• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[25.08.1972] The Road Not Taken || Ambroise & Geraldine

[25.08.1972] The Road Not Taken || Ambroise & Geraldine
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
14.11.2024, 00:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.11.2024, 00:51 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  
26.08.1972

Wieczór był. Był jakiś. Próbowała, żeby jej życie było jakieś. Czy jej to wychodziło? Nie do końca, nie miała pojęcia, raczej nie. Wydawało jej się, że utonęła już dawno temu, że gorzej być nie może, jednak ciągle jakby brodziła jeszcze głębiej. Nie spodziewała się, że może być, aż tak źle, nie ma sensu jednak mówić nigdy, bo to zawsze łączyło się z tym samym, zawsze przynosiło jeszcze gorsze.

Próbowała organizować sobie życie, starała się szukać wrażeń, emocji, ludzi, którzy byliby w stanie znaczyć dla niej cokolwiek. Tyle, że były to nic nie znaczące substytuty, które prędzej, czy później miały zostać odrzucone w kąt. Niczym niepotrzebne zabawki. Wiedziała, że nie powinna, nie mogła w ten sposób ich traktować, ale po prostu próbowała poczuć się lepiej, sama ze sobą, wypełnić pustkę, tyle, że była ona chyba za bardzo głęboka. Starała się, uśmiechała, pojawiała się w różnych miejscach, była najlepszą wersją siebie, taką, jakiej nikt nie znał, tyle, że to nie była ona. Jej już dawno zabrakło. Grała, próbowała udowodnić, że jest dobrze, że jest szczęśliwa, że wszystko u niej w porządku, a czuła, że zaczyna jej brakować powietrza, że jeszcze moment i po prostu się udusi. Przepadnie w nicości i nikt, ani nic nie będzie w stanie jej pomóc. Zatracała się. We wszystkim co znała, szukała na siłę kogoś, kto okazałby jej choć odrobinę zainteresowania, tylko, że to nie było to, czego potrzebowała. To nie był on. On już dawno zniknął z jej życia. Zostawił ją samą sobie, porzucił, a ona nie mogła sobie z tym poradzić. Autodestrukcja była najłatwiejszą metodą, chciała czuć, wszystko najlepiej cały otaczający ją świat, tyle, że to nie przynosiło żadnych efektów, nic, nie czuła nic poza pustką, która pojawiła się wtedy, gdy postanowił się od niej uwolnić. Najwyraźniej na to zasługiwała, nie była nikomu do niczego potrzebna, nie dało się z nią żyć. Powinna się z tym pogodzić już dawno temu. Dlaczego w ogóle chociaż przez moment sądziła, że jest inaczej, że ktoś może zobaczyć w niej coś więcej? To przyniosło tylko i wyłącznie rozczarowanie. Powinna do tego przywyknąć, nie była niczym więcej niż tylko i wyłącznie rozczarowaniem. Przynosiła je wszystkim, na którym jej choć trochę zależało. Co najgorsze - zdawała sobie z tego sprawę. Nie było dla niej nadziei, chociaż mogło wydawać się, że było inaczej, próbowała znaleźć coś, kogoś, ale to nie miało żadnego sensu. Nie miała oporów przed tym, żeby stwierdzić, że Thomas też jest tylko tymczasową opcją, którą zamierzała zaraz porzucić, bo nie był nim, nie był tym, któremu oddała duszę i serce, a który postanowił ją opuścić. Potrzebowała jednak przez chwilę, krótką chwilę znaleźć namiastkę tego, co miała kiedyś. To było bezsensowne, właściwie nie przynosiło żadnych efektów, ale czuła, chociaż przez moment, a może wcale nie czuła, tylko to sobie wmawiała? Nie była już niczego pewna.

Jak to się stało, że właściwie trafiła do Piaskownicy? Tak, była na plaży, bawili się razem, kiedy zaczęło wschodzić słońce stwierdziła, że musi gdzieś zniknąć, trafić do miejsca, w którym nie była od dawna. Tak właściwie, to sama nie pamiętała, kiedy ostatnio się tutaj pojawiła. Nie była tu sama. Nie była tu od roku, a może więcej? Wolała nie wiedzieć ile czasu minęło, od kiedy zaczęła spadać po równi pochyłej na sam dół. Końca jednak nie było widać, z każdym dniem znajdowała się coraz bliżej dna, jak głęboko wyląduje? Nie miała pojęcia, przyjdzie jej najwyraźniej poznać te niezbadane odmęty, czy tego chciała, czy nie. Nie chciała, wiedziała, że to nie jest droga, próbowała znaleźć rozwiązanie, ale ono nie istniało. Nie kiedy nie było go obok niej, kiedy czuła, że część jej duszy znajduje się gdzieś indziej i nie chce mieć z nią niczego wspólnego. To bolało, był to ból najgorszy ze wszystkich, jakie przyszło jej przeżyć. Tym bardziej, że miała to wszystko, miała to we własnych rękach i straciła pewnego, wiosennego poranka. Nie spodziewała się, uderzyło to w nią niczym obuch. Odebrał jej, odebrał im, chociaż czy było to właściwie ich, skoro tak łatwo z tego zrezygował? Może od zawsze to było tylko jej, w podświadomości, nieprawdziwe? Nadal nie mogła tego przetrawić, nie umiała, mimo, że minął już ponad rok, długi rok, nadłuższy w jej życiu, jakby trwał co najmniej dekadę, a może i więcej. Rok pełen zła, rok który wolałaby zapomnieć, a musiała w tym wszystkim trwać i żyć, jakoś żyć, ale co to właściwie było za życie. Puste, nijakie, szare, pozbawione kolorów. Nie chciała tego, nie umiała się pogodzić z tym, jak ono teraz wyglądało, ale właściwie to nie miała na to żadnego wpływu. Ta bezradność ją niszczyła, pozbawiała duszę kolejnych kawałków, próbowała jakoś sobie z tym radzić, ale jakoś nigdy nie było dla niej wystarczające. Chciała czegoś więcej, właściwie juz to miała, przez wiele lat, nie potrafiła przywyknąć więc do tej rzeczywistości, to nie było życie, które by sobie wybrała. Nie tego chciała, musiała jednak zaakceptować to, że nie miała na to wpływu. On zdecydował, on z niej zrezygnował, on postanowił, że wyrzucą te siedem lat w pizdu i nic z tego nie będzie, jakby wcale nic nie znaczyły. To bolało, rozszarpało jej serce na milion drobnych kawałków. Musiała jednak żyć, chociaż po co? Jaki to życie miało sens, skoro go w nim nie było? Kiedyś nie umiała sobie tego wyobrazić, teraz oddychała, jej serce biło mimo tego, że on był gdzieś indziej.

Nadleciala tutaj od strony wrzosowiska, tego, które najpiękniej wyglądało jesienią. Uwielbiała tutaj wracać we wrześniu, aby móc napawać się tym widokiem. Wyglądało jak fioloetowe morze, w którym zdarzało im się zatapiać, nasycać sobą, a później wracać do rzeczywistości. Miała wiele wspomnieć związanych z tym miejscem, tych dobrych i tych złych, ale było to ich miejsce, dlatego go unikała. Myślała, że skoro się tutaj nie pojawiała, to jest jeszcze szansa na to, że wrócą do tego co było. Minęło jednak dużo czasu, wypadałoby sprawdzić, czy chatka jeszcze stała, tym razem pojawiła się tu jednak bez niego, pierwszy raz, co oznaczało, że koniec był nieunikniony, że do niego doszło, już dawno, tylko teraz musiała to zaakceptować.

Oparła miotłę jak zawsze, o ścianę tuż przy drzwiach wejściowych, zwróciła uwagę na to, że znajdują się na niej ślady po tym, jak robiła to w przeszłości. Nigdy nie była delikatna, często demonstrowała w ten sposób swoją irytację, gdy jej dzień nie do końca szedł po jej myśli. Huśtawka kołysała się na wietrze, czas jej nie zaszkodził, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Dziwne, okiennica, która miała tendencje do tego, aby wypadać z ramy tym razem wydawała się być na swoim miejscu, nie zdarzało się to często, może ten ostatni raz wystarczył, aby już na zawsze w nim pozostała? Może wiedziała, że nie będzie jej miał kto ponownie naprawić, czy przedmioty, rzeczy, w ogóle mogły wyczuwać to, co się wydarzy, czy był to zbieg okoliczności.

Nie weszła jednak od razu do środka, rzuciła okiem na morze, które było dzisiaj wyjątkowo spokojnie, niebo było różowe, jakby malował je Monet, całkiem malownicze, więc tak miał wyglądać jej koniec, ich koniec? Ciężko było uwierzyć, że mogło być tak pięknie, kiedy kończył się jej świat. Ich koniec nastąpił już dawno temu, powinna się z tym pogodzić, tyle, że dopiero dzisiaj to do niej docierało. Nie było już odwrotu, nie kiedy zjawiła się tutaj sama. Nie chciała iść na tył domu, nie chciała widzieć tego, jak wyglądał ogród. Roise spędzał tam godziny, dbał o niego. Nie miała zamiaru mierzyć się z tym, co się z nim stało. Nie była na to gotowa, nie chciała tego zaakceptować. Mogła się oszukiwać, że ruszyła do przodu, gówno prawda, nadal w tym tkwiła, mimo tych ludzi, których próbowała się chwytać, ciągnąć ze sobą na dno. Nigdy się z tym nie pogodziła.

Musiała wejść do środka, przekręciła klucz w drzwiach, nacisnęła klamkę i znalazła się w domu. Tym, który wzbudzał w niej wiele wspomnień, kojarzył jej się z ich wspólną wizją przyszłości, wtedy miała jeszcze nadzieję, teraz nie było jej w niej już wcale. Pustka. Poczuła pustkę, gdy znalazła się w środku. Nie było go tutaj, więc powinna się tego spodziewać, jej dom był tam, gdzie znajdował się Ambroise, to nie były te puste ściany, zdecydowanie. Przemierzała kolejne pomieszczenia, zatrzymywała się na chwilę w każdym z nich, skupiając się na tych pozytywnych wspomnieniach, które miała związane z tym miejscem. Było ich wiele, tyle, czy to wystarczało? Nie. Potrzebowała czegoś więcej. Wszystko wyglądało tak, jak wtedy, gdy byli tutaj ostatni raz, tyle, że rzeczy przykryte były dosyć grubą warstwą kurzu, dostrzegła koc rzucony przez oparcie kanapy w salonie, jakby nigdy nic, jakby ktoś miał tu jeszcze wrócić. Tyle, że to wszystko już nie wróci. Była tutaj sama. Nic nie było jak dawniej. Dom był pusty, jej świat był pusty, była duchem spacerującym po ruinach tego, co udało im się wspólnie stworzyć. To bolało. Rozdrapała ranę, która powinna była się zabliźnić, jednak to się nie wydarzyło, otworzyła się ponownie. Znowu zaczęła krwawić, a najgorsze było to, że ostatnio znowu go spotkała, zupełnie bez sensu zaangażował się w jej sprawy, ostatni raz, co jeśli ona nie chciała, żeby to był ostatni raz? Nie mogła go jednak prosić o to, żeby wrócił. Miała swój honor, nie mogła sobie pozwolić na coś takiego, mimo, że czuła, że to byłoby to, czego potrzebowała. Musiała się pogodzić z tym, że tak teraz miało wyglądać jej życie, w sumie to nieżycie, egzystencja, próbowała przetrwać, nic więcej, nie było dla niej już żadnej nadziei.

Trafiła w końcu do kuchni, nie umiała wymazać z pamięci jego widoku w tym pomieszczeniu, właściwie ono należało do niego. Ona mu w nim tylko towarzyszyła, od czasu do czasu, przyglądała się, jak tworzył tu te swoje eliskiry, czy przygotowywał im jedzenie. Spędzili w tym miejscu wiele godzin, wiele tygodni, nawet miesiące, szczególnie pod koniec. To był ich azyl, bezpieczne miejsce, ich dom, który razem zbudowali. Teraz była tu sama, to nie było to samo. Brakowało jej w powietrzu jego zapachu, otwarte książki na jednej, czy drugiej szafce przypominały o tym, że tu bywał, że kiedyś pojawiał się w tym miejscu.

W końcu dostrzegła coś, dokumenty, chuj wie co, podeszła bliżej, żeby zobaczyć, co właściwie zauważyła. Wstrzymała oddech, gdy zaczęła czytać to, co jej zostawił. Pozbył się Piaskownicy, tak samo jak pozbył się jej ze swojego życia. Poczuła ból, który zaczął przeszywać jej serce. Faktycznie została z tym sama, jakoś nie cieszyła się z tego powodu, nie chciała tu wracać, nie chciała bywac tu sama. Od zawsze to miejsce należało do nich. Razem je kupili, razem je remontowali, razem budowali tu swój własny, mały świat. Runął. To już nie było to.

Nie cieszyło jej to wcale. Nie chciała tutaj bywać sama, nie chciała zagrzebywać tego, co udało im się razem osiągnąć, ale chyba nie było już odwrotu. Skreślił ją, skreślił ich, porzucił to miejsce, zrezygnował z niego. Zostawił to jej. Co ona właściwie mogła z tym zrobić? Nie zamierzała wracać tu sama, to nie miało najmniejszego sensu. Widziała, że kurz nie zdążył jeszcze osiąść na tych nieszczęsnych dokumentach, musiał być tu niedawno, to była świeża decyzja, dlaczego teraz postanowił to zrobić? Dlaczego teraz chciał faktycznie zrezygnować z tego wszystkiego? Bolało ją serce, bolała ją dusza, nie chciała się na to zgodzić, ale nie miała już wyboru, papiery zostały podpisane, zresztą porzucił ją ponad rok temu. Nie było już nadziei.

Nie chciała tu zostać, musiała wyjść, zaczerpnąć powietrza, żyć, jakoś żyć. Odetchnąć, bo czuła, że zaraz zabraknie jej tlenu, że jeszcze chwila i nie zdoła się podnieść. To był ostateczny cios, który świadczył to tym, że nie było już co zbierać. Została z tym sama. Musiała stąd uciec, nie chciała pogodzić się z myślą, że nigdy już go tutaj nie zastanie, zawsze wydawał jej się być poniekąd przywiązany do Piaskownicy, tak jak i ona. Teraz... teraz została tu sama, właściwie to była już sama od dawna, nie miała nikogo, żadnego oparcia, nie było niczego. Prędzej, czy później zatraci się w tym wszystkim i przepadnie, może tak było lepiej, przynajmniej nikogo nie pociągnie ze sobą, najwyraźniej tak właśnie miało być. Nie była warta tego, żeby ktokolwiek istniał w jej życiu, chaos wszystko pochłonie, czyż nie?

Wzięła więc tylko te dokumenty, po czym w pośpiechu opuściła dom, ich dom, który teraz należał tylko do niej. Nie było nic więcej, tylko ona i jej strach, jej życie, jej niepokój. Złapała swoją miotłę i ze łzami w oczach wbiła się w powietrze. Zniknęła, nie wiedziała, kiedy tu wróci i czy w ogóle tu wróci, chociaż to miejsce od teraz należało tylko do niej, ale to nie było to, czego chciała, bo to miał być ich dom na zawsze, ale może nic nie trwało na zawsze?


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2113), Geraldine Greengrass-Yaxley (2080)




Wiadomości w tym wątku
[25.08.1972] The Road Not Taken || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.11.2024, 00:16
RE: [25.08.1972] The Road Not Taken || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.11.2024, 00:49

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa