10.11.2024, 20:20 ✶
Niech mu ziemia ciężką będzie, co by nigdy wstać nie zdołał.
Z jednej strony nie była w żaden sposób związana z Mulciberem, więc wieść o jego śmierci przyjęła z chłodną obojętnością. Z drugiej zaś strony przywodził na myśl żywe wciąż wspomnienia, jak kilka lat temu próbował wciągnąć ją w farsę atakowania bogom ducha winnych ludzi, w imię szerzenia propagandy krwi czystej wyższej nad innymi. Uznawała tę rozmowę za ich wspólną chwilę słabości; ona omal nie wpadła w jego sidła, bo jeszcze wtedy wierzyła w słuszność woli ojca, który namówił - lub zmusił? - ją do spotkania, a Robert popełnił głupi błąd i próbował obsadzić Eden w tradycyjnej roli kobiety, gdzie powinna być wdzięczna za swobody, którymi obdarzył ją Fortinbras. Mianowicie powinna dziękować, że nie uwiązał jej łańcuchem i nie kazał wypluwać potomków.
Robert był niepojętym głupcem. Być przyjacielem starego Malfoya i nie wiedzieć, że Eden była synem, o którym zawsze marzył?
Obojętność mógł więc przerwać drobny, acz pełen zadowolenia uśmiech. Podsycony cyniczną wiarą w sprawiedliwość, która dosięgała nawet największe szumowiny pałętające się po tym padole. Nie powinna się z tego cieszyć, bo to oznaczało, że kiedyś dorwie i ją, ale... minął czas, kiedy przejmowała się własnym losem. Nie wyzbyła się egocentryzmu, a jedynie chęci do życia.
Była jeszcze jedna kwestia - ta śmierć widocznie dotknęła jej ojca. Nie rozpaczał, nie epatował smutkiem, nie myślał o pisaniu trenów na cześć zmarłego przyjaciela. Stał się jednak wyraźnie poirytowany, drażliwy, zaczął spędzać jeszcze więcej czasu w samotności, nadając temu patetycznie śmieszny nastrój, który zmuszał Eden i jej matkę do wymiany zażenowanych spojrzeń podczas posiłku. Zachowywał się, jakby śmierć Mulcibera pokrzyżowała mu jakieś plany.
Miała zjawić się na jutrzejszym pogrzebie, ale po wczorajszym wydarzeniu Muzy nie była pewna, czy jest gotowa uczestniczyć w kolejnym spędzie w towarzystwie własnego ojca, bez względu na okoliczności. Nie była też przekonana, czy ostatnimi czasy jest na tyle poczytalna, by powstrzymać się przed napluciem na trumnę tego zgreda. Wątpiła, że Fortinbras posunie się do czegoś głupiego na pogrzebie kogoś, kto przecież stał po jego schizofrenicznej stronie, nie musiała go pilnować, więc naprawdę rozważała, czy nie oszczędzić sobie cierpienia. Uniknęłaby też oglądania parszywej gęby Alexandra, więc to kolejny plus.
Wkroczyła na teren tarasu z miną kwaśną, przypominając kogoś, kto przyniósł ze sobą uporczywe myśli i dosyć już miał nieustającej bitwy z nimi. Nie patrzyła jeszcze na Anthony'ego, bo przed oczyma wyobraźni miała mrożący krew w żyłach uśmiech ojca z wczorajszego wieczoru, który w dziwny sposób przeplatał się z obrazem rozedrganej i sponiewieranej Avery. Choć powinna się skupić na przyjacielu, dla którego tutaj przyszła, nie mogła pozbyć się wrażenia, że jedno z drugim jest powiązane i im dłużej nie znajdzie punktu wspólnego, tym więcej poczucia winy będzie w sobie nawarstwiać. Odnalezienie własnego sumienia czyniło ją fizycznie chorą.
Głos mężczyzny wyrwał ją z przemyśleń. Uniosła spojrzenie, najpierw analizując dogłębnie jego twarz, a potem przebiegła spojrzeniem po otaczających ich karafkach i butelkach z alkoholem. Nie mogła doszukać się wspomnianej niedoli w otoczeniu, więc musiała być wewnątrz Anthony'ego.
- We dwoje będzie nam w niej raźniej - uśmiechnęła się z przekąsem, mówiąc to, choć z oczu Eden wyczytać można było, że nie powiedziała tego prześmiewczo. Też nosiła ze sobą ciężar na sercu, choć nie czuła się zobowiązana do dzielenia się nim ze światem. Przede wszystkim dlatego, że na własne życzenie sobie go sprezentowała i współczucie jej osobie byłoby zwyczajnie nie na miejscu.
- Nie jestem głodna, dziękuję. - Nigdy nie była. Wystające niezdrowo kości policzkowe były tego świadectwem. - Może być wino, skoro już zostało napoczęte - dodała, a następnie skinęła głową w kierunku otworzonej butelki, którą Shafiq niechybnie się właśnie zajął. Opadła na pufie, a potem westchnęła dramatycznie, odkładając swoją torebkę na bok.
- Jak mniemam słyszałeś już o wczorajszym Koszmarze Nocy Letniej, ale zanim przejdę do proszenia cię, żebyś mnie podkulawił, gdy następnym razem wpadnę na pomysł udania się na podobne wydarzenie, powiedz mi: jak się czujesz? - Po twarzy Eden przemknęła cała gama ekspresji, począwszy na zmęczeniu i obrzydzeniu, gdy mówiła o wieczorze dnia poprzedniego, na szczerym zainteresowaniu i trosce kończąc. Miała dużo na głowie i ewidentnie próbowała nadać każdemu z tych pożarów odpowiedni priorytet.
Z jednej strony nie była w żaden sposób związana z Mulciberem, więc wieść o jego śmierci przyjęła z chłodną obojętnością. Z drugiej zaś strony przywodził na myśl żywe wciąż wspomnienia, jak kilka lat temu próbował wciągnąć ją w farsę atakowania bogom ducha winnych ludzi, w imię szerzenia propagandy krwi czystej wyższej nad innymi. Uznawała tę rozmowę za ich wspólną chwilę słabości; ona omal nie wpadła w jego sidła, bo jeszcze wtedy wierzyła w słuszność woli ojca, który namówił - lub zmusił? - ją do spotkania, a Robert popełnił głupi błąd i próbował obsadzić Eden w tradycyjnej roli kobiety, gdzie powinna być wdzięczna za swobody, którymi obdarzył ją Fortinbras. Mianowicie powinna dziękować, że nie uwiązał jej łańcuchem i nie kazał wypluwać potomków.
Robert był niepojętym głupcem. Być przyjacielem starego Malfoya i nie wiedzieć, że Eden była synem, o którym zawsze marzył?
Obojętność mógł więc przerwać drobny, acz pełen zadowolenia uśmiech. Podsycony cyniczną wiarą w sprawiedliwość, która dosięgała nawet największe szumowiny pałętające się po tym padole. Nie powinna się z tego cieszyć, bo to oznaczało, że kiedyś dorwie i ją, ale... minął czas, kiedy przejmowała się własnym losem. Nie wyzbyła się egocentryzmu, a jedynie chęci do życia.
Była jeszcze jedna kwestia - ta śmierć widocznie dotknęła jej ojca. Nie rozpaczał, nie epatował smutkiem, nie myślał o pisaniu trenów na cześć zmarłego przyjaciela. Stał się jednak wyraźnie poirytowany, drażliwy, zaczął spędzać jeszcze więcej czasu w samotności, nadając temu patetycznie śmieszny nastrój, który zmuszał Eden i jej matkę do wymiany zażenowanych spojrzeń podczas posiłku. Zachowywał się, jakby śmierć Mulcibera pokrzyżowała mu jakieś plany.
Miała zjawić się na jutrzejszym pogrzebie, ale po wczorajszym wydarzeniu Muzy nie była pewna, czy jest gotowa uczestniczyć w kolejnym spędzie w towarzystwie własnego ojca, bez względu na okoliczności. Nie była też przekonana, czy ostatnimi czasy jest na tyle poczytalna, by powstrzymać się przed napluciem na trumnę tego zgreda. Wątpiła, że Fortinbras posunie się do czegoś głupiego na pogrzebie kogoś, kto przecież stał po jego schizofrenicznej stronie, nie musiała go pilnować, więc naprawdę rozważała, czy nie oszczędzić sobie cierpienia. Uniknęłaby też oglądania parszywej gęby Alexandra, więc to kolejny plus.
Wkroczyła na teren tarasu z miną kwaśną, przypominając kogoś, kto przyniósł ze sobą uporczywe myśli i dosyć już miał nieustającej bitwy z nimi. Nie patrzyła jeszcze na Anthony'ego, bo przed oczyma wyobraźni miała mrożący krew w żyłach uśmiech ojca z wczorajszego wieczoru, który w dziwny sposób przeplatał się z obrazem rozedrganej i sponiewieranej Avery. Choć powinna się skupić na przyjacielu, dla którego tutaj przyszła, nie mogła pozbyć się wrażenia, że jedno z drugim jest powiązane i im dłużej nie znajdzie punktu wspólnego, tym więcej poczucia winy będzie w sobie nawarstwiać. Odnalezienie własnego sumienia czyniło ją fizycznie chorą.
Głos mężczyzny wyrwał ją z przemyśleń. Uniosła spojrzenie, najpierw analizując dogłębnie jego twarz, a potem przebiegła spojrzeniem po otaczających ich karafkach i butelkach z alkoholem. Nie mogła doszukać się wspomnianej niedoli w otoczeniu, więc musiała być wewnątrz Anthony'ego.
- We dwoje będzie nam w niej raźniej - uśmiechnęła się z przekąsem, mówiąc to, choć z oczu Eden wyczytać można było, że nie powiedziała tego prześmiewczo. Też nosiła ze sobą ciężar na sercu, choć nie czuła się zobowiązana do dzielenia się nim ze światem. Przede wszystkim dlatego, że na własne życzenie sobie go sprezentowała i współczucie jej osobie byłoby zwyczajnie nie na miejscu.
- Nie jestem głodna, dziękuję. - Nigdy nie była. Wystające niezdrowo kości policzkowe były tego świadectwem. - Może być wino, skoro już zostało napoczęte - dodała, a następnie skinęła głową w kierunku otworzonej butelki, którą Shafiq niechybnie się właśnie zajął. Opadła na pufie, a potem westchnęła dramatycznie, odkładając swoją torebkę na bok.
- Jak mniemam słyszałeś już o wczorajszym Koszmarze Nocy Letniej, ale zanim przejdę do proszenia cię, żebyś mnie podkulawił, gdy następnym razem wpadnę na pomysł udania się na podobne wydarzenie, powiedz mi: jak się czujesz? - Po twarzy Eden przemknęła cała gama ekspresji, począwszy na zmęczeniu i obrzydzeniu, gdy mówiła o wieczorze dnia poprzedniego, na szczerym zainteresowaniu i trosce kończąc. Miała dużo na głowie i ewidentnie próbowała nadać każdemu z tych pożarów odpowiedni priorytet.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~