11.11.2024, 21:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.11.2024, 21:06 przez Brenna Longbottom.)
Brenna pojawiła się kilka minut po Tessie i Morpheusie: z dwoma pudłami w ramionach (i swoją torbą na ramieniu). Zajęło jej trochę, bo wprawdzie Thomas miał zapas zabawkowych myszek, które robił regularnie dla kotów swojego, Mabel i całego, licznego rodzeństwa, ale nakręcacze były już czymś zupełnie nowym i musiał spędzić trochę czasu nad delikatnym mechanizmem.
Nie miała wprawdzie frytek, ale też w międzyczasie kupiła pizzę w niemagicznym Londynie, zjadła jej kawałek czekając w altanie na Figga, a resztę zostawiła dla niego w ramach zdecydowanie niewystarczającej zapłaty za pomoc.
I chyba nie zniszczyła po drodze kontinuum czasoprzestrzeni. A przynajmniej miała nadzieję, że tego nie zrobiła.
– Jestem – rzuciła, ruszając do ciotki i wuja. Uśmiechnęła się, jak gdyby nigdy nic, chociaż rozluźniła trochę ramiona, bo dopiero gdy ich zobaczyła, stres odrobinę opadł. Niecodziennie cofasz się w czasie za daleko, rozwalając czasozmieniacz, bo twoja ciotka może umrzeć. I niecodziennie gadający kot oświadcza ci, że ta ma jakiegoś „kleszcza” w głowie, ale usunie go w zamian za dostawę nakręcanych myszy oraz ryb – których stosy piętrzyły się teraz przed budynkiem Azylu, pokazując, że Morpheus nie szczędził środków, kiedy szło o bezpieczeństwo Tessy.
Nie żeby Brenna była zaskoczona. Quintessa mogła pozbyć się swojego męża: ale pozbycie się jego rodziny okazało się znacznie trudniejsze. Wrosła w Warownię, nawet jeżeli tylko mieszkała w jej sąsiedztwie, stając się jej częścią, bez której ciężko było sobie wyobrazić budynek i jego mieszkańców. Nie miała znaczenia jej krew: ani to, że nie była czysta zdaniem niektórych, ani że nie należała w sensie dosłownym do Longbottomów. Sama myśl o tym, że tego niezbędnego elementu mogłoby zabraknąć, była zbyt ciężka do zniesienia, zwłaszcza teraz, gdy innych, niezbędnych elementów ubyło. Gdy umilkł śmiech Derwina: auror na zawsze zasnął na cichym cmentarzu w Dolinie Godryka. Gdy drzwi pokoju Danielle zamknęły się i zamknięte pozostały, a ona sama u boku siostry wyjechała gdzieś na drugi koniec świata, dość mając wojny i pomieszczeń wypełnionych wspomnieniami ojca. Gdy Mavelle spakowała się pewnego dnia, uściskała Brennę i złapała świstoklik do portu, szukać odpowiedzi, a może tylko spokoju – gdzieś gdzie mniej będzie prześladował ją duch Derwina, którego esencja wymieszała się z jej duszą po drugiej stronie Limbo.
Oby więc koci rytuał podziałał, bo faktycznie mogło dojść do zachwiania kontinuum czasoprzestrzeni.
Ani Brenna, ani Morpheus nie chcieli pozwolić na kolejną stratę.
– Mam myszy. Mam nakręcacze. I mam dwa pudełka, mam wrażenie, że koty tak naprawdę nimi będą bardziej zainteresowane – powiedziała, gotowa wejść do środka i złożyć te dary pośród rezydentów Azylu.
Nie miała wprawdzie frytek, ale też w międzyczasie kupiła pizzę w niemagicznym Londynie, zjadła jej kawałek czekając w altanie na Figga, a resztę zostawiła dla niego w ramach zdecydowanie niewystarczającej zapłaty za pomoc.
I chyba nie zniszczyła po drodze kontinuum czasoprzestrzeni. A przynajmniej miała nadzieję, że tego nie zrobiła.
– Jestem – rzuciła, ruszając do ciotki i wuja. Uśmiechnęła się, jak gdyby nigdy nic, chociaż rozluźniła trochę ramiona, bo dopiero gdy ich zobaczyła, stres odrobinę opadł. Niecodziennie cofasz się w czasie za daleko, rozwalając czasozmieniacz, bo twoja ciotka może umrzeć. I niecodziennie gadający kot oświadcza ci, że ta ma jakiegoś „kleszcza” w głowie, ale usunie go w zamian za dostawę nakręcanych myszy oraz ryb – których stosy piętrzyły się teraz przed budynkiem Azylu, pokazując, że Morpheus nie szczędził środków, kiedy szło o bezpieczeństwo Tessy.
Nie żeby Brenna była zaskoczona. Quintessa mogła pozbyć się swojego męża: ale pozbycie się jego rodziny okazało się znacznie trudniejsze. Wrosła w Warownię, nawet jeżeli tylko mieszkała w jej sąsiedztwie, stając się jej częścią, bez której ciężko było sobie wyobrazić budynek i jego mieszkańców. Nie miała znaczenia jej krew: ani to, że nie była czysta zdaniem niektórych, ani że nie należała w sensie dosłownym do Longbottomów. Sama myśl o tym, że tego niezbędnego elementu mogłoby zabraknąć, była zbyt ciężka do zniesienia, zwłaszcza teraz, gdy innych, niezbędnych elementów ubyło. Gdy umilkł śmiech Derwina: auror na zawsze zasnął na cichym cmentarzu w Dolinie Godryka. Gdy drzwi pokoju Danielle zamknęły się i zamknięte pozostały, a ona sama u boku siostry wyjechała gdzieś na drugi koniec świata, dość mając wojny i pomieszczeń wypełnionych wspomnieniami ojca. Gdy Mavelle spakowała się pewnego dnia, uściskała Brennę i złapała świstoklik do portu, szukać odpowiedzi, a może tylko spokoju – gdzieś gdzie mniej będzie prześladował ją duch Derwina, którego esencja wymieszała się z jej duszą po drugiej stronie Limbo.
Oby więc koci rytuał podziałał, bo faktycznie mogło dojść do zachwiania kontinuum czasoprzestrzeni.
Ani Brenna, ani Morpheus nie chcieli pozwolić na kolejną stratę.
– Mam myszy. Mam nakręcacze. I mam dwa pudełka, mam wrażenie, że koty tak naprawdę nimi będą bardziej zainteresowane – powiedziała, gotowa wejść do środka i złożyć te dary pośród rezydentów Azylu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.