24.10.2024, 13:28 ✶
Skorzystanie z umiejętności eksterioryzacji nie był takim złym pomysłem, przynajmniej w teorii. Praktyka jednak zweryfikowała wszelkie chęci plany. Może chodziło o atmosferę tego miejsca; ciężką i przytłaczającą, spod której ciężko było się wyrwać, ale kiedy tylko Nicholas skulił się pod ścianą, udając że śpi, i spróbował opuścić ciało, poczuł że coś jest nie tak. To było jak szarpnięcie, gdzieś wewnątrz, oplatające całą jego duszę i przez moment sprawiające że miał wrażenie, jakby całe jego jestestwo miało rozpaść się na kawałki. To było jak ból, rozrywający i otumaniający zmysły, wyciskający powietrze z piersi, ale przecież wciąż mógł oddychać, kiedy wstrząsnęło całym jego ciałem. Ale przez moment mężczyzna widział więcej, jakby w czasie od jednego do drugiego mrugnięcia powieką, świat wokół nieco zafalował i obrazy nałożyły się na siebie niezgrabnie, przypominając trochę podwójnie naświetloną kliszę. Jeden obraz był więzieniem. Jego kamiennymi ścianami, metalowymi drzwiami i palącym się za otwartym okienkiem światłem, a on siedział w kącie swojej celi. Drugi obraz to było jego omdlałe ciało, leżące na podłodze mauzoleum, kiedy obok niego w bezwładzie leżał Rodolphus. A potem wszystko wróciło do normy. Cóż... 'normy', bo z gwałtownym haustem powietrza Nicholas wrócił do swojej celi, z szaleńczo bijącym sercem i poczuciem że jeśli znowu spróbuje opuścić swoje ciało i znowu mu to nie wyjdzie, jego dusza roztrzaska się na kawałki i już na zawsze zostanie w niebycie, ni to martwy ni to żywy. W stanie w którym nawet limbo go nie przyjmie.
Ojciec mu nie odpowiedział, co było niewątpliwie plusem tej całej sytuacji, bo gdyby mógł zapewne wyrzuciłby z siebie kolejne szorstkie słowa. Pozostawał więc tylko kopiec i Rodolphus podniósł się wreszcie, ruszając w jego stronę już nie tonąc w poczuciu winy za matkę i Rabastana, a koncentrując na celu. Im bliżej kopca się znajdował, tym wyraźniejsza dla niego była jego struktura, wzniesiona z bielutkich czaszek i kości, jakby specjalnie oczyszczonych i wybielonych, żeby sprawiały jak najlepsze wrażenie. A potem też wyłowił schody, nieco pokrętne i wykrzywione, przez obłe kształty czaszek, ale dało się po nich w miarę bezpiecznie wspiąć na górze. Nie zmęczył się. Nie zasapał nawet i było w tym coś dziwnego, bo stopni było o wiele za dużo na spokojną wędrówkę, ale liczyło się to że dotarł do celu. Na samą górę.
Było coś znajomego w sylwetkach, które przed nim stały. Znaczy w jednej z nich, bo druga była zbyt oczywista, nosząc na sobie twarz jego Pana. Druga natomiast kryła się za maską Śmierciożercy, której wzór był... Rodolphusa. To była jego maska, jakby zdjęta z jego twarzy kiedy jeszcze był nieprzytomny i zaanektowana przez tajemniczego czarnoksiężnika. Jego sylwetka kryła się pod smolistą szatą, ale coś w głowie Lestrange'a podpowiadało mu, że zna tę osobę. Jakkolwiek jednak nie próbował, nie był w stanie pochwycić tej jednej konkretnej myśli z odpowiedzią.
Voldemort kiwnął głową w stronę swojego towarzysza i odwrócił się, ruszając przed siebie. Kości zafalowały, zaklekotały i Rodolphus nagle zdał sobie sprawę, że jeśli chciał stanąć obok Czarnego Pana, musiał pokonać jeszcze kawałek drogi. Drogi, którą zagradzała mu teraz tajemnicza postać.
- To wciąż ty - odpowiedział mu zniekształcony głos, jakby odpowiadając na wiszące nad nimi pytanie. - Rozpaczający za matką i bratem. Żałosne - w jego dłoni pojawiła się różdżka, gotowa do rzucenia zaklęć.
Ojciec mu nie odpowiedział, co było niewątpliwie plusem tej całej sytuacji, bo gdyby mógł zapewne wyrzuciłby z siebie kolejne szorstkie słowa. Pozostawał więc tylko kopiec i Rodolphus podniósł się wreszcie, ruszając w jego stronę już nie tonąc w poczuciu winy za matkę i Rabastana, a koncentrując na celu. Im bliżej kopca się znajdował, tym wyraźniejsza dla niego była jego struktura, wzniesiona z bielutkich czaszek i kości, jakby specjalnie oczyszczonych i wybielonych, żeby sprawiały jak najlepsze wrażenie. A potem też wyłowił schody, nieco pokrętne i wykrzywione, przez obłe kształty czaszek, ale dało się po nich w miarę bezpiecznie wspiąć na górze. Nie zmęczył się. Nie zasapał nawet i było w tym coś dziwnego, bo stopni było o wiele za dużo na spokojną wędrówkę, ale liczyło się to że dotarł do celu. Na samą górę.
Było coś znajomego w sylwetkach, które przed nim stały. Znaczy w jednej z nich, bo druga była zbyt oczywista, nosząc na sobie twarz jego Pana. Druga natomiast kryła się za maską Śmierciożercy, której wzór był... Rodolphusa. To była jego maska, jakby zdjęta z jego twarzy kiedy jeszcze był nieprzytomny i zaanektowana przez tajemniczego czarnoksiężnika. Jego sylwetka kryła się pod smolistą szatą, ale coś w głowie Lestrange'a podpowiadało mu, że zna tę osobę. Jakkolwiek jednak nie próbował, nie był w stanie pochwycić tej jednej konkretnej myśli z odpowiedzią.
Voldemort kiwnął głową w stronę swojego towarzysza i odwrócił się, ruszając przed siebie. Kości zafalowały, zaklekotały i Rodolphus nagle zdał sobie sprawę, że jeśli chciał stanąć obok Czarnego Pana, musiał pokonać jeszcze kawałek drogi. Drogi, którą zagradzała mu teraz tajemnicza postać.
- To wciąż ty - odpowiedział mu zniekształcony głos, jakby odpowiadając na wiszące nad nimi pytanie. - Rozpaczający za matką i bratem. Żałosne - w jego dłoni pojawiła się różdżka, gotowa do rzucenia zaklęć.