Regina przymknęła na chwilę oczy, mając szczerą nadzieję, że to jakoś pomoże w zapanowaniu nad tym, co się z nią działo. Niestety miało to skutek wręcz odwrotny, bo ciemność pod powiekami spotęgowała i tak już okropne odczucia. Powieki poszły w górę, a wyblakłe miodowe oczy powędrowały ociężale poprzez poszarzałe pnie do mężczyzny, który nadal stał nieopodal i się jej przyglądał.
Nie widziała, jak jego usta się otwierają, ale musiały, bo jego słowa, opóźnione o sekundę, przebiły się wreszcie do jej ociężałej jaźni. Proponował jej pomoc. Za opłatą odstawi ją tam, gdzie będzie chciała, tak? Za stosowną opłatą. Do domu? Przecież ja...
— Nie mam domu. — wymamrotała, a nowe łzy spłynęły po polikach.Z wahaniem puściła gałąź i oparła się o pień plecami. Palce przesunęły się po korze, odłupały kilka kawałków, które złapała w dłoń i uniosła tak, by móc spojrzeć. One też są takie samotne, pomyślała, pociągając nosem, oderwałam je od reszty i teraz są takie samotne...
Naprawdę walczyła ze swoim umysłem i była to bardzo nierówna walka. Jeszcze tylko brakowało, żeby to coś, co wywoływało te wszystkie myśli i doznania sięgnęło do jej najgorszych strachów.
— Olbrzymko?Poderwała głowę i popatrzyła gdzieś ponad ramieniem czarodzieja. Znajomy głos był jak cios w splot słoneczny. Wypuściła głośno powietrze i niemal wbiła się plecami w pień. To nie była rzeczywistość. Nie mogła być. To bolało, tak cholernie bolało.
Ambroise mógł zauważyć, jak bardzo w jednej chwili zbladła i jeszcze bardziej zapadła się w sobie. Do tego stopnia, że dolna warga zaczęła aż drżeć, a spojrzenie przeskakiwało po drzewach za jego plecami, jakby szukając czegoś (lub kogoś).
Słowa o trzymaniu za rączkę i robieniu herbaty całkowicie zignorowała. A może nawet ich tak do końca nie usłyszała? Nieważne, musiała się stąd wynosić. Byle szybciej i byle dalej, nim znowu usłyszy ten głos. Jedną trzęsącą się dłonią sięgnęła do poły płaszcza i odsunęła materiał od ciała, by drugą wsadzić do kieszeni. W jej ruchach dało się odczytać wręcz panikę.
— Nnie... Nie mam tyle... Tyle pieniędzy przy... Przy sobie. — wydukała, wygrzebując garść monet.Błysnęło tam z kilkanaście galeonów, może jeszcze drugie tyle było w kieszeni, ale na pewno nie więcej niż sto. Wysunęła drżącą dłoń w jego kierunku, oferując całą jej zawartość. Nawet nie patrzyła na to, co w niej ma, a oprócz monet było tam jeszcze wieczne pióro, zło ty zegarek kieszonkowy z wytłoczonym na pokrywie smokiem i kawałek gałązki głogu z kilkoma soczyście czerwonymi owocami.
— Do Mmunga, proszę. Zapłacę... Zapłacę potem. — mówiąc to, postąpiła chwiejny krok w jego stronę, cały czas mając wyciągniętą przed siebie dłoń z naręczem drobiazgów. — Proszę.Brzmiała desperacko i pewnie, gdyby nie to, że znajdowała się pod wpływem samotniczki, znienawidziłaby siebie za to. Okazywanie słabości? Proszenie, czy wręcz błaganie o pomoc? To było dla niej coś tak okropnie nienaturalnego, że aż skręcało trzewia. Czy raczej skręcałoby, gdyby zdała sobie sprawę, co właśnie robi. Co oferuje nieznajomemu w zamian za pomoc lub też jej namiastkę.