04.11.2024, 16:25 ✶
Widział gdzie jest jego różdżka, ale nie mógł do niej się tak szybko dostać, to było chyba w tej sytuacji najgorsze. Czuł, że potrzebuje jej jak powietrza do przeżycia, ale jednocześnie nie mógł się do niej ruszyć. Naprawdę wybrali sobie idealny moment, on tutaj ma umierającą Ger, a ci co? Jakie z nich słodziaczki, jeszcze niech się potrzymają za siusiaczki - sarknął w myślach i wrócił spojrzeniem do tej umierającej Ger, którą trzymał w ramionach. Czemu w sumie ją trzymał, czemu czoło tak go piekło, czemu czuł się jak zagonione w róg zwierzę. Czy ona też była tak przerażona?
- Spokojnie, on ci pomoże... Przecież... - nie zdążył dokończyć, bo nie dość, że Ambroise nie szedł mu w sukurs to jeszcze trzymana przez niego Ger stawiała opór, jakby prowadził ją w ogień.
I nagle wszystko stało się jasne, przed chwilę jeszcze obściskiwał tego wstrętnego demona. Czuł obrzydzenie, wściekłość zalewającą go falami, już chciał unieść dłoń i rzucić zaklęcie, ale... No właśnie różdżka, gówno mógł zrobić bez swojej różdżki. Był bez niej równie użyteczny jak kwiaty podczas pojedynku na miecze. Dlatego też zostawił wszystko w rękach pozostałych, jeżeli miał im pomóc, a nie zawadzać to musiał mieć czym.
Ruszył ku swojej różdżce. Lata łamania klątw i rozbrajania pułapek jednak nauczyły go, ze pchając łapska w nieznane rzeczy, dość łatwo je stracić i zakończyć swój żywot. Ale co miał zrobić, czas go naglił, oni tam potrzebowali pomocy. Z wściekłym warknięciem zdarł z siebie koszulę i przez jej materiał starał się wyciągnąć różdżkę z grzybów, aby nie dotykać ich i tej dziwnej mazi. Chciał ją odzyskać i oczywiście, a potem po prostu rzucić koszulę na ziemię i wrócić do reszty, by im pomóc. Wolał poświęcić odzienie niż dotykać coś nieznajomego pochodzenia i dającego efekt, którego nie znał. Bieganie z gołym torsem wydawało się wiele rozsądniejsze niż wsadzanie łapy do nieznanych rzeczy.
- Spokojnie, on ci pomoże... Przecież... - nie zdążył dokończyć, bo nie dość, że Ambroise nie szedł mu w sukurs to jeszcze trzymana przez niego Ger stawiała opór, jakby prowadził ją w ogień.
I nagle wszystko stało się jasne, przed chwilę jeszcze obściskiwał tego wstrętnego demona. Czuł obrzydzenie, wściekłość zalewającą go falami, już chciał unieść dłoń i rzucić zaklęcie, ale... No właśnie różdżka, gówno mógł zrobić bez swojej różdżki. Był bez niej równie użyteczny jak kwiaty podczas pojedynku na miecze. Dlatego też zostawił wszystko w rękach pozostałych, jeżeli miał im pomóc, a nie zawadzać to musiał mieć czym.
Ruszył ku swojej różdżce. Lata łamania klątw i rozbrajania pułapek jednak nauczyły go, ze pchając łapska w nieznane rzeczy, dość łatwo je stracić i zakończyć swój żywot. Ale co miał zrobić, czas go naglił, oni tam potrzebowali pomocy. Z wściekłym warknięciem zdarł z siebie koszulę i przez jej materiał starał się wyciągnąć różdżkę z grzybów, aby nie dotykać ich i tej dziwnej mazi. Chciał ją odzyskać i oczywiście, a potem po prostu rzucić koszulę na ziemię i wrócić do reszty, by im pomóc. Wolał poświęcić odzienie niż dotykać coś nieznajomego pochodzenia i dającego efekt, którego nie znał. Bieganie z gołym torsem wydawało się wiele rozsądniejsze niż wsadzanie łapy do nieznanych rzeczy.