28.10.2024, 00:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.10.2024, 00:59 przez Oleander Crouch.)
Oleander rozmawia z matką, zauważa, ze zasłona zniknęła, odszukuje Desmonda, Calanthe oraz Severine. Szuka wzrokiem Lorraine i Baldwina, ale ich nie znajduje. Opuszczają wydarzenie.
Rozmowa z matką spływała po jego zmysłach jak słodycz pyłków akacji po świeżości rozkrojonej w letnim pikniku figi; bąbelki musującego wina podkreślane kryształem szkła kieliszka szczypały w język, wprawiając w ruch kolejne opowieści o zakatkach świata pachnących miętą i rozgrzanym piaskiem.
Zapominał o reszcie świata, gdy mógł być w łunie spojrzenia Beatrice; korona jego loków przybliżała się kolorem do jej ognistych kosmyków, wracał ku naturalności, nie myśląc o prezentowaniu się w wystudiowany przed lustrem toaletki sposób.
- I wtedy, dokładnie wtedy, wyobrażasz sobie? Gdy akurat dochodziłem do momentu kulminacyjnego, kiedy łabędzie splatały się szyjami, klawisze z kości słoniowej niemal w kolorze ich piór i ... ! - nie ukoronował swej wypowiedzi końcem, bo idealnie ukształtowane brwi zmarszczyły się tworząc głęboką zmarszczkę.
- Bariera zniknęła - spoważniał; frywolność z jaką jeszcze sekundę temu wypowiadał każde słowo i artystyczna lekkość zniknęły wraz z zaklęciami, które oddzielały miejsce koncertu od powiewu wiatru, faktycznej pogody oraz prawdopodobnych, niedopowiedzianych niebezpieczeństw. W świetle ostatnich wydarzeń i tarć politycznych, nietrudno było o panikę.
Potarł rękoma ramiona, czując jak jego ciało wzdryga się od zmiany temperatury. Zauważył, że ktoś już się teleportował. Z przyspieszonym tętnem, wyszukał w tlumie znajome blond kosmyki; nie było to trudnym zadaniem, bo Desmond w swojej beznamietności górował nad wieloma osobami, mogłoby się wydawać że dryfował w morzu nieistotnych dusz, gdy jego własna kołysała się w łunie wyjątkowości teraz oświetlając drogę, niczym latarnia morska. Nie mógł nigdzie dostrzec Lorraine oraz Baldwina, ale ostatnio, gdy ich widział rozmawiali z Eden Lestrange oraz Eleonorą Malfoy, więc założył, że w towarzystwie dziecka oraz małżonki byłego Ministra nie może im nic zbytnio zagrażać. (chyba, ze sam były Minister)
- Powinniśmy się zbierać, tak na wszelki wypadek. Wolałbym uniknąć pędu paniki, nie mam do tego dobrych butów - mówił o tym lekko, ale złapał matkę pod ramię i szybko podszedł do Desmonda, Calanthe i, jak się okazało Severine.
- Mam nadzieję, ze zdołaliście zobaczyc wszystko, co chcieliście, bo wydaje mi się, że nadszedł czas najwyższy, aby przenieść pogawędki i drinki gdzieś indziej. Nie sądzisz? - zwracał się głównie do Desmonda, bo to on według niego był ekspertem w transporcie jakimkolwiek.
Ci, z ktorych oporem nie spotkała się propozycja Oleandra, teleportowali się wraz z nim, Desmondem oraz Beatrice.
Rozmowa z matką spływała po jego zmysłach jak słodycz pyłków akacji po świeżości rozkrojonej w letnim pikniku figi; bąbelki musującego wina podkreślane kryształem szkła kieliszka szczypały w język, wprawiając w ruch kolejne opowieści o zakatkach świata pachnących miętą i rozgrzanym piaskiem.
Zapominał o reszcie świata, gdy mógł być w łunie spojrzenia Beatrice; korona jego loków przybliżała się kolorem do jej ognistych kosmyków, wracał ku naturalności, nie myśląc o prezentowaniu się w wystudiowany przed lustrem toaletki sposób.
- I wtedy, dokładnie wtedy, wyobrażasz sobie? Gdy akurat dochodziłem do momentu kulminacyjnego, kiedy łabędzie splatały się szyjami, klawisze z kości słoniowej niemal w kolorze ich piór i ... ! - nie ukoronował swej wypowiedzi końcem, bo idealnie ukształtowane brwi zmarszczyły się tworząc głęboką zmarszczkę.
- Bariera zniknęła - spoważniał; frywolność z jaką jeszcze sekundę temu wypowiadał każde słowo i artystyczna lekkość zniknęły wraz z zaklęciami, które oddzielały miejsce koncertu od powiewu wiatru, faktycznej pogody oraz prawdopodobnych, niedopowiedzianych niebezpieczeństw. W świetle ostatnich wydarzeń i tarć politycznych, nietrudno było o panikę.
Potarł rękoma ramiona, czując jak jego ciało wzdryga się od zmiany temperatury. Zauważył, że ktoś już się teleportował. Z przyspieszonym tętnem, wyszukał w tlumie znajome blond kosmyki; nie było to trudnym zadaniem, bo Desmond w swojej beznamietności górował nad wieloma osobami, mogłoby się wydawać że dryfował w morzu nieistotnych dusz, gdy jego własna kołysała się w łunie wyjątkowości teraz oświetlając drogę, niczym latarnia morska. Nie mógł nigdzie dostrzec Lorraine oraz Baldwina, ale ostatnio, gdy ich widział rozmawiali z Eden Lestrange oraz Eleonorą Malfoy, więc założył, że w towarzystwie dziecka oraz małżonki byłego Ministra nie może im nic zbytnio zagrażać. (chyba, ze sam były Minister)
- Powinniśmy się zbierać, tak na wszelki wypadek. Wolałbym uniknąć pędu paniki, nie mam do tego dobrych butów - mówił o tym lekko, ale złapał matkę pod ramię i szybko podszedł do Desmonda, Calanthe i, jak się okazało Severine.
- Mam nadzieję, ze zdołaliście zobaczyc wszystko, co chcieliście, bo wydaje mi się, że nadszedł czas najwyższy, aby przenieść pogawędki i drinki gdzieś indziej. Nie sądzisz? - zwracał się głównie do Desmonda, bo to on według niego był ekspertem w transporcie jakimkolwiek.
Ci, z ktorych oporem nie spotkała się propozycja Oleandra, teleportowali się wraz z nim, Desmondem oraz Beatrice.
Aportujemy się z Desmondem, Calanthe, Beatrice i Severine, jeżeli też chce.
Postacie opuszczają sesję
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦