13.11.2024, 23:09 ✶
Choć na zewnątrz świat niemalże zamarł w cichym mroku nocy to wnętrze małej, stosunkowo ciasnej szklarni skrytej w mroku pulsowało życiem. Całkiem. Cholernie. Nieoczekiwanym. A jednak bez wątpienia życiem.
Nawet przed przyjściem Roselyn, Ambroise nie znajdował się tu w samotności. Był otoczony przez gęstwinę zieleni, która mimo braku dziennego światła zdawała się żyć własnym życiem jeszcze na długo przed dokonaniem przez mężczyznę odkrycia, że bądź co bądź właśnie tak było.
Czasami zdawało się, że w powietrzu unosił się lekki szept, jakby rośliny rozmawiały między sobą, dzieląc się tajemnicami, które tylko one były w stanie zrozumieć. Greengrass nie wiedział czy chciałby poznać ich język i to, co teraz mówiły.
Odnosił wrażenie, że wtedy tym bardziej nie byłby w stanie zamknąć oka tej nocy, bo małe drzewka wiggenowe zdawały się mieć jakieś powiązanie z drzewami na zewnątrz. A tam kryła się już ta niepisana groza, którą wyczuwał nie tylko on, lecz również Roselyn. Ojca nie mieli jak o to obecnie spytać.
Zimny podmuch wiatru drżał na szklanych drzwiach, raz po raz próbując wedrzeć się do środka, ale wewnątrz panował niecodzienny, całkiem kojący spokój. Obcowanie z naturą niemal zawsze przynosiło mu pewną ulgę, choć w ostatnich dniach ta była wręcz okrutnie niewystarczająca, bardzo mała.
Księżyc wiszący wysoko na niebie rzucał srebrzyste cienie kontrastujące z ciepłym, migotliwym światłem płynącym z sufitu ze starych zaczarowanych lamp. Bił od nich miękki poblask nie roztaczający się zbyt daleko dookoła. Nie obejmował ciemnych kątów szklarni, ale w zupełności wystarczył, żeby Ambroise mógł spróbować ostentacyjnie wywrócić oczami, słysząc właściwszy rym z ust Roo. Tym bardziej, gdy dodatkowo równie wymownie otworzyła lufcik przy suficie, żeby wypuścić jego ziołowy dym a w pomieszczeniu zawiał lekki wiatr przynosząc ze sobą nieco chłodu, ale także zapach nocy. Orzeźwiający, odrobinę pobudzający.
No idealnie, bo Roise wcale nie przyjął eliksirów, żeby iść niedługo spać. Wcale a wcale. Bardzo powoli zaciągnął się dymem z papierosa, który trzymał w dłoni. Jego nieznacznie brudne od ogrodniczej ziemi palce trzymały papierosa elegancko, jakby to była najcenniejsza rzecz na świecie.
Dym papierosa unosił się wolno ku górze, układając się w tajemnicze formy, które znikły w ułamku sekundy ponownie rozwiane wiatrem.
W powietrzu w dalszym ciągu unosił się subtelny zapach wilgotnej ziemi i roślinnych soków przeplatany nutą dymu papierosowego, który raz po raz piął się w górę spomiędzy warg Ambroisa i wkrótce znikał w mroku.
Na starych, drewnianych stołach leżały narzędzia ogrodnicze, odbijające światło nielicznych magicznych lamp, które mężczyzna zapalił tu wraz ze swoim przyjściem. Łopaty, grabie i sekatory spoczywały blisko siebie pokryte zaschniętą resztką ziemi i innych substancji. Obecnie nieruszone, wręcz drwiące sobie z Greengrassa, bo...
Cholera, jak miał pociąć coś, co żyło w tak aktywny sposób. Miało logiczne reakcje, ewidentne i niepodważalne uczucia, emocje. Poruszało się i bez wątpienia zamierzało z nimi pertraktować na swój przedziwny sposób, gdyby tylko ruszyli w jego stronę z ostrymi narzędziami.
Witające mężczyznę liście wydawały się poruszać, jakby szukały jego dotyku, lekko kołysząc się w rytm papierosa dygoczącego w ustach Greengrassa.
Dźwięki nocy, które rozbrzmiewały na zewnątrz, były wyciszone, jakby oboje znajdowali się w innym wymiarze. Również bzyczenie nocnych owadów i sporadyczne szumy wiatru sprawiały, że wszystko wokół wydawało się być czymś z pogranicza snu.
Teraz, w środku nocy, w tej małej, ciasnej szklarni, Ambroise uświadamiał sobie, że przynajmniej nie zwariował. Nie tylko on odczuwał obecność czegoś, co było efektem działania jakichś cholernie przekornych sił. To drzewo żyło. Reagowało. Nie musiał mówić, że on także nie zamierzał dotknąć tego skalpelem? Nie był aż takim zwyrolem.
- Może powinna... ...powinien... ...powinno?... ...trafić w inne miejsce? Żeby nie było mu... ...no, wiesz - machnął ręką, malując nieokreślony, chaotyczny kształt w powietrzu; nawet nie miał na to odpowiedniego określenia. - Poza tym jest też kwestia dalszego rozwoju. Możliwe, że skoro jest w stanie wyczuwać czy tam obserwować - choć przecież nie miało oczu - to zasłona, którą usiłujesz wyczarować... ...swoją drogą, weź się może wyśpij wreszcie, bo coś trudno ci się skupić... ...no, nie wystarczy - zawyrokował. - Trzeba gdzieś je przenieść. I tak. Odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie: reszta jest ze wszech miar normalna - westchnął ciężko.
Tylko to jedno drzewo chciało się z nimi przyjaźnić. Aż to jedno drzewo. No, przejebane.
Nawet przed przyjściem Roselyn, Ambroise nie znajdował się tu w samotności. Był otoczony przez gęstwinę zieleni, która mimo braku dziennego światła zdawała się żyć własnym życiem jeszcze na długo przed dokonaniem przez mężczyznę odkrycia, że bądź co bądź właśnie tak było.
Czasami zdawało się, że w powietrzu unosił się lekki szept, jakby rośliny rozmawiały między sobą, dzieląc się tajemnicami, które tylko one były w stanie zrozumieć. Greengrass nie wiedział czy chciałby poznać ich język i to, co teraz mówiły.
Odnosił wrażenie, że wtedy tym bardziej nie byłby w stanie zamknąć oka tej nocy, bo małe drzewka wiggenowe zdawały się mieć jakieś powiązanie z drzewami na zewnątrz. A tam kryła się już ta niepisana groza, którą wyczuwał nie tylko on, lecz również Roselyn. Ojca nie mieli jak o to obecnie spytać.
Zimny podmuch wiatru drżał na szklanych drzwiach, raz po raz próbując wedrzeć się do środka, ale wewnątrz panował niecodzienny, całkiem kojący spokój. Obcowanie z naturą niemal zawsze przynosiło mu pewną ulgę, choć w ostatnich dniach ta była wręcz okrutnie niewystarczająca, bardzo mała.
Księżyc wiszący wysoko na niebie rzucał srebrzyste cienie kontrastujące z ciepłym, migotliwym światłem płynącym z sufitu ze starych zaczarowanych lamp. Bił od nich miękki poblask nie roztaczający się zbyt daleko dookoła. Nie obejmował ciemnych kątów szklarni, ale w zupełności wystarczył, żeby Ambroise mógł spróbować ostentacyjnie wywrócić oczami, słysząc właściwszy rym z ust Roo. Tym bardziej, gdy dodatkowo równie wymownie otworzyła lufcik przy suficie, żeby wypuścić jego ziołowy dym a w pomieszczeniu zawiał lekki wiatr przynosząc ze sobą nieco chłodu, ale także zapach nocy. Orzeźwiający, odrobinę pobudzający.
No idealnie, bo Roise wcale nie przyjął eliksirów, żeby iść niedługo spać. Wcale a wcale. Bardzo powoli zaciągnął się dymem z papierosa, który trzymał w dłoni. Jego nieznacznie brudne od ogrodniczej ziemi palce trzymały papierosa elegancko, jakby to była najcenniejsza rzecz na świecie.
Dym papierosa unosił się wolno ku górze, układając się w tajemnicze formy, które znikły w ułamku sekundy ponownie rozwiane wiatrem.
W powietrzu w dalszym ciągu unosił się subtelny zapach wilgotnej ziemi i roślinnych soków przeplatany nutą dymu papierosowego, który raz po raz piął się w górę spomiędzy warg Ambroisa i wkrótce znikał w mroku.
Na starych, drewnianych stołach leżały narzędzia ogrodnicze, odbijające światło nielicznych magicznych lamp, które mężczyzna zapalił tu wraz ze swoim przyjściem. Łopaty, grabie i sekatory spoczywały blisko siebie pokryte zaschniętą resztką ziemi i innych substancji. Obecnie nieruszone, wręcz drwiące sobie z Greengrassa, bo...
Cholera, jak miał pociąć coś, co żyło w tak aktywny sposób. Miało logiczne reakcje, ewidentne i niepodważalne uczucia, emocje. Poruszało się i bez wątpienia zamierzało z nimi pertraktować na swój przedziwny sposób, gdyby tylko ruszyli w jego stronę z ostrymi narzędziami.
Witające mężczyznę liście wydawały się poruszać, jakby szukały jego dotyku, lekko kołysząc się w rytm papierosa dygoczącego w ustach Greengrassa.
Dźwięki nocy, które rozbrzmiewały na zewnątrz, były wyciszone, jakby oboje znajdowali się w innym wymiarze. Również bzyczenie nocnych owadów i sporadyczne szumy wiatru sprawiały, że wszystko wokół wydawało się być czymś z pogranicza snu.
Teraz, w środku nocy, w tej małej, ciasnej szklarni, Ambroise uświadamiał sobie, że przynajmniej nie zwariował. Nie tylko on odczuwał obecność czegoś, co było efektem działania jakichś cholernie przekornych sił. To drzewo żyło. Reagowało. Nie musiał mówić, że on także nie zamierzał dotknąć tego skalpelem? Nie był aż takim zwyrolem.
- Może powinna... ...powinien... ...powinno?... ...trafić w inne miejsce? Żeby nie było mu... ...no, wiesz - machnął ręką, malując nieokreślony, chaotyczny kształt w powietrzu; nawet nie miał na to odpowiedniego określenia. - Poza tym jest też kwestia dalszego rozwoju. Możliwe, że skoro jest w stanie wyczuwać czy tam obserwować - choć przecież nie miało oczu - to zasłona, którą usiłujesz wyczarować... ...swoją drogą, weź się może wyśpij wreszcie, bo coś trudno ci się skupić... ...no, nie wystarczy - zawyrokował. - Trzeba gdzieś je przenieść. I tak. Odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie: reszta jest ze wszech miar normalna - westchnął ciężko.
Tylko to jedno drzewo chciało się z nimi przyjaźnić. Aż to jedno drzewo. No, przejebane.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down