04.11.2024, 21:15 ✶
Była taki moment w życiu Anthony'ego, że przylgnęła do niego dość specyficzna plotka powiązana z jego dość ekscentrycznym trybem życia oraz zamiłowaniem do przeróżnych kolekcji. Ponieważ nie tylko smoki gościły w sercu Shafiq'a, nie tylko lśniące łuski zaprzątały mu umysł, centrum rozległej pajęczej sieci, nitek powiazań, kręgów wtajemniczeń, wpływów.
Nie miał własnego zawodu. Gromadził specjalistów, sortował ich i przydzielał im zadania, najbliżej trzymając tych najwybitniejszych, mistrzów w swoich dziedzinach i magicznych genetykach. Nie potrzebował trzeciego oka, mając na wyłączność władcę czasu, nie potrzebował widzieć nici i aur, umilając sobie czas spoglądaniem na parę oczu osadzone w całkiem przystojnym ciele swojego zastępcy. Nie rozróżniał bulwy od kłącza, nie tracił czasu na poznawanie półświatka, gdy mógł założyć białe rękawiczki uszyte dłońmi Matki z nieskazitelnej skóry półwiły.
Nie miał własnych dzieci. Doglądał więc cudzych, zdejmując ze swoich barków trud ojcostwa, na rzecz bycia wujkiem. Doradcą, tym zawsze uśmiechniętym dorosłym, który miał zapas słodyczy i książek na podorędziu. Hodował je jak konie, doglądając kolekcji przyszłego pokolenia, testując techniki manipulacyjne na chłonnych umysłach, spoglądając na istoty, które wzrastały ku słońcu cudownie zależne, uwiązane nostalgią i słodyczą minionych wspólnie spędzonych chwil.
Nie miał własnej żony. Czas więc spędzał z cudzymi żonami, korzystając z ich osobistego uroku, tańczenia na granicy flirtu i przyjaźni, pozwalając sobie na więcej, nie dając zbyt wiele w zamian, zasłaniając się uczciwością w braku krzyżowania ostrzy, wszak wszelkie rozmowy, rozbawiony stłumiony chichot, wszystkie szepty i drobne podarki były niewinne, z cichym uwielbieniem dla dam, które pięknie stroiły jego życie, zabijały nudę, były bardziej atrakcyjne niż poruszane magią kukiełki.
Przylgnęła więc do niego plotka, jakoby zbierał ludzi niczym woskowe figury, złośliwi drwili z miałkości intelektu tych, którzy dawali się nabrać jego gierkom, tłustym obietnicom bez pokrycia. Złośliwi dociekali czy ilość sypialni równa jest duszom zebranym przez Shafiqa przez te lata. Złośliwi przestrzegliby Lorien przed uleganiem wielkim srebrzystym oczom, ściągniętym w troskliwości brwiom, przed pocałunkiem fałszywie obiecującym szczęśliwe dostatnie życie. Punktowaliby ilu osobom dotąd "pomógł", ile od siebie uzależnił prostym gestem, wyciągnięciem dłoni. Ile osadził w swojej Kolekcji, tej prawdziwej, pełnej ciał w różnym wieku i narodowości. Złośliwi zachęcaliby wdowę do odnalezienia tych jednych, jedynych drzwi, których gospodarz nie pozwolił jej otworzyć.
Nielicznym opowiadałby o więzieniu ludzkiego umysłu, o tym gdzie kończy się wolność, a zaczyna reaktywność na zastane okoliczności. O sycących kłamstwach szeptanych przez tego komu ufamy najbardziej - przez siebie samych. Kontrolując środowisko mógł jednak być pająkiem, mógł zachęcać swoje tłuste muchy do tańca, mógł też zupełnie swobodnie wypuszczać je, jedna po drugiej i patrzeć jak upajają się ułudą niezależności w świecie, który był niczym więcej jak rozbudowaną termitierą. Mógł patrzeć jak tańczą i giną, mógł śmiać się, gdy wracały do złocistej klatki, w której nigdy nie brakło. Mógł być smokiem uwiązanym do swego leża. Mógł być Kolekcjonerem, tak długo jak odpowiednio soczysta, podsycana w kontrolowany sposób plotka zapewniała mu spokój w dziedzinach, w których potrzebował absolutnej dyskrecji i nieświadomości tłumu.
Zorientował się. Przestał zaborczo chłonąć jej obecność, stłamsił rozlewającą się w piersi ulgę. W łagodności wytrawnego tancerza, w wyczuciu twardych, kruchych ptasich kości znów zmuszonych do przyobleczenia ludzkiego ciała pomógł jej wstać.
Nagle umarli przestali mieć znaczenie, Śpiący znów zasnął, zabierając ze sobą koszmar tęsknoty, na rzecz wszechobecnej, unoszącej się w powietrzu troski.
– Nie wzięłaś eliksiru – nie pytał, stwierdzał fakt. To, że zamknął za sobą drzwi brzoskwiniowej sypialni i nie dopilnował tego, przemknęło już w niebyt myśli. Krok, cały czas trzeba było być krok, dwa do przodu. Znaleźć właściwą odpowiedź, właściwą ścieżkę. Pilnował każdego jej kroku, asekurując kierunek, by wybrać ścieżkę, którą mogliby kroczyć oboje. Nawet jeśli nie na całe życie, to teraz, w godzinie wilka, przez ten krótki moment, gdy pozwoliła sobie pomóc. Gdy pozwoliła być obok siebie. – Mogę go wziąć razem z Tobą. Myślę, że w biurze wybaczą nam pojawienie się w okolicach południa.
Nie miał własnego zawodu. Gromadził specjalistów, sortował ich i przydzielał im zadania, najbliżej trzymając tych najwybitniejszych, mistrzów w swoich dziedzinach i magicznych genetykach. Nie potrzebował trzeciego oka, mając na wyłączność władcę czasu, nie potrzebował widzieć nici i aur, umilając sobie czas spoglądaniem na parę oczu osadzone w całkiem przystojnym ciele swojego zastępcy. Nie rozróżniał bulwy od kłącza, nie tracił czasu na poznawanie półświatka, gdy mógł założyć białe rękawiczki uszyte dłońmi Matki z nieskazitelnej skóry półwiły.
Nie miał własnych dzieci. Doglądał więc cudzych, zdejmując ze swoich barków trud ojcostwa, na rzecz bycia wujkiem. Doradcą, tym zawsze uśmiechniętym dorosłym, który miał zapas słodyczy i książek na podorędziu. Hodował je jak konie, doglądając kolekcji przyszłego pokolenia, testując techniki manipulacyjne na chłonnych umysłach, spoglądając na istoty, które wzrastały ku słońcu cudownie zależne, uwiązane nostalgią i słodyczą minionych wspólnie spędzonych chwil.
Nie miał własnej żony. Czas więc spędzał z cudzymi żonami, korzystając z ich osobistego uroku, tańczenia na granicy flirtu i przyjaźni, pozwalając sobie na więcej, nie dając zbyt wiele w zamian, zasłaniając się uczciwością w braku krzyżowania ostrzy, wszak wszelkie rozmowy, rozbawiony stłumiony chichot, wszystkie szepty i drobne podarki były niewinne, z cichym uwielbieniem dla dam, które pięknie stroiły jego życie, zabijały nudę, były bardziej atrakcyjne niż poruszane magią kukiełki.
Przylgnęła więc do niego plotka, jakoby zbierał ludzi niczym woskowe figury, złośliwi drwili z miałkości intelektu tych, którzy dawali się nabrać jego gierkom, tłustym obietnicom bez pokrycia. Złośliwi dociekali czy ilość sypialni równa jest duszom zebranym przez Shafiqa przez te lata. Złośliwi przestrzegliby Lorien przed uleganiem wielkim srebrzystym oczom, ściągniętym w troskliwości brwiom, przed pocałunkiem fałszywie obiecującym szczęśliwe dostatnie życie. Punktowaliby ilu osobom dotąd "pomógł", ile od siebie uzależnił prostym gestem, wyciągnięciem dłoni. Ile osadził w swojej Kolekcji, tej prawdziwej, pełnej ciał w różnym wieku i narodowości. Złośliwi zachęcaliby wdowę do odnalezienia tych jednych, jedynych drzwi, których gospodarz nie pozwolił jej otworzyć.
Nielicznym opowiadałby o więzieniu ludzkiego umysłu, o tym gdzie kończy się wolność, a zaczyna reaktywność na zastane okoliczności. O sycących kłamstwach szeptanych przez tego komu ufamy najbardziej - przez siebie samych. Kontrolując środowisko mógł jednak być pająkiem, mógł zachęcać swoje tłuste muchy do tańca, mógł też zupełnie swobodnie wypuszczać je, jedna po drugiej i patrzeć jak upajają się ułudą niezależności w świecie, który był niczym więcej jak rozbudowaną termitierą. Mógł patrzeć jak tańczą i giną, mógł śmiać się, gdy wracały do złocistej klatki, w której nigdy nie brakło. Mógł być smokiem uwiązanym do swego leża. Mógł być Kolekcjonerem, tak długo jak odpowiednio soczysta, podsycana w kontrolowany sposób plotka zapewniała mu spokój w dziedzinach, w których potrzebował absolutnej dyskrecji i nieświadomości tłumu.
Zorientował się. Przestał zaborczo chłonąć jej obecność, stłamsił rozlewającą się w piersi ulgę. W łagodności wytrawnego tancerza, w wyczuciu twardych, kruchych ptasich kości znów zmuszonych do przyobleczenia ludzkiego ciała pomógł jej wstać.
Nagle umarli przestali mieć znaczenie, Śpiący znów zasnął, zabierając ze sobą koszmar tęsknoty, na rzecz wszechobecnej, unoszącej się w powietrzu troski.
– Nie wzięłaś eliksiru – nie pytał, stwierdzał fakt. To, że zamknął za sobą drzwi brzoskwiniowej sypialni i nie dopilnował tego, przemknęło już w niebyt myśli. Krok, cały czas trzeba było być krok, dwa do przodu. Znaleźć właściwą odpowiedź, właściwą ścieżkę. Pilnował każdego jej kroku, asekurując kierunek, by wybrać ścieżkę, którą mogliby kroczyć oboje. Nawet jeśli nie na całe życie, to teraz, w godzinie wilka, przez ten krótki moment, gdy pozwoliła sobie pomóc. Gdy pozwoliła być obok siebie. – Mogę go wziąć razem z Tobą. Myślę, że w biurze wybaczą nam pojawienie się w okolicach południa.