07.11.2024, 19:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.11.2024, 19:07 przez Mona Rowle.)
W tamtych czasach obie nie były jeszcze świadome, że wakacyjne popołudnia kiedyś odejdą w zapomniane, nie wiedziały z czym przyjdzie im się mierzyć; i że któregoś dnia ich drogi się rozejdą w dwie różne strony.
Jak mała Mona mogła inaczej patrzeć na Reginę niż z zachwytem? Bo nawet jeśli nie spotkała pana Skamandera osobiście, to przecież ONA trzymała w rękach tę książkę. Wpatrywała się w papierową stronę z nabożnym wyrazem twarzy. Znając dziewczynkę, pewnie by zrobiła jej ołtarzyk, gdyby sama taką dostała.
— W Ministerstwie? Aaaach, w Ministerstwie… — przytaknęła w taki sposób, jakby wiedziała z czym Ministerstwo Magii się wiązało. W rzeczywistości niezbyt wiele tego było; kojarzyła to, co padało z ust jej ojca, który nie przepuszczał okazji, aby skrytykować tę instytucję, więc i kończyło się na tym, że w jej oczach Ministerstwo było raczej nudnym miejscem pełnym starych papierów i nielubianych przez ojca czarodziejów. Mimo to myśl, że tata Reginy spotkał tam sławnego Newtona Skamandera, wydawała jej się zupełnie inna od wszystkiego, co sobie wyobrażała. — Mam nadzieję, że wujek był bardzo miły dla pana Skamandera — powiedziała finalnie, przypieczętując jej wiedzę (czy też brak) w tym zakresie. — Nawet jak nie ma nic o smokach, to wciąż dedykacja to jakby sam smok cię przed tobą ukłonił!
A widząc takie zainteresowanie kuzynki smokami, Mona tylko pokiwała głową z zapałem.
— No właśnie! I to nie byle jakie dwie tony więcej, jest to tylko u dorosłych Walijskich Zielonych! Tych, które rosną wolniej od innych gatunków — zagestykulowała do swojej paplaniny. — Jak dorosną, to nie mieszczą się… — jeszcze więcej paplaniny. — Dlatego zaczynają migrować na większe tereny bez… — dziewczynka zamilkła na chwilkę, aby odstawić najnowsze wydanie tytułu i rzucić się ponownie do stosu książek, który przyniosła dla Reginy. Rozpoczęła gorączkowe przekładanie i wertowanie stronic, aż w końcu z triumfem wydobyła opasły, mocno sfatygowany tom, pełen barwnych ilustracji i precyzyjnych szkiców smoczych sylwetek. „Dragonologia. Przewodnik po smokach Europy” widniało na wytartej już nieco okładce. — Wiedziałam, że to tu gdzieś jest — odparła i natychmiast otworzyła książkę na jednej z zakładek, gdzie widniała szczegółowa ilustracja zielonej bestii. Palcem przesuwała po tekście, kiedy dotarła do konkretnego opisu. — Tu! „Dorosłe Walijskie Zielone mogą osiągać ogromne rozmiary i ważyć nawet do sześciu ton, szczególnie te, które prowadzą samotniczy tryb życia.” Sześć ton! Jak one w ogóle unoszą się w powietrzu? — przewróciła jeszcze kilka stron, poszukując fragmentu o Szwedzkich Krótkopyskach, aby zaraz potem przysunąć książkę tak, aby Regina mogła dokładnie zobaczyć dokładnie namalowane, lśniące niebieskie łuski.
— I spójrz na to, bo w porównaniu do… — rudowłosa patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami jak spodki. Odłożyła książkę na bok. — Gina, ty naprawdę… Wzięłaś aetonana i… Poleciałaś?! Sama?! — sapnęła z niedowierzaniem, a potem w jednej chwili jej głos podniósł się o oktawę. — Przecież to najlepsze, co mogłaś zrobić! Gdyby udało ci się dolecieć do..! — no właśnie chyba średnio się udało, prawda? Dziewczynka nie ujrzała dumy na twarzy kuzynki, a jedynie zakłopotanie oraz przygnębienie. Zmarszczyła brwi i wbiła w nią zmartwione spojrzenie, spoważniała w taki sposób i na tyle, ile dwunastolatka mogła. — Hej, nie przejmuj się, że cię zrzucił. Przecież to był dopiero pierwszy raz — właściwie to nawet chciała Reginę przyciągnąć do siebie w uścisku, ale opatrunki, które pokrywały kuzynkę, odrobinę ją przeraziły. Pozostało jej więc tylko się uśmiechnąć i dodać: — Następnym razem, obiecaj, że mnie zawołasz… A kiedy będziesz mogła wstać z łóżka? — W przypadku smoków Mona doskonale znała podstawowe zasady bezpieczeństwa: nie zbliżaj się, nieważne, jak fajne by się nie wydawały. Smoki niech tam sobie istnieją, ale w bezpiecznej odległości. Jednak fruwające konie? Tutaj wyobraźnia dziewczynki zadziałała jak najgorszy doradca, a pomysł, że mogłaby faktycznie spróbować czegoś tak nierozważnego, miało całkiem realne podstawy.
Uniosła dłoń do brody, z miną nad wiek zamyśloną.
— Ale czego on właściwie mógł się tak wystraszyć? — nie do końca oczekiwała odpowiedzi, ale spodziewała się, że Regina rzuci choć kąsek informacji, który pozwoliłby jej rozwiązać chwilową zagwozdkę. Dziewczynka często to robiła; to dziwne snucie teorii, gdzie każda kolejna potrafiła być dramatyczniejsza od poprzedniej. — Inne magiczne stworzenie? Zapach w powietrzu?
Odkryj wiadomość pozafabularną
Jak mała Mona mogła inaczej patrzeć na Reginę niż z zachwytem? Bo nawet jeśli nie spotkała pana Skamandera osobiście, to przecież ONA trzymała w rękach tę książkę. Wpatrywała się w papierową stronę z nabożnym wyrazem twarzy. Znając dziewczynkę, pewnie by zrobiła jej ołtarzyk, gdyby sama taką dostała.
— W Ministerstwie? Aaaach, w Ministerstwie… — przytaknęła w taki sposób, jakby wiedziała z czym Ministerstwo Magii się wiązało. W rzeczywistości niezbyt wiele tego było; kojarzyła to, co padało z ust jej ojca, który nie przepuszczał okazji, aby skrytykować tę instytucję, więc i kończyło się na tym, że w jej oczach Ministerstwo było raczej nudnym miejscem pełnym starych papierów i nielubianych przez ojca czarodziejów. Mimo to myśl, że tata Reginy spotkał tam sławnego Newtona Skamandera, wydawała jej się zupełnie inna od wszystkiego, co sobie wyobrażała. — Mam nadzieję, że wujek był bardzo miły dla pana Skamandera — powiedziała finalnie, przypieczętując jej wiedzę (czy też brak) w tym zakresie. — Nawet jak nie ma nic o smokach, to wciąż dedykacja to jakby sam smok cię przed tobą ukłonił!
A widząc takie zainteresowanie kuzynki smokami, Mona tylko pokiwała głową z zapałem.
— No właśnie! I to nie byle jakie dwie tony więcej, jest to tylko u dorosłych Walijskich Zielonych! Tych, które rosną wolniej od innych gatunków — zagestykulowała do swojej paplaniny. — Jak dorosną, to nie mieszczą się… — jeszcze więcej paplaniny. — Dlatego zaczynają migrować na większe tereny bez… — dziewczynka zamilkła na chwilkę, aby odstawić najnowsze wydanie tytułu i rzucić się ponownie do stosu książek, który przyniosła dla Reginy. Rozpoczęła gorączkowe przekładanie i wertowanie stronic, aż w końcu z triumfem wydobyła opasły, mocno sfatygowany tom, pełen barwnych ilustracji i precyzyjnych szkiców smoczych sylwetek. „Dragonologia. Przewodnik po smokach Europy” widniało na wytartej już nieco okładce. — Wiedziałam, że to tu gdzieś jest — odparła i natychmiast otworzyła książkę na jednej z zakładek, gdzie widniała szczegółowa ilustracja zielonej bestii. Palcem przesuwała po tekście, kiedy dotarła do konkretnego opisu. — Tu! „Dorosłe Walijskie Zielone mogą osiągać ogromne rozmiary i ważyć nawet do sześciu ton, szczególnie te, które prowadzą samotniczy tryb życia.” Sześć ton! Jak one w ogóle unoszą się w powietrzu? — przewróciła jeszcze kilka stron, poszukując fragmentu o Szwedzkich Krótkopyskach, aby zaraz potem przysunąć książkę tak, aby Regina mogła dokładnie zobaczyć dokładnie namalowane, lśniące niebieskie łuski.
— I spójrz na to, bo w porównaniu do… — rudowłosa patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami jak spodki. Odłożyła książkę na bok. — Gina, ty naprawdę… Wzięłaś aetonana i… Poleciałaś?! Sama?! — sapnęła z niedowierzaniem, a potem w jednej chwili jej głos podniósł się o oktawę. — Przecież to najlepsze, co mogłaś zrobić! Gdyby udało ci się dolecieć do..! — no właśnie chyba średnio się udało, prawda? Dziewczynka nie ujrzała dumy na twarzy kuzynki, a jedynie zakłopotanie oraz przygnębienie. Zmarszczyła brwi i wbiła w nią zmartwione spojrzenie, spoważniała w taki sposób i na tyle, ile dwunastolatka mogła. — Hej, nie przejmuj się, że cię zrzucił. Przecież to był dopiero pierwszy raz — właściwie to nawet chciała Reginę przyciągnąć do siebie w uścisku, ale opatrunki, które pokrywały kuzynkę, odrobinę ją przeraziły. Pozostało jej więc tylko się uśmiechnąć i dodać: — Następnym razem, obiecaj, że mnie zawołasz… A kiedy będziesz mogła wstać z łóżka? — W przypadku smoków Mona doskonale znała podstawowe zasady bezpieczeństwa: nie zbliżaj się, nieważne, jak fajne by się nie wydawały. Smoki niech tam sobie istnieją, ale w bezpiecznej odległości. Jednak fruwające konie? Tutaj wyobraźnia dziewczynki zadziałała jak najgorszy doradca, a pomysł, że mogłaby faktycznie spróbować czegoś tak nierozważnego, miało całkiem realne podstawy.
Uniosła dłoń do brody, z miną nad wiek zamyśloną.
— Ale czego on właściwie mógł się tak wystraszyć? — nie do końca oczekiwała odpowiedzi, ale spodziewała się, że Regina rzuci choć kąsek informacji, który pozwoliłby jej rozwiązać chwilową zagwozdkę. Dziewczynka często to robiła; to dziwne snucie teorii, gdzie każda kolejna potrafiła być dramatyczniejsza od poprzedniej. — Inne magiczne stworzenie? Zapach w powietrzu?
większość informacji o zielonych walijskich zmyśliłam, więc pardą