłyszeć głośny świst. Zniknął ciepły dom państwa Waugh, a oni znaleźli się przy aucie zaparkowanym na skraju absolutnie niczego. Wokół było widać tylko polną drogę i morze zieleni (w przypadku Crowa - szarości), to było jedno z tych miejsc na mapie świata, z którego dało się podziwiać horyzont - widoku nie blokowało nic prócz pojedynczego drzewa.
Nie miał na sobie butów. Nie miał na sobie swojej kurtki. Nie miał dziennika, który dostał, nie miał kluczyków, bo zostały w kieszeni. Nie miał nic. Miał tylko tę cholerną plątaninę myśli. Tak gęstą, tak... duszącą, że gdyby zebrać to wszystko w myślodsiewni, to pewnie zdołałby się w tym utopić.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.