Była cała masa momentów, gdy pomimo zdroworozsądkowych założeń, Morpheus pchał się w niebezpieczeństwo, tylko dlatego, że byłby fizycznie chory, gdyby nie rozwiązał problemu. Wnikał, sprawdzał, aby znaleźć odpowiedź twardą i konkretną. To jednak nie był jeden z nich. Longbottom uznał, że to jest moment, w którym słodka ignorancja, z nutami goryczy, będzie idealnym napojem zapomnienia. Po prostu nie chciał wiedzieć, co łączy Antoniusza i Thomasa, aby nie dowiedzieć się za dużo.
Zresztą, nie obchodziło go to aż tak bardzo, gdy miał nową rzecz do wypróbowania.
Ciekawie obserwowało się próbę broni Morpheusa.
Transformacja sygnetu w piękny, elegancki rapier wyryła na twarzy mężczyzny zachwyt nad magią, niemal niewinny, jak Kopciuszek, szykujący się na bal, gdy wróżka chrzestna tworzy z niczego cudowną suknię, najpierw ze srebra, później ze złota, a na końcu z gwiazd. Tym razem wróżką był Thomas, brakowało mu jedynie uroczych skrzydełek i unoszącego się dookoła niego brokatu.
Każdy, kto widział częściej Morpheusa, który czaruje i walczy lub był odrobinę bardziej spostrzegawczy, niż przeciętny posiadacz oczu, mógł dostrzec, że te dwie czynności u niego nie różniły się zbytnio. Czarował tak samo, jak władał magią, czy nawet więcej, z drewnem czy metalem, tak samo nisko atakował, miał taką samą postawę. Epitom faktu, że nie trzeba czarnej magii, aby kogoś zabić.
Pragnienie Morpheusa, aby jego ojciec go pokochał było tak głęboko w nim zakorzenione, że odzwierciedlało się nawet w późnej dorosłości, gdy ten nosił już pierwszą stalową siwiznę z godnością kogoś, kto się z nią pogodził. Dlatego ruchy szpady, ostre zakończenia gestów przy czarach, stanowiły ten sam język, nawet gdy Morpheus tylko przywoływał księgę z górnej półki lub dzbanuszek z herbatą i filiżankę. Biorąc pod uwagę to, że Longbottom nie był nigdy jakimś przykładnym wojownikiem i oddanym Sparcie mieszkańcem Warowni, to wrażenie było niemal niepokojące.
Lekkie przesunięcie po herbie z kosą i już, pierścień przemienił się w broń, ciążącą wygodnie w jego ręce, chociaż musiał jej się nauczyć. Przyjął pozycję początkową do sparingu szermierczego i wykonał kilka pchnięć w stronę wyimaginowanych przeciwników, z dala od Thomasa i Antoniusza.
— Dobra robota, Thomasie. Jak się ją chowa? — zapytał, podekscytowany,. próbując odgadnąć, gdzie Figg ukrył zaklęcia przywracające oryginalny wygląd sygnetu.
Był małym chłopcem, który dostał wymarzoną zabawkę i nic nie mogło popsuć jego dobrego nastroju w tym konkretnym momencie. W czasie jednego z ruchów, podomka Morpheusa nieco się odchyliła, prezentując obu mężczyznom skaryfikację w kształcie runy przy obojczyku. Ale przecież jej tam nigdy nie było, a to nie wyglądała jak świeża rana, raczej wieloletnia blizna.