21.01.2023, 19:49 ✶
Przygotowania do dzisiejszego dnia musiały zostać przeprowadzone w pospiechu, nie zmieniało to jednak faktu, że wszystko ostatecznie dopięli na ostatni guzik. Annie znalazła zastępstwo w Mungu, zaplanowała odpowiednie co do okazji ubrania, kazała skrzatom je przygotować, tak, by prezentowały się nienagannie. Wiedziała, że wiele oczu skieruje się na nich, nie mogła więc dopuścić, by ktokolwiek miał się do czego przyczepić. Szczególnie do Vakela, bo wiedziała, że wypominałby jej to przez najbliższy kolejny miesiąc. A ona nie miała ochoty słuchać tych żali.
Zresztą, czasami nachodziła ja ta dziwna myśl, że była coś mężczyźnie jednak winna. Nadal nieświadomie wypijał codziennie dawkę amortencji, coraz mniejszą co prawda, lecz ciągle więziła go ułudą uczuć. Nadal patrzył na nią tym ciepłym spojrzeniem. Fałszywym. Świadomość ta nie przynosiła radości, raczej irytację. Dlatego chciała to przerwać. Dać mu po tych wszystkich latach wolność.
Dziś jednak nadal przedstawiali sobą wzór małżeństwa idealnego. Vakel trzymał ją pod rękę, gdy wpatrywała się w urnę, w której spoczywały prochy Simone. Miała na sobie czarną sukienkę do połowy kolan, przylegającą do jej ciała, zakrywającą dekolt i ręce. Na rękach miała czarne rękawiczki, na nogach zaś płaskie pantofle. Narzuciła na siebie szatę, z delikatną pelerynką na ramionach, chroniąc się dodatkowo przed chłodem. Na głowie spoczywał kapelusz z ozdobną siateczką zakrywająca połowę jej twarzy. Osadzony został na gładko zaczesanych włosach. Czarna garderoba podkreślała jej bladość, sprawiając, że niektórzy mogli pomyśleć, że sama powinna spocząć w którymś z grobów. Niedogodność, na która w ciągu swojego życia przestała zwracać uwagę.
Znała Simone. Nie za dobrze, spotkała się z nią parę razy, czy to gdy rozmawiały o wsparciu działalności charytatywnej Pani Malfoy, czy to podczas pewnych bankietów, czy też jako pacjent i uzdrowiciel - w końcu jej gabinet miał sporą renomę. Nigdy nie zawarły jednak bliskich relacji. Annie zresztą rzadko na to pozwalała.
Może przez to widok urny nie sprawiał, by czuła smutek. A może to po prostu jej spaczony umysł nie potrafił z siebie wykrzesać podobnych emocji. Nie wiedziała, stała jedynie poważna, chłodna, niczym statua, czekając na koniec uroczystości pogrzebowych.
Nie rozumiała, czemu Simone zrobiła to, co zrobiła. Wiedziała, że niektórzy wybierali łatwe wyjście z rozpaczy, nie potrafiła jednak pojąć, jak można się poddać, gdy są osoby, które cię potrzebują. Czemu nie potrafiła wziąć się w garść dla nich? W szczególności dla własnego dziecka.
Tak naprawdę gdzieś w jej wnętrzu głębiła się złość za każdym razem, gdy myślała o małych Nicholasie. Simone własnoręcznie doprowadziła do sytuacji, przez której możliwość Annie nigdy nie spełniła swojego obowiązku jako żona. Opuściła istotę od niej całkowicie zależną, pozostawiając ją półsierotą. Zrzuciła z siebie odpowiedzialność za dziecko, które wydała na świat. Po co więc w ogóle sprowadzała je na świat?
Coś kuło ja na samą myśl, nie chciała jednak dać się ponieść tej pojedynczej emocji. Zagrzebywała ją więc głęboko w sobie, w znajomy sobie sposób. Nerwy mogły tylko zaszkodzić. Szczególnie jej.
- Głupie rozwiązanie problemów, przynoszące tylko cierpienie innym - rzuciła jedynie ze zmarszczonymi brwiami do Vakela, chcąc w jakiś sposób dać ujście tlącym się płomykom, których nie mogła dogasić.
Zresztą, czasami nachodziła ja ta dziwna myśl, że była coś mężczyźnie jednak winna. Nadal nieświadomie wypijał codziennie dawkę amortencji, coraz mniejszą co prawda, lecz ciągle więziła go ułudą uczuć. Nadal patrzył na nią tym ciepłym spojrzeniem. Fałszywym. Świadomość ta nie przynosiła radości, raczej irytację. Dlatego chciała to przerwać. Dać mu po tych wszystkich latach wolność.
Dziś jednak nadal przedstawiali sobą wzór małżeństwa idealnego. Vakel trzymał ją pod rękę, gdy wpatrywała się w urnę, w której spoczywały prochy Simone. Miała na sobie czarną sukienkę do połowy kolan, przylegającą do jej ciała, zakrywającą dekolt i ręce. Na rękach miała czarne rękawiczki, na nogach zaś płaskie pantofle. Narzuciła na siebie szatę, z delikatną pelerynką na ramionach, chroniąc się dodatkowo przed chłodem. Na głowie spoczywał kapelusz z ozdobną siateczką zakrywająca połowę jej twarzy. Osadzony został na gładko zaczesanych włosach. Czarna garderoba podkreślała jej bladość, sprawiając, że niektórzy mogli pomyśleć, że sama powinna spocząć w którymś z grobów. Niedogodność, na która w ciągu swojego życia przestała zwracać uwagę.
Znała Simone. Nie za dobrze, spotkała się z nią parę razy, czy to gdy rozmawiały o wsparciu działalności charytatywnej Pani Malfoy, czy to podczas pewnych bankietów, czy też jako pacjent i uzdrowiciel - w końcu jej gabinet miał sporą renomę. Nigdy nie zawarły jednak bliskich relacji. Annie zresztą rzadko na to pozwalała.
Może przez to widok urny nie sprawiał, by czuła smutek. A może to po prostu jej spaczony umysł nie potrafił z siebie wykrzesać podobnych emocji. Nie wiedziała, stała jedynie poważna, chłodna, niczym statua, czekając na koniec uroczystości pogrzebowych.
Nie rozumiała, czemu Simone zrobiła to, co zrobiła. Wiedziała, że niektórzy wybierali łatwe wyjście z rozpaczy, nie potrafiła jednak pojąć, jak można się poddać, gdy są osoby, które cię potrzebują. Czemu nie potrafiła wziąć się w garść dla nich? W szczególności dla własnego dziecka.
Tak naprawdę gdzieś w jej wnętrzu głębiła się złość za każdym razem, gdy myślała o małych Nicholasie. Simone własnoręcznie doprowadziła do sytuacji, przez której możliwość Annie nigdy nie spełniła swojego obowiązku jako żona. Opuściła istotę od niej całkowicie zależną, pozostawiając ją półsierotą. Zrzuciła z siebie odpowiedzialność za dziecko, które wydała na świat. Po co więc w ogóle sprowadzała je na świat?
Coś kuło ja na samą myśl, nie chciała jednak dać się ponieść tej pojedynczej emocji. Zagrzebywała ją więc głęboko w sobie, w znajomy sobie sposób. Nerwy mogły tylko zaszkodzić. Szczególnie jej.
- Głupie rozwiązanie problemów, przynoszące tylko cierpienie innym - rzuciła jedynie ze zmarszczonymi brwiami do Vakela, chcąc w jakiś sposób dać ujście tlącym się płomykom, których nie mogła dogasić.